Fot. The WB

Tuzin końców świata (Supernatural, S12E01-05)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Ta- dam! Wkraczamy w dwunasty cykl przygód braci Winchesterów! Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie, ale poprzedni sezon zakończył się tą dziwną sytuacją, w której nagle pojawiają się brytyjscy Men of Letters i ni z tego ni z owego porywają sobie Sama. Chwila później i widzimy, że ten wątek będzie chyba przewodnim w nowym sezonie – że to nasz kolejny meta-plot. Co o tym myślicie? Po pierwsze, o rozegraniu w pierwszym odcinku sprawy z porwaniem Sama i rozdzieleniem Winchesterów, wiecie, tortury, nowe postacie, rozbudowanie serialowej mitologii – a chwilkę potem zagrożenie rozwiewa się jak sen złoty, i z ulgą można wrócić do regularnych, all-American przygód. Nie powiem, ciekawią mnie Ludzie Pisma, ale sposób wprowadzenia wątku europejskiego wydaje mi się przyklejony na siłę, i jakoś tak mało imponujący po sezonie w którym (roz)poznaliśmy najważniejszego pisarza na planecie, Boga. A może „zejście na ziemię” bardzo się Winchesterom przyda? Also: hej, highlightem odcinka było dla mnie wymienienie podczas tortur „demonicy Ruby”. Mrr…

Ginny: Ja niekoniecznie może pamiętałam, bo jakoś ogólnie zapomniałam o tym poprzednim sezonie i na nowy też nie czekałam jakoś intensywnie. Ot, gdy się pojawił, w miarę regularnie zaczęłam oglądać kolejne odcinki. Bez wielkich oczekiwań, tak trochę popcornowo, dla rozluźnienia. Ale nawet takim zapominalskim jak ja zostanie na początku przypomniane o co chodzi. Co do rozdzielenia braci: ile to już razy to mieliśmy? Nuda. Jedyną odmianą było to, że Dean zajęty mamą Winchester nie odnajduje Sama jeszcze w tym samym odcinku. Ale jakkolwiek, gdyby to miała być cała seria z uwięzionym Samem, co byłoby pewnym novum, to też byłoby raczej męczące. Ja po prostu nie dlatego oglądam ten serial, żeby przyglądać się jak Sam i Dean nie potrafią się odnaleźć. A sam wątek angielskich Ludzi Pisma jest po prostu idiotyczny. Na papierze idea istnienia takiego odłamu mogłaby mieć jakąś rację bytu, ale to jak jest ona kreowana sprawia, że mówię „nie”. Sadyści, dzięki którym „w Wielkiej Brytanii od setek lat nie zanotowano ataku nadnaturalnych istot”, bo oczywiście w Wielkiej Brytanii wszystko musi być pedantyczne i gentelmeńskie – budzą mój pusty śmiech. Tak więc, o ile zejście na ziemię kupuję i wszystkie te przyziemne wątki, które w dotychczasowych pięciu odcinkach mamy, zdecydowanie mi się podobają, tak angielscy LP moim zdaniem nie powinni w ogóle zaistnieć. Nie w takiej formie i nie po tylu sezonach, bez żadnych najmniejszych wzmianek, że mogły się w tej organizacji potworzyć jakieś międzynarodowe odłamy.

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Przyznam, że wątek brytyjskich Ludzi Pisma sprawił, że nie czekałam ze specjalnym utęsknieniem na nowy sezon. Tak – ja! Carverowi się to udało, nie bez powodu fizycznie podobny jest do Jar Jara Abramsa… Sezon jedenasty nieco mnie do serialu zniechęcił, a jego finał uważam za nieporozumienie na kosmiczną wręcz skalę, w to oczywiście wliczam nagłe objawienie się brytyjskiego oddziału organizacji. Jest to pomysł wyciągnięty tak bardzo z odwłoka… i tak bardzo nielogiczny! Pojawili się, bo słońce zaczęło gasnąć, a zupełnie nie wzruszyła ich Apokalipsa? Iii tam, tylko koniec świata, kto by się przejmował… Zabunkrujemy się gdzieś (pun intented), przetrwamy… Oczywiście, wtedy w planach nie było nawet amerykańskich Ludzi Pisma, ale jeśli już coś takiego wprowadzamy, przemyślmy sprawę, przemyślmy wszystko, co może się w tym świecie rozgrywać… No nie bardzo.

Pirjo: Wskoczmy od razu w drugą kontrowersję – spełnione życzenie Deana, zinterpretowane przez Amarę jako chęć powrotu do łona matki…. Ekhem… podważyło serialową mitologię. To przecież na dramatycznej śmierci Mary zasadza się serialowa origin story, a przygody i najważniejsze życiowe wybory braci są konsekwencją tamtej traumy. To ona ich napędza, ona daje im drive żeby tak sumiennie przemierzać bezdroża i zgłębiać sekrety małych miasteczek. A tymczasem wszystko zostaje przewrócone do góry nogami, gdy mama powraca, by zamieszkać – choć na chwilę! – z dorosłymi już synami. Jest kłopotliwie, jest słodko, jest dziwnie, jest dokładnie tak jak bym się mogła spodziewać, ale niestety, dość krótko, i tego „naddatku” serial się pozbywa, wysyłając Mary w kontemplacyjno-łowiecką podróż, poprzedzoną rytualnym ścięciem włosów.

Nie wiem, czy terapia szokowa to najlepszy sposób, żeby zapoznać się ze zmianami cywilizacyjnymi  które zaszły pod jej „nieobecność” i oswoić sytuację powstania z martwych, ale tak jak w przypadku zamorskich Men of Letters miałam tu trochę wrażenie, że wątek został na przełomie sezonów wrzucony wyłącznie po to, by zaserwować nam „tąpnięcie”, którego wymaga przejście pomiędzy cyklami. Obydwa wątki są dla mnie zbędne, niezbyt przekonujące, a ten z Mary nawet nieco bolesny. Pomysł się mi nie podoba, ale egzekucja pomysłu już tak – innymi słowy, skoro zdecydowano się na takie rozwiązanie, i skoro z westchnieniem macham na to ręką i akceptuję – to można powiedzieć, że realizacja zamierzenia jest w porządku. Czekam, co będzie dalej z Mary, jak się w nowej sytuacji posiadania rodziny odnajdą nasze biedne (eks)sierotki. Mam też ogromną nadzieję, że Mary nie zjawiła się w scenariuszu tylko po to, żeby ją w okropny sposób uśmiercić dokładając braciom traumy niczym czarnego deserku na mroczny talerzyk, proszę uprzejmie, oto dokładka na jaką zasługujecie. Dodając braciom jeszcze więcej powodów do zemsty, do polowania, do poświęcania się pracy na sto procent. Nie, tego nie chcę. Nie wspieram. Nie podoba mi się. Nope.

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Po zakończeniu poprzedniego sezonu uważałam, że wprowadzenie ożywionej Mary jest zwyczajnie głupie (i hej, jak nie macie kogo ożywiać, to może by tak Charlie? Ellen? Jo? Bobby do jasnej ciasnej? …baaaardzo ładnie proszę), ale po tych pięciu odcinkach mam mniej jednoznaczne uczucia. Z jednej strony faktycznie chciałabym zgodzić się, że to niszczy origin story, ale… czy na pewno? W tym serialu ożywianie postaci jest na porządku dziennym. Albo kiedyś było, a teraz tylko do tego wracamy. Więc dlaczego nie mama Winchester? Z drugiej piszesz Pirjo o tym drive, który jej śmierć daje Samowi i Deanowi. Tylko że jak tak o tym myślę, to mogło być mocnym powodem na początku serialu, zwłaszcza zanim pomścili śmierć Mary, ale na tym etapie ich życia jako łowców – to już jest to kim są i oni zwyczajnie nie potrafiliby być kim innym. Sam może kiedyś jeszcze tak, takie jego życie pokazuje nam się gdzieś te kilka sezonów temu, niemniej dziś myślę, że on też pozbył się tych iluzji. Więc też ożywienie Mary wprowadza w życie Sama i Deana pewien chaos, ale nie niweczy tego, że ona została zabita przez żółtookiego demona. Amara tego nie wymazała.

Zgodzę się za to, że egzekucja pomysłu przebiega dobrze, że jest to zrobione z sensem. Żal tylko, że ten sens zabiera nam Mary z ekranu. Póki co pozostaję jednak z nadzieją, że nie przywracano jej do życia tylko po to, by robiła w serialu za gościa, albo żeby faktycznie zaraz znów ją zabić, i że po kilku odcinkach aktorka ją grająca wróci już jako część stałej obsady. Inaczej będzie to marnowanie potencjału postaci jak i pokazania na nowo rodzących się relacji między Mary a jej synami.

Cathia: Podpisuję się pod tym, że pomysł wskrzeszenia Mary wydawał mi się bardziej niż chybiony, zwłaszcza w kontekście supernaturalowego punktu wyjścia. Czekałam już tylko na szczeniaczki i tęczę i modliłam się po cichu o to, by tak właśnie nie było. Modły me zostały wysłuchane, mam cichą nadzieję na to, że nie sprzedałam nieświadomie duszy… Nie jest lekko i diabelnie mi się to właśnie podoba – Mary ma problemy z zaadaptowaniem się do tego nowego świata globalnej wioski, ma problem z tym, że jej dwaj mali synkowie to już dorosłe byki (tudzież łosie). I ja to kupuję. Zupełnie nie przeszkadza mi jej zniknięcie z ekranu, traktuję to dosyć naturalnie, ale obawiam się też tego, o czym wspomina Pirjo – że Mary zostanie zabita tudzież skrzywdzona – a mamy do tego przecież taką okazję! Nie wiemy przecież jeszcze dokładnie, o co chodzi brytyjskiemu oddziałowi Ludzi Pisma, między wierszami jednak można wyczytać, że zależy im na przejęciu kontroli nad amerykańskimi łowcami… A kto obecnie pozostał nam z rodziny Campbellów? No tylko i wyłącznie Mary, która w dodatku przedstawiła się Lady Antonii. Tej samej, która ma na punkcie Winchesterów ciężką obsesję i na pewno jest w stanie połączyć fakty. Mary może wiedzieć znacznie więcej niż się to komukolwiek wydaje. I trauma dla braci W. gotowa.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Stosunkowo najciekawszym i najbardziej naturalnym wątkiem, który gładko mi „wskoczył” jest temat Lucyfera. Lucuś ma nowe, rokendrolowe ciało, i pewnie nowe cele, w jego orbicie pojawiają się niczym nieuniknione satelity – Crowley i Rowena. Nowej wersji Lucyfera nie brak pychy i charyzmy, sceny są zabawne, mogę je oglądać, taki meta-plot bardziej by mi odpowiadał, jako kontynuacja poprzedniego sezonu, niż jacyś wydumani przybysze zza Oceanu. Wiem jednak, że w naszym gronie nie wszystkim się podoba postać Roweny, Crowley i jego ostatnie perypetie, czy choćby Castiel, póki co pozbawiony w sezonie dwunastym sensownego celu. Czyli pytanie brzmi: stara gwardia, yay or nay?

Ginny: Lucuś i nowe ciało… Nudzi mnie ten wątek. Tak jak angielscy LP irytują, tak tu mam wrażenie, że gonimy w piętkę. Do tego aktor, którego dobrali do roli nowego vessela Lucyera zupełnie mi nie pasuje. Taki stary rockman to zupełnie nie mój typ postaci. Po ostatnim jego odcinku jednak jest nadzieja, że vessel się zmieni (trzymam za to kciuki). Crowley za to zdaje się odrobinę (ale to odrobinę!) odzyskiwać kolorów. Castiela nie jestem pewna – póki co oglądam z ostrożnym zainteresowaniem, a czy rozwinie się to ciekawie czy nieciekawie, to się okaże. Rowena z kolei jest… ha, jakoś tak nagle już mnie nie irytuje. Czyli raczej yay. I tylko… czy mi się zdaje, czy ona trochę (miejscami) gubi swój przecudowny akcent?

Cathia: Nie wierzę, że to napiszę, ale zdecydowanie nay. Castiel i Crowley włóczą nam się po serialu jak smród za zaciężnym wojskiem i właściwie od dawna nie mieli sensownego wątku (bo przecież ciężko tak określić ten koszmar zaserwowany nam w dziesiątym sezonie z mamusią Króla Piekła). Castiel występuje jako skrzywdzony szczeniaczek, z poczuciem winy godnym Deana Winchestera, Crowley jest przez scenarzystów znowu postawiony w pozycji, w której go poznaliśmy i pokochaliśmy – walczący o dominującą pozycję w Piekle. Tyle że zbyt wiele się dla tych postaci zmieniło, by mogli wrócić do pozycji wyjścia – one już się jakoś rozwinęły. O czym piszący zdają się zapominać! Weźmy chociaż Casa – na Ziemi już trochę przebywa, dlaczego, do jasnej cholery, znowu jest socially awkward, dlaczego wielu rzeczy nie rozumie? Anioły Pana nie grzeszą intelektem. Straszliwie tęsknię za Casem z sezonu czwartego – bezlitosnym draniem, który się ludzkością nie przejmował i szedł na wszystko z ostrzem w dłoni, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to se ne vrati. Ale jakim cudem wojownik zmienił się w rozlazłą amebę, tego, niestety, nie wiem. Crowley z kolei, nawet jeśli nieco zmiękł za sprawą Ostatniej Próby, przecież w jakiś sposób powinien pozostać Wielkim Manipulatorem… Niestety, nim nie jest. I to nie chodzi o jego potęgę, której raczej mieć nie powinien, w związku ze strąceniem z tronu, a o samą osobowość i esencję tej postaci. Niestety, zrobiono mu kosmiczną wręcz lobotomię.

Zaskoczę Was jednak czym innym – spodobała mi się Rowena w tym sezonie! Pewnie, też kombinująca jak kot pod górę, pragnąca dobrego i łatwego życia, ale jednocześnie w jakiś sposób odważna, potrafiąca postawić wszystko na jedną kartę. Nie kupuję tylko jednego – jakim cudem byle wiedźma oszukała Lucyfera? No jakim?

No właśnie, ten nasz nowy Lucek… Przykro mi, dla mnie Lucyferem jest li i tylko Mark Pellegrino. Podoba mi się koncepcja gwiazdy rocka (a lucyferowa skłonność do wykorzystywania osób z traumą po stracie bliskich jest wręcz niepokojąca), ale wszystko dzieje się po prostu zbyt szybko – zwłaszcza nasi dwaj panowie na tropie…  Natomiast pozostaje pytanie, co z Vince’em. Naczynko się już tak średnio nadaje do zamieszkania, chyba że Lucusiowi nie przeszkadza (jak wiemy, rozpadający się Nick mu nawet nie szkodził, musiał tylko pić od groma demoniej krwi), ale nie po to szukał vessela potężnego na tyle, by go pomieścić, żeby teraz rozpocząć poszukiwania od nowa. Jeśli tak się jednak stanie, to po raz kolejny ekipa wytnie nam piękny numer, zapowiadając wielkie bum w kwestii Vince’a, wiedząc jednocześnie, że to na dwa, trzy odcinki… Trolle cholerne.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: No dobra, ten temat też tu musi paść – cytując Deana – nazi bastards! Wraz z europejskością przywleczoną przez Men of Letters Supernatural otworzyło się na korpus popkulturowych odniesień ze Starego Kontynentu i w piątym odcinku powracają nam naziści. I to nie jakieś tam szeregowe postacie, ale sam Hitler, a w zasadzie jego dusza, zaklęta w złotym zegarku niczym – jak się nam tu wygodnie i młodzieżowym językiem tłumaczy – horkruks. No i oczywiście, to Sammy czytał Harrego Pottera, nie Dean. Sammy rozumie! W odcinku, balansującym na granicy przesady (taki to temat, ryzykowny) najbardziej podobała mi się postać Ellie, dziewczyny w opałach, która okazuje się być potomkinią fuhrera. W trakcie tego odcinka była wyrazicielką i werbalizatorką moich wszystkich mentalnych face-palmów. Totalnie oglądałabym spin-off z nią! Zauroczenie od pierwszego wejrzenia.

A odcinek… Te wszystkie niestosowne żarciki! Klimat rozmów między podstarzałym ojcem, lubującym się w Wagnerze, żyjącym w przeszłości i próbującym dosłownie wskrzesić „dni świetności”, a rozczarowanym synem-millenialsem – jest w powiązaniu z tematem nazizmu naprawdę przedziwny. You know what it is like to have a nazi necromancer as a father? It sucks! I ten rytuał z rysowaniem na skórze swastyki, really? Wreszcie sama postać Hitlera. Troszkę mi ten odcinek przypominał epizod mojej ulubionej Buffy, w którym bohaterka walczyła z Draculą – w sensie, wprowadzamy aż przesadnie znaną, legendarną postać, żeby bracia mogli z nią zawalczyć i się z nią na ekranie pokazać. Dołączyć do kolekcji. Takie troszkę fabularne trofeum. Żeby można było napisać „Bracia walczyli z Lucyferem, z Bogiem, a Dean zabił Śmierć i Hitlera”. Heil this! Z kolei najbardziej krypny był dla mnie motyw z tropieniem dziewczyny na podstawie zapachu jej krwi – krew na przytykanej do nosa chusteczce, i to ręką w skórzanej rękawiczce. Brr… miałam nieprzyjemne dreszcze.

Ginny: O mamuniu, jaki ten odcinek był głupi. Och jaki głupi. Że nie może być dobrze wiedziałam już od pierwszych przebitek, na kadry z poprzednich odcinków, w których zajawia się nam o czym będzie odcinek nowy. Naziści nekromanci – to tak boleśnie głupi pomysł. A tu nam wprowadzają Hitlera z horkruksem. W scenie, w której jest to tłumaczone ryknęłam śmiechem. Ba, nadal śmieję się na myśl o tym wątku. Ogólnie cały ten odcinek był tak przerysowany. I choć Ellie faktycznie wyszła fajnie, a parę motywów pobocznych ładnie gra (ekhem, Dean i zmieniająca się reakcja na ciasto… Ulubiony pięciolatek wielu fanek tudzież fanów tudzież niebinarnych oglądaczy SPN powraca… ekhem), to całościowo wyraźnie widać, że scenarzyści chcieli zrobić ten lżejszy odcinek, w sezonie, tylko tym razem im po prostu nie wyszło. Z jednej strony bardzo tego żałuję, a z drugiej jednak się uśmiałam, bo to cóż, odcinek tak głupi, że aż zabawny (wąchanie krwi też się w to wpisuje). I zwyczajnie nie potrafię być na niego zła.

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Był tak głupi, że aż śmieszny! Nie powiem, ostrzyłam sobie zęby na powrót Stowarzyszenia Thule, bo odcinek z golemem i komendantem Eckhartem należy do moich faworytów, więc ucieszyłam jak się dzika wiewiórka na widok orzeszka, kiedy zobaczyłam przebitki na początku… A potem… O bogini, jakie to było głupie…Komendant Nauhaus i jego radośni followerzy bez wątpienia urwali się z kiepskiej komedii poświęconej wiadomej opcji politycznej, osobiście obstawiam Allo, Allo, zapewne są sojusznikami generała Klinkerhoffena. A Hitler robi za porucznika Grubera, tylko małego czołgu brak, niestety. Moim wielkim rozczarowaniem jest to, że zamiast Hitlera, dostaliśmy totalnego świra, w dodatku świra, który nie jest w żaden sposób straszny – a taki dla mnie powinien być Hitler. Jest żałosny, jest slapstickowy i zabicie czegoś takiego to nie jest specjalny powód do dumy. Rozczarowałam się trochę, przyznam szczerze, bo liczyłam na naprawdę interesującą fabułę z nazistami w roli głównej. W końcu wszystko jest lepsze z nazistami, zwłaszcza z nazistami z kosmosu!

Pirjo: Słowem podsumowania, jakie są Wasze przeczucia co do tego sezonu? Liczycie na więcej stand-alone MOTW, i starego dobrego polowania na potwory, czy może ciekawi Was, jak się rozkręci meta-plot? Ja odnoszę wrażenie, że stało się coś, czego się nie spodziewałam – serial złapał wiatr w żagle, i po nieco wtórnym i miejscowo męczącym sezonie 11, a wcześniej po nadmiernie wspominkowym 10 powraca z nową energią i pomysłami, które mogłyby zachęcić do wskoczenia w rytm Supernatural nawet osoby dotąd nie oglądające. Ten sezon jest póki co tak fajnie i świeżo nakręcony, mam tu na myśli sferę wizualną, z tak dobrze napisanymi poszczególnymi odcinkami, że zapewnienia ekipy, iż będzie trwał do oporu, brzmią nagle raczej jak obietnica, nie groźba.

Ginny: Póki co ogląda mi się bardzo dobrze i nie miałam takiego odcinka, po którym chciałabym rzucić ten serial w cholerę i myślę – mam nadzieję – że dalej też zostanie utrzymany poziom. Z pewnością liczę na więcej MOTW, plus na więcej Mary, bo te wątki w tych pięciu odcinkach wychodzą najlepiej i to one moim zdaniem nadają serii wspomnianego przez ciebie wiatru w żagle. Meta-plot za to zupełnie mnie nie interesuje. Choć lewiatanów dennością raczej nie przebije, to generalnie to, co póki co nam się w tym względzie zapowiada, mnie nie zachęca. A co do zapewnień ekipy: fakt, obecnie nie brzmią groźnie. Jak to będzie przy kolejnych sezonach (a pewnie znów będzie jednak groźnie brzmieć) to się zobaczy, ale ja się tym obecnie nie martwię. Po prostu oglądam na luzie z odcinka na odcinek i cieszę się, że nie muszę zgrzytać zębami z irytacji „poziomem” tych odcinków.

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Dla mnie to jednak brzmi groźnie. Owszem, chwilowo mamy odcinki naprawdę dobre i nawet główny wątek mi nie przeszkadza, o ile tylko zostanie sensownie poprowadzony (wzdech i oczy do nieba), jeśli taka tendencja się utrzyma, będę przeszczęśliwa. Ale, niestety, wszystko zależy od showrunnera i jak na razie Andrew Dabb daje radę, tak jeśli pojawi się ktoś inny, może być gorzej. Póki co wracamy trochę klimatem do początku i bardzo mi to odpowiada, jednak martwią mnie ci Ludzie Pisma… Martwi mnie ewidentna konieczność posiadania Wielkiego MegaPlotu i tego, że po walce z siostrą Boga czy zabiciu Śmierci niewiele sensownych pomysłów zostało. Może więc jednak należy zakończyć historię, kiedy jest dobrze?

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.