Fot. Fox

Strategie przetrwania (Wayward Pines, S02)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Moje wrażenia z oglądania drugiego sezonu Wayward Pines to mieszanka dwóch reakcji – z jednej strony zobaczyłam przerażający, jeszcze bardziej klaustrofobiczny niż w pierwszej odsłonie świat, a z drugiej – otrzymałam odpowiedzi na przeróżne pytania, które sobie zadawałam przy poprzednim sezonie, odnośnie świata, który był dla mnie za bardzo czarno-biały, abstrakcyjny i płaski. Te dwie tendencje wynikają chyba z jednej przyczyny – uniwersum serialu się rozwarstwiło, skomplikowało i przez to stał się on o wiele bardziej realistyczny i straszny. Jak mówiłam, odpowiedział na sporo pytań, które sobie zadawałam w pierwszym sezonie.

Czy wszyscy mieszkańcy Wayward Pines jak baranki słuchają się władzy? Czy nikt nigdy nie wyrwał się „za mur” – i powrócił by opowiedzieć, co tam się dzieje? Czy wszystkie „potwory” są agresywne i krwiożercze przez cały czas, bo to w sumie dość smutna forma egzystencji, czy może ich społeczność jest bardziej wyważona, złożona. Czy oni są zwierzętami, czy może mają ludzkie odruchy? Gdzie są ich kobiety i dzieci? I tak dalej, i tak dalej. Potrzebowałam, żeby ktoś mnie, jako widza i jako dociekliwego człowieka potraktował poważnie i to właśnie się stało. Powiem Ci też, że po większości odcinków w tym sezonie czułam ogromną ulgę myśląc, że za oknem mam rozciągającą się daleko mapę pełną miast i miasteczek, tysięcy ludzi, dróg, możliwości i scenariuszy. Ogarniała mnie ulga, że – tu i teraz – ludzkość istnieje. A jakie jest Twoje wrażenie? Czy odebrałeś ten sezon inaczej?

Mateusz: Powiem szczerze, że jestem nieco rozczarowany drugim sezonem. Pierwsza seria Wayward Pines to przede wszystkim klaustrofobiczny i pełny napięcia psychologiczny thriller, w którym wraz z Ethanem Burkiem próbujemy rozwiązać tajemnice tego przerażającego miasteczka. Uderzające jest podobieństwo do jednego z najbardziej znanych obrazów Shyamalana – Osady, a przede wszystkim do charakterystycznego sposobu narracji, budowania motywacji bohaterów, gęstej intrygi oraz końcowej rewolty. Sezon nieco „siada” w momencie pojawienia się Abb oraz ujawnienia prawdy o Wayward Pines, chociaż do samego końca śledziłem go z zapartym tchem. Tak, było płasko i abstrakcyjnie, jednak ta niezwykła aura tajemniczości nadawała produkcji niesamowitego kolorytu, jakości i kosmicznego rozpędu. Tego wszystkiego zabrakło w nowych odcinkach, pozbawionych polotu, wcześniejszego klimatu, elementów kina grozy i poprowadzonych w zbyt monotonnym tempie. Drugi sezon serialu to przede wszystkim zabawa konwencją, scenarzyści postanowili bardziej skupić się na jednostce oraz pokazać nam świat, którym według wzorców Pilchera władają zbyt młode i nieprzygotowane do tego osoby.  Widoczny jest również mocno ograniczony budżet, przez co kilka scen prezentuje się dramatycznie słabo (palące się Abby – widać ubranych w specjalne kamizelki statystów) oraz obsadzono w głównych rolach znacznie mniej utalentowanych aktorów. Jeszcze bardziej irytujące jest powielenie motywu wybudzenia Ethana. Czy również zauważyłaś ten zabieg?

Fot, Fox

Fot. Fox

Pirjo: Po pierwsze – masz sporo racji mówiąc, że drugiemu sezonowi brakowało atmosfery, suspensu i takiego naprawdę niesamowitego twistu jak ten w pierwszym sezonie, gdy dowiedzieliśmy się, czym jest w swej istocie miasteczko Wayward Pines. Też odczułam różnicę w „poziomie tajemniczości”. Dla mnie jednak pierwszy sezon był bardziej alegorią, rozbudowaną metaforą, nie wiem jak to inaczej opisać – nie był zróżnicowany, nie wydawał mi się wystarczająco prawdopodobny i realistyczny, był grubymi nićmi szyty, dlatego ta zmiana optyki, to odkrycie prawdy o miasteczku zadziałało. Zadziałało w pierwszym sezonie, ale drugi musiał już „wejść w szczegóły” i odpowiedzieć na kilka palących pytań dotyczących tego, jak wszystko funkcjonuje! Dlatego mi akurat „drugi akt” odpowiada bardziej. O wiele bardziej. Jeśli chodzi o podobieństwa, też je zauważyłam – drugi sezon zaczyna się w pewnym sensie podobnie do pierwszego.

Poznajemy nowego bohatera, mężczyznę charyzmatycznego, świeżo „przebudzonego”, do pewnego stopnia prawego, buntownika i potencjalnego lidera, który trafia do miasteczka i – początkowo zdezorientowany i zagubiony – musi rozwikłać jego zagadki. W pierwszym sezonie był to Ethan Burke, grany przez Matta Dillona, a teraz jest to doktor Theo Yedlin (Jason Patric). Postać rzeczywiście nieco słabsza i wtórna względem „oryginału”. A w tle toczy się kolejny rozdział bolesnej, dystopijnej fabuły. Ale przygody lekarza to nie jedyna opowieść – sezon rozbudował historię miasta i projektu Wayward Pines, zagęścił ją, prezentując nam także zagmatwane ścieżki życia innych bohaterów, wprowadzając postacie nowych i starych mieszkańców i śledząc ich wybory od czasów „starożytnych”, czyli nam współczesnych, do serialowego „teraz”. Poszczególne odcinki były często poświęcone pojedynczym osobom. Drugi sezon dopinał też wątki z sezonu numer jeden, głównie „dobijając” starych bohaterów, których linie fabularne najwyraźniej się wyczerpały, co akurat dla odmiany wydało mi się pozbawione realizmu. Czy podoba Ci się taki zabieg? Odcinki poświęcone poszczególnym postaciom oraz „czyszczenie” scenariusza z niepotrzebnych bohaterów? Co sądzisz o strukturze sezonu?

Fot, Fox

Fot. Fox

Mateusz:  Czy wiesz, że Wayward Pines planowane było jako jednosezonowy serial limitowany? To wiele tłumaczy, zwłaszcza w kontekście próby poszerzenia uniwersum i szukania troszkę innej drogi. Scenarzyści dość płynnie przeszli od thrillera z elementami kina grozy do dramatu, pomimo tego drugi sezon nadal wydaje mi się niepotrzebnym zabiegiem. To właśnie na tej sztuczności polegała idea pierwszego sezonu, ponieważ podobnie jak Ethan Burke, nie wierzyliśmy w ten czarno-biały, przerysowany świat. Odnoszę wrażenie, że poszczególni bohaterowie z pierwszej serii nie pasowali do nowej koncepcji fabularnej i scenarzyści postanowili zakończyć ich wątki, aby skupić się na przybliżeniu rządów Jasona i pierwszej generacji.

Większość tych postaci musiałaby aktywnie uczestniczyć w buncie, gdyż nie pasowali do nowej rzeczywistości. Dobrze jednak wiemy, jak szybko ten motyw został skasowany, co było ewidentnym błędem. Historia walki Bena o wolne Wayward Pines, niestety, zakończyła się zbyt wcześnie i bardzo żałuję, że nie mogliśmy zobaczyć dalszych losów tego bohatera. Młody Burke udowodnił, że ludzie mogli stać się niezależni i autonomiczni w swoim postępowaniu, a świat nie musiał ograniczać się do chorego planu Pilchera. Jego śmierć była zupełnie niepotrzebna i totalnie bezsensowna, prawdopodobnie miała na celu zwiększenie uwagi widza na Theo. Co ciekawe, serial paradoksalnie stracił na epizodach z gościnnymi gwiazdami, gdyż występy Toby’ego Jonesa czy Mellisy Leo wyłącznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że gwiazdy drugiego sezonu nie miały zbyt wiele do zaoferowania, czego dobitnym przykładem były kiepskie kreacje Jasona Patrica oraz Toma Stevensa. Ach! Zapomniałbym wspomnieć o niezbyt sensownej strukturze sezonu. Kolejne odcinki skupione są na znanych z pierwszego sezonu bohaterach również z prozaicznego powodu – braków fabularnych. W całej serii, poza kilkoma kapiszonami, wyraźnie brakuje „wystrzałów”, dzięki którym nasze serca biłyby szybciej. Na szczęście, ponownie, ostatni epizod drugiej serii wyróżniał się cliffhangerami, będącymi intrygującym wstępem do zwieńczenia tej opowieści (podobno mają być trzy sezony). A Tobie spodobało się tak częste zastosowanie tego zabiegu? Któryś wątek szczególnie Cię zaskoczył?

Fot, Fox

Fot. Fox

Pirjo: No właśnie mi się zabieg z retrospekcjami bardzo podobał, bo wyjaśnił, jak się to wszystko zaczęło, kto stał za projektem, jak werbowano, kto i w jaki sposób pilnował Arki przez te wszystkie lata… stulecia… Odcinek o CJ-u, czyli miejskim historyku, który doglądał bezpieczeństwa ludzkiej trzody po drodze zdobywając mój ogromny szacunek, był moim ulubionym chyba w całym serialu. Zmusił do refleksji, trochę przygnębił, przytłoczył. Jak teraz o tym myślę, to kojarzy mi się z klasycznym, stylowym science-fiction, wydawało mi się, że jesteśmy na mknącym przez czas i przestrzeń statku. A na CJ-u spoczywa ogromne brzemię odpowiedzialności. I ciężar samotności. Ciężar człowieczeństwa… Jeśli ktoś jest tutaj Bogiem, to nie Pilcher, ale CJ. Nowoczesny Noe. Szkoda tylko, że Chrystusem został Jason… ;)

Zadawałam sobie te wszystkie pytania w trakcie emisji pierwszego sezonu i szczerze wkurzał mnie brak odpowiedzi. Jasne, skupienie się na pobocznych wątkach osłabiło tempo całości i rzeczywiście niewiele było „wystrzałów”, ale dla mnie jako widza było to potrzebne. Akcja nie poszła do przodu, poszła niejako „w bok”, rozszerzając horyzont zdarzeń, dodając uniwersum głębi. Chciałam wiedzieć te wszystkie rzeczy. I teraz wiem. Ha! Z kolei jeśli chodzi o szeroko stosowane „dobijanie starych postaci” to takie śmierci, a było ich strasznie dużo, wytrącały mnie z serialowego „zawieszenia niewiary” i zamiast je przeżywać każdorazowo myślałam sobie o scenarzystach i ich (nieskutecznych) zmaganiach. Zdaje mi się, że było to zupełnie niepotrzebne. Wystarczyłoby w jakiejś jednej scenie wyraźnie powiedzieć, że takie a takie osoby zginęły. A kilku dawnych bohaterów, tak jak się to stało z CJ-em – zostawić. Może by się jeszcze przydali?

Zatrzymajmy się na moment na cliffhangerach – drugi sezon pęka od tego typu rewelacji, ale takich troszkę z pogranicza telenoweli, nie przypominają eksplozji z pierwszego sezonu. Mam na myśli choćby moment, gdy okazuje się, że Rebecca Yedlin jest architektką miasta, a Kerry matką Jasona – choć w Wayward Pines znamy ją jako jego ukochaną. Tym ostatnim motywem twórcy pojechali po psychoanalityczno-helleńskiej bandzie, nie codziennie się przecież dowiadujesz, że sypiasz ze swoją własną matką i marzysz, by ją zapłodnić! Starożytne mity okazują się aktualne w odległej przyszłości jak nigdy dotąd. Drętwieję na myśl, że Jason sam ją sobie radośnie wybrał, siedząc na ławeczce, jedząc lody, przy dźwięku kręcącej się karuzeli i sznura, na którym wisi martwy skazaniec. Jedna z najstraszniejszych, groteskowych scen w tym sezonie, nieprawdaż? Ale ogólnie dramatyczne twisty „obyczajowe” nie były moim zdaniem potrzebne, sama historia jest wystarczająco mocna.

Fot, Fox

Fot. Fox

Mateusz:  To właśnie CJ był dla mnie najciekawszą postacią, która powinna rządzić tym miastem. Przypominał mi w swojej samotności Roberta Neville’a z Jestem legendą (nawet potworki są podobne). Bardzo się cieszę, że scenarzystom udało się nakreślić tak fantastyczną i pełnokrwistą postać, tym bardziej, że większość nowych postaci okazała się dla mnie wyjątkowa nijaka i nie potrafiłbym już przypomnieć sobie ich imion. Może ktoś jeszcze przypadł Ci do gustu? Pewnie mi nie uwierzysz, że przeszła mi myśl przez głowę, że Jason i Kerry mogą być spokrewnieni? Zastanawiał mnie fakt, że mieli takie problemy ze spłodzeniem potomstwa oraz informacja o przybranych rodzicach Jasona. To było głupie, praktycznie niczym nie podparte przeczucie, które szybko odrzuciłem.

No cóż, Higgins okazał się postapokaliptyczym Edypem i wówczas radośnie stwierdziłem: „Należało mu się”! Podsumuję to żartem: wrócił tam, skąd przybył. Z drugiej strony, czy w Wayward Pines ktoś wytłumaczył mu na czym polega kazirodczy związek? Może nie powinno go to aż tak obrzydzić? Ten wątek pokazuje, że wizja Pilchera była zabawą w Boga i wynaturzeniem. To nie mogło się udać. Bardziej irytował mnie natomiast zarys telenoweli w serialu, problemy w związku Yedlinów i kilka innych kwiatków. Czy w obliczu zagłady, w każdym filmie i serialu, wszystko musi sprowadzać się do miłości? Niewiele brakowało, a zobaczylibyśmy współczesną wersję Pocahontas i wątek uczucia pomiędzy człowiekiem i Abbą. Zdecydowanie ciekawsze były dla mnie motywacje oraz ewolucja tych istot. Uważasz, że Shyamalanowi udało się nieco bardziej uczłowieczyć Abby?

Fot, Fox

Fot. Fox

Pirjo: Pocahontas! Rozbawiłeś mnie :) Kto wie zresztą, co się jeszcze zdarzy – wszak co najmniej jeden mieszkaniec Wayward Pines dobrowolnie przeniósł się na drugą stronę muru, a spanikowana trzódka zostawiła w tyle spore grono „wybrakowanych egzemplarzy”. Jakie będą ich dalsze losy? Czy vintage-ludzie dogadają się z prymitywnymi postludźmi?

No właśnie, jednym z wątków, które mnie najbardziej ciekawią obecnie w serialu jest postludzkie plemię i jego rozwój, jego zasady działania, dynamika, cele. Udało się ich nieco uczłowieczyć, ale nadal nie wiem o nich wszystkiego, co bym chciała wiedzieć. Czy mają jakąś religię? Kto nimi rządzi i na jakich zasadach? Czy Wayward Pines to ich święta ziemia, którą chcą za wszelką cenę odzyskać? Twórcy serialu chyba nie bez powodu nareszcie pokazali nam, jaka jest ta druga strona konfliktu na planecie Ziemia. Intryguje mnie, co będzie z tym dalej. W jakim kierunku się rozwiną. Może gdy mieszkańcy obudzą się w kolejnej epoce, okaże się, że… teraz to oni są archaiczni, a ziemią rządzą istoty o wiele inteligentniejsze niż ludzkość z przeszłości? Nie znam książek, na których oparto serial, więc nie mam pojęcia.

A jeśli chodzi o postacie, to na szybko napiszę tylko, że oprócz CJ-a bardzo podoba mi się Xander i jego rola w drugim sezonie – ma w sobie taki kojący spokój i męskie zdecydowanie, które mnie urzekają, szczególnie że nie tak dawno widziałam go w skrajnie odmiennej roli w serialu Flesh & Bone. Tam był villainem i budził grozę, tutaj… sprzedaje słodycze! Lubię też rodzeństwo, Franka i Lucy, i przejmuję się ich losami. Problemy, które „się im trafiły” w tym sezonie nie były wydumane, to nie była telenowela, tylko przykłady ekstremów do jakich dochodzi w miasteczku.

Fot, Fox

Fot. Fox

Mateusz: Jakiś czas temu widziałem film Nowy początek, w którym twórcy próbowali odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób komunikować się z obcymi? W czasie seansu odnosimy słuszne wrażenie, że niezrozumienie i niedopowiedzenia mogą prowadzić do konfliktu. Czy ktoś z Wayward kiedykolwiek próbował w jakiś sposób spróbować porozumieć się z tymi stworami? Nauczyć ich języka, poznać ich motywacje i cele? Może wszyscy mogli żyć w harmonii? Pilcher założył, że gdy ludzie się obudzą, Abb już nie będzie. Mylił się, dlatego bohaterowie, jak nigdy dotąd, są przerażeni swoim niepewnym losem. Bardzo podobała mi się scena, w której CJ spotyka ewoluującego człowieka, dzięki czemu możemy zaobserwować, jak powolne to były zmiany.  Wiele do serialu wniosło zaprezentowanie żeńskiego osobnika tej rasy oraz ukazanie ich motywacji. Przypomina mi to klasyczny problem człowieka z zasiedlaniem nowych terenów. Pilcher i jego ekipa byli konkwistadorami, zajęli teren siłą i to oni wywołali konflikt. Ciekawe, jak potoczyłyby się losy protagonistów, gdyby inaczej potraktowali ówczesnych mieszkańców Ziemi? Finał sezonu, urodzenie się Abby podobnej do człowieka, może wskazywać, że bohaterów czeka nie lada niespodzianka i po wybudzeniu ponownie spotkają… ludzi. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale Abby finalnie nie zaatakowały miasteczka. Ciekawe, czy mieszkańcy przeżyli?

Pirjo: No właśnie, no właśnie! Czy mieszkańcy przeżyli? Cały czas zadaję sobie to pytanie i nurtuje mnie ono, MUSZĘ TO WIEDZIEĆ! Wayward Pines jest serialem doskonale utrzymującym wysoki poziom mojej uwagi, przykuwa i drażni się ze mną.

Drugi sezon to też rozwój ludzkiej społeczności i cała masa trudnych wyborów, które mogą się nam kojarzyć z pewnymi momentami znanymi z własnej historii. Kogo ocalić, gdy można ocalić tylko część całości? Kto i na jakiej zasadzie decyduje? Kogo uznajemy za pełnowartościowego i „rokującego” obywatela, a kto jest wadliwy i z tego powodu „spisany na straty”? Przyznam, że oglądając te wątki, na przykład historię Kerry albo chłopca imieniem Fred, który odkrywa że jest „innej orientacji”, czyli nie warto w niego „inwestować” zdaniem radykalnych decydentów…  i widząc małe dzieci i starszych ludzi, którzy w ostatnim odcinku zostali pozostawieni w tyle, jako mniej wartościowi – czułam się naprawdę nieswojo. Ten fantastyczny przecież serial, opowiadający o jakiejś horrorowo-baśniowej przyszłości, bez zawahania dotknął tematów, które są albo mogą się w każdej chwili okazać aktualne. Debaty na temat tego, które życie jest ważniejsze – matki czy dziecka, albo dziecka niepełnosprawnego – powracają w naszej rzeczywistości tu i teraz, wzbudzając ogromne emocje. Mieszkańcy Wayward Pines, a szczególnie grupa rządzących, musieli wziąć na siebie ogromną odpowiedzialność, podejmując wybór. Ta okropna scena, w której ojciec jednej z rodzin, zostawiony na „drugą turę”, czujący, że pomoc nigdy nie nadejdzie – odbiera sobie życie – dołącza do kolekcji momentów, które poruszyły mnie i przestraszyły. Ta scena bardzo mocno pokazała problemy projektu „Wayward Pines”, problemy z zabawą w Boga, zabawą w kontrolowanie procesów ewolucji, zabawą w Arkę. Ale także moc i aktualność samego tematu. Ten serial jest „o czymś”, a celem science fiction, fantastyki, powinno być stawianie ciekawych pytań, prawda?

Fot, Fox

Fot. Fox

Mateusz: A jeśli przeżyli? Jak myślisz jakie były ich dalsze losy? Mam swoją małą teorię, że odbudowali miasto i żyli spokojnie. A co do pytania o fantastykę – prawda. Science fiction zawsze nawiązywało do tematów tabu oraz ludzkich obaw. Podobnie jest w przypadku Wayward Pines, ponieważ scenarzyści stawiają bardzo trudne pytania o istotę władzy, odrzucenie jednostki na rzecz ogółu oraz sens narzucania wzorców postępowania. Miasteczko przypomina mi pod względem ustroju kraje totalitarne, szczególnie Koreę Północną i ich udawaną lojalność (raczej jest to lęk przed konsekwencjami). Kult jednostki (Pilchera), nieustająca kontrola (wszechobecne kamery) oraz całkowite narzucenie jedynej słusznej ideologii. To zabawne, że w serialu możemy doszukiwać się również nawiązań do konfliktu związanego z aborcją.

Jednak, tak jak wspomniałaś, dobre sci-fi pobudza do empatii i przemyśleń, co niewątpliwie umożliwia nam druga seria Wayward Pines. Nie mogę się jednak z Tobą zgodzić, że przerażający był wątek podziału na lepszych i gorszych. Zauważ, że Yedlin również miał pretensje o to do Jasona, jednak ostatecznie zachował się pragmatycznie i potwierdził decyzje Higginsa. Poruszyło mnie pozostawienie tych ludzi w mieście i nieoczekiwane rozstania. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyło mi się to z tragedią Titanica. Twórcy pokazali nam, że zabawa w Boga ma swoje konsekwencje i jesteśmy odpowiedzialni za podejmowane przez nas decyzje. Jak w realistycznym świecie. Przejdźmy jednak powoli do podsumowania, podobał Ci się nowy sezon Wayward Pines?

Pirjo: Bardzo mi się podobał, mimo że zauważyłam zmianę tempa – jego zwolnienie, brak porządnych fabularnych twistów – zastąpienie ich melodramą, oraz niestety zatrudnienie nieco gorszych aktorów. Usuwanie w trakcie sezonu „starych postaci” i zabijanie ich jedna za drugą uważam wręcz za wpadkę. Ale dostałam sensowne wyjaśnienia dla wielu wątpliwości, pojawiło się sporo nowych, ciekawych pytań i zagadnień, które mnie fascynują. W porównaniu z płaskim i zbyt dla mnie abstrakcyjnym, szytym grubymi nićmi sezonem numer jeden, drugi wciągnął mnie na całego. Po pierwszym prawie rzuciłam serialem w kąt, teraz cieszę się, że wróciłam. Coś za coś. Jestem wkręcona i nie doczekam się rozwiązania zagadek. Nie wiem, czy czytałeś książki, czy tak jak ja sezon zostawił Cię zawieszonego w niepewności – ale napisz, czego Ty spodziewasz się po następnym sezonie, czy zamierzasz go oglądać i czy Wayward Pines jest dobrym serialem – dla Ciebie? Bo ja powiem szczerze, że drugi sezon, do którego zabrałam się bez większego przekonania, okazał się w moim odczuciu lepszy od pierwszego, i teraz mogę powiedzieć, że naprawdę czekam na kolejną serię, ciekawa, jak potoczą się dalsze losy „ostatnich ludzi na Ziemi”.

Fot, Fox

Fot, Fox

Mateusz: Drugi sezon serialu Shyamalana kojarzy mi się z wyświetlanym obecnie Westworldem. Tempo jest może mocno jednostajne, jednak seria rozkręca się z odcinka na odcinek i muszę przyznać, że jednak powoli wkręca w fotel (to ten moment, kiedy nie możesz odmówić sobie kolejnego epizodu). Niestety nie czytałem książek, czego bardzo żałuję. Chętnie zweryfikowałbym literacki pierwowzór z serialową wersją. Wayward Pines to nadal bardzo solidny serial, jednak nie mogę się z Tobą zgodzić, że drugi sezon okazał się lepszy od pierwszego. Zabrakło napięcia, intrygi, klimatu oraz dobrego aktorstwa, jednak scenarzyści w sporej mierze wynagradzają nam pewne braki – rozwojem uniwersum, a także kilkoma bardzo ciekawymi zabiegami fabularnymi. Już nie mogę doczekać się kolejnego sezonu. Ach, ta magia cliffhangerów!

Pirjo: Wspomniałeś Westworld – może szkoda, że Wayward Pines nie ma takiej potężnej kampanii reklamowej i chowa się gdzieś na obrzeżach serialowego świata. Mam wrażenie – i wzmaga się ono po tej naszej dzisiejszej rozmowie – że ten serial może pobudzać do myślenia równie dobrze, jak przygody gości i gospodarzy Świata Dzikiego Zachodu. Moim zdaniem warto go polecać! Więc: polecamy!

Wayward Pines
thriller, science fiction
Fox, 2015–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Mateusz Michałek
Pracoholik, który wiecznie grzebie coś przy portalu Gildia.pl. Koordynator Gildii Filmu. Wychował się na starych filmach z Brucem Willisem, Arnoldem Schwarzenegger i Sylvestrem Stallonem, jednak pokochał dopiero Gwiezdne Wojny i Doktora Who. Wolny czas najchętniej spędza w kinie lub w domu, pochłaniając kolejne seriale. Jego marzeniem jest epizodyczny występ w The Walking Dead (oczywiście jako zombie).