Fot. Netflix

Jabłko od jabłoni (Gilmore Girls: A Year in the Life)

Artykuł zawiera spoilery.

Na potrzeby tego tekstu spróbuję się na chwilkę wynurzyć z nostalgicznej mgiełki i bezkrytycznej ekstazy, w jaką wprawił mnie seans nowych, wieńczących całość odcinków Gilmore Girls. Na porządne zakończenie czekałam od 2007, a od roku na A Year in the Life. Rozmawiamy o jednym z moich ukochanych seriali, oglądanym wiele razy. Hej, nawet niniejszy revival widziałam już dwukrotnie. Więc wybaczcie, zrozumcie. Kult.

Opowieść o trzech pokoleniach kobiet rodu Gilmore – babci, córce i wnuczce – od zawsze wpisywała się dla mnie w mityczny schemat dotyczący różnych wcieleń i etapów kobiecości, z którymi na kolejnych etapach życia można się identyfikować – staruszka, kobieta dojrzała i dziewczyna. Prządki, mojry, gracje, co tam sobie chcecie. Ich więź, ich spory były dla mnie uniwersalne, ale też konkretne, życiowe i przez to można w nie było łatwo uwierzyć. Teraz koło życia przesunęło się raptownie do przodu i dostaliśmy następny rozdział, a przy okazji odpowiedzi na pytania – co stało się dalej? Jakie są dalsze losy zarówno głównych bohaterek, jak i całej galerii ekscentrycznych postaci zaludniających baśniowe miasteczko Stars Hollow? Przyznam, że jeśli chodzi o mnie, to otrzymałam satysfakcjonujące odpowiedzi na większość pytań, a na dodatek udało się w kontynuacji zrównoważyć słodkie, zabawne wątki z tymi naprawdę mocno „jadącymi po psychice”. Udało się uniknąć laurki, pocztówki, jakiegoś nierealnego happy endu – mnie taki cukierkowy finał na pewno by nie ucieszył. Wolę Gilmorki słodko-gorzkie. Było też mnóstwo kawy! Nie zabrakło Paula Anki! Hep Alien! Ani poruszającego hołdu dla zmarłego między serialem a kontynuacją Eda Herrmanna, aktora wcielającego się w rolę patriarchy klanu Gilmore, Richarda. Jak to dobrze, że temat jego śmierci okazał się nie tylko krótką wzmianką, ale jednym z centralnych wątków serii.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Amy Sherman-Palladino (wraz z Danielem) przygotowali spójny, składający się w sensowną całość skrypt,  z szacunkiem odnosząc się do fanów (kilku superfanów wpuszczając nawet na plan!) i nie pomijając żadnego z najważniejszych tematów. Czy to jest absolutnie perfekcyjne zwieńczenie całości? Nie. Ale jest przemiłe, niosące komfort, ciepłe i zachowujące ducha oryginału. A to w serialach nie zdarza się za często. Dostajemy coś więcej niż bezmyślne pogrążanie się w nostalgii. Jako że zawsze ceniłam w Gilmore Girls prawdziwość w ukazywaniu głęboko zakorzenionych konfliktów, sporów rodzinnych czy „związkowych”, sięgających do samego (se)dna i wcale nie znikających wraz z końcem odcinka, rozpisanych na cały serial – na całe życie  – jestem ukontentowana ilością psychodramy. Sceny, w których ktoś kogoś werbalnie krzywdzi należały zwykle do moich ulubionych, bo tak dobrze wpisywały się w charaktery postaci i pozwalały serialowi uniknąć kiczu. I ta tendencja jest w revivalu z powodzeniem kontynuowana. Bez tego byłby tylko lukier, idylla, eskapizm. A bezy, pianki i czekoladki spożywane hurtowo powodują u mnie niestrawność. Co powiedziawszy…

Jestem zadowolona, że konflikty między Lorelai i Emily cały czas mocno buzują i nie pomaga nawet terapia – nestorka rodu bez końca wyrzuca latorośli „pomyłkę” z dawnych lat, być może widząc w tym swoją własną, rodzicielską porażkę. Może to okropnie tak pisać, ale cieszy mnie, że niektóre rany nie chcą się zasklepić. Że w środku jest mrok, którego nie złagodzi nawet kubek kawy z Luke’s Diner. Dla mnie GG jest po prostu lepszym dramatem niż komedią. W revivalu są też bolesne sekrety – między Lukiem a Lorelai, a także między Rory i jej mamą – chodzi mi o relację z Loganem. Lorelai wytrwale szuka w tym sezonie siebie, przechodząc od zabawnych ujęć tematu „podróży” po te dołujące, szczere, prawdziwe. Nagły zryw z odcinka zimowego, gdy wbrew rozsądkowi chce nadrobić czas strawiony na miotaniu się, mieć dziecko, założyć rodzinę od nowa – mimo że jej własna, patchworkowa jest niedaleko, tylko już na kolejnym etapie drogi – dosłownie złamał mi serce.  Lorelai pogrąża się w (skazanym na porażkę) poszukiwaniu straconego czasu. Jej opór przeciw zmianom – rozwojowi Dragonfly, czy ślubowi z Lukiem – ciekawie uzupełnia się z tęsknotą za tym, co odeszło i za tymi, którzy się zmienili. Za Sookie, za Michelem, także za Rory. Wszystkie te cechy, sceny, rozmowy składają się na być może najlepszy wątek sezonu . Opowieść o dojrzewaniu Lorelai spina odcinki, będąc ich głównym tematem i napędem, a Lorelai jest w tym sezonie postacią iście tragiczną, wcale nie komediową. Way to go, girl! Jakby ją dogoniły odkładane na później sprawy, jakby nie dało się już dłużej zajadać problemów pizzą i zapijać hektolitrami kawy. Scena telefonicznej rozmowy z matką (moja prywatna nagroda dla NAJLEPSZEJ SCENY z kontynuacji) i wzruszająca opowieść o ojcu była prawdopodobnie kulminacyjnym momentem. Jak dobrze, że dostaje się jej spontaniczny, lekki finał, czyli ślub w stylu Gilmore Girls! (No, może trochę szkoda, że nie doświadczyliśmy na ekranie szumnie zapowiadanych flash mobów…) Jak miło było zobaczyć, że Lorelai mieszka z Lukiem, oglądają razem filmy i seriale, kładą się razem spać, tak. To krzepiący i wzruszający widok.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Rory nadal jest dziewczynką tylko z pozoru miłą, ułożoną, słodką i grzeczną – a w istocie okazuje się mocno „zdzirowata”. W A Year in the Life angażuje się w sekretny romans z zaręczonym z kim innym Loganem, równocześnie fatalnie traktując swojego oficjalnego boyfrienda, a na domiar wszystkiego zarywa chłopaka na jedną noc. Cosplayera! :D Jest na bakier z moralnością, nie do końca wie, czego szuka w życiu, jakby ta jasna ścieżka edukacji, którą oglądaliśmy towarzysząc dziewczynie od najmłodszych lat, nagle się załamała. Rory jest zagubiona, bywa narcystyczna, wkurzająca. Nie bardzo też rozumiem, jak ta dotąd pilna i na przekór porażkom dążąca do swoich celów postać może się tak szybko poddać, jeśli chodzi o dziennikarską karierę, i być tak wybredna w tym względzie, tak słabo przygotowana do rozmów o pracę i tak się wywyższać! Nawet mimo szoku, którym musiała być dla niej śmierć dziadka. Niestety, w kilku momentach nie do końca „czułam” Rory.

A jednak to relacje między trzema postaciami – Emily, Lorelai, Rory – stanowiły i wciąż stanowią kręgosłup serialu. Ciągle jest coś nowego do opowiedzenia w temacie, a bohaterki rozwijają się. Mają wady, bywają irytujące i widzimy te brzydkie cechy jak na dłoni, samolubność, upór i opór. To się nie zmieniło, dobrze. Znów będę okrutna i napiszę, że ucieszyło mnie, iż każda z postaci przeżyła w revivalu egzystencjalny kryzys. Przecież wyszły z niego „na tarczy”, prawda? A przy okazji dostarczyły nam jednych z najlepszych scen w historii GG. No i wiecie, jak jest. Mogę wiele zarzucić Gilmorkom, ale równocześnie, jako że są moimi ukochanymi postaciami, potrafię im sporo wybaczyć…

Jeśli chodzi o sercowe sprawy Rory (tematyka równocześnie błaha i kluczowa), podoba mi się sposób, w jaki wątek jest kontynuowany i to, że nie dostajemy definitywnej odpowiedzi na pytania obsesyjnie zadawane przez fanów – z kim „skończy” bohaterka? Problem (i cała ekscytacja związana) z „chłopakami Rory” jest i zawsze był dla mnie taki, że lubię ich wszystkich, kibicuję każdemu z nich. Jestem #teamDean, #teamJess i #teamLogan – jednocześnie.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Dean pojawia się w nowej serii sporadycznie, aby Rory – w refleksyjnym nastroju, pisząca książkę o swoim życiu – mogła wyartykułować to, co chłopak dawno temu powinien był usłyszeć – że był cudowny, że czuła się przy nim bezpiecznie, że nie można sobie wyobrazić lepszej pierwszej miłości. Przyznam, zawsze lubiłam Deana (do dziś jestem wielką fanką Jareda P.), i nieco żałowałam, gdy trafił na boczny tor i nagle przestał czytać książki oraz żywo interesować się popkulturą, gdyż na scenie pojawił się Jess, z którym go trzeba było skontrastować. Nie wiem, czy zauważyliście, ale Dean momentalnie przestał być wtedy dla Rory jakimkolwiek intelektualnym wyzwaniem czy nawet partnerem. Autorom revivalu dobrze udało się oddać w krótkiej scenie nostalgię za młodością i za bezwarunkową miłością, która zawsze gdzieś tam będzie, na kanapie w salonie i przed telewizorem, zadomowiona, przytulna, z Rory i Lorelai oglądając filmy, programy i seriale, albo w garażu, z poświęceniem budując dla ukochanej kolejny samochód. Niedostępna, lecz czule wspominana. Dean to teraz temat zamknięty, służący wyłącznie refleksji. Może szkoda. A może nie?

Co innego Jess – tu sprawa jest otwarta. Uwielbiam Milo, ale szczególnie w swoich nastoletnich latach i w pierwszych sezonach jego bohater reprezentował dokładnie taki typ porywczego, gniewnego, upartego i wręcz  nieprzyjemnego w obejściu, zadufanego w sobie chłopaka, jakich nie znoszę. Jasne, Rory też nie była nigdy aniołkiem, więc Jess wyciągnął z niej zupełnie inne cechy niż Dean. Równocześnie był taką drama queen, że mimo epickich „momentów” nigdy nie faworyzowałam opcji Team Jess. Teraz trochę zmieniam zdanie. Gdy Jess dorósł – a widać to było już w poprzednich sezonach – jego kreatywna, nerwowa energia została wykorzystana „w służbie dobra”, zaczął lepiej traktować swoich bliskich, a ośli upór zamienił się w stanowczość, i – w dobrym tego słowa znaczeniu – pewność siebie. Gdy Jess dorósł stał się front-runnerem do serca i ręki Rory, choć niestety zanosi się, że będzie do niej wzdychał latami, niczym Luke do Lorelai. Nie byłabym jednak specjalnie rozczarowana czy oporna, gdyby „się zeszli”.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Co powiedziawszy, zdając sobie sprawę z tego, że jestem w mniejszości i moje sympatie są niszowe, szczególnie po obejrzeniu kontynuacji – jestem TAK BARDZO Team Logan! Logan jest cudowną mieszanką stabilizacji i szaleństwa i niewątpliwie kocha Rory, rozumiejąc jak bardzo jest niezależna, silna, wspaniała. Hej, to ona odrzuciła oświadczyny i złamała mu serce, nie zapominajmy (choć sezon siódmy wydaje się nagle mocno niekanoniczny…). Logan ma w kontynuacji rozbudowaną rolę i to, czego się dowiadujemy, zupełnie mnie rozczuliło. Jasne, oboje są w związkach z kimś innym, ale ich wzajemna relacja jest romantyczna, oparta na bliskości, szczerości i prawdzie.  Logan stał się z biegiem czasu wielowymiarową postacią. Wydaje mi się, że nie jest już tylko lekkoduchem bez moralnego kręgosłupa, któremu zależy w życiu wyłącznie na zabawie, ale że jest na odwrót – kieruje się rozsądkiem, lecz zachował w sobie predyspozycje do tego, by właśnie bawić się, cieszyć, brać z życia co najlepsze. W tym sensie uzupełnia się z Rory i jako para idealnie do siebie pasują. Oboje uprzywilejowani, wychowani w podobnym środowisku, mający podobne cele, wspierający się z całego serca, ambitni.

Uwielbiam Rory w wersji z Loganem. Ona zawsze może na niego liczyć! I wydaje mi się, że to Logan kocha ją bardziej niż ona jego, i zawsze będzie ją tak właśnie kochał. A do tego jest między nimi niesamowita, ekranowa chemia. Sceny telefonicznych rozmów, łatwość z jaką się porozumiewają w A Year in the Life całkowicie mnie przekonała. You jump, I jump, Jack! Pojawienie się Life and Death Brigade scementowało pozytywne odczucia, bo w serialu najbardziej lubiłam ich szalone przygody. Finn! Cała sekwencja dostaje moją nagrodę dla NAJPIĘKNIEJSZEJ SCENY z revivalu, zwieńczonej pożegnaniem z Loganem, który próbuje dziewczynę zatrzymać w jednym, ostatnim kadrze ze złączonych dłoni. Cudowne. Ujęła mnie też gotowość Logana, by „ratować” Rory, która nie wymaga ratowania. Logan wie, że Gilmorka poradzi sobie sama, ale i tak zawsze jest u jej boku, gdy trzeba. Może jest jakoś tam podobny do Christophera, ale to niekoniecznie musi być zła rzecz. Chris i Lorelai zawalili wiele spraw, oboje, po równo, ale nawet tata Rory ustatkował się w końcu, dorósł, założył rodzinę, jest szczęśliwy. Może historia Logana i Rory zakończy się inaczej niż ta z pokolenia rodziców?

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Czas na minusy. Przez cały binge-watch nowych odcinków miałam wrażenie, że matka i córka – Lorelai i Rory – nie w pełni odzyskały dawny flow. Trochę jak raperzy na emeryturze, którzy wyszli z wprawy, zajęli się czymś innym, a tu ktoś ich znienacka zaprosił na lukratywne reunion tour. I usilnie próbują sprostać oczekiwaniom. Były w sezonie momenty kiedy zupełnie nie mogłam się skupić na słynnych „popkulturowych odniesieniach” wpakowanych po brzegi w dialog, nie ważne jak bardzo current i on-point by nie były, bo rozmowa toczyła się tak szybko i monotonnie, że wymiękałam. Przekrzykiwanie się, kto prędzej, kto intensywniej, kto wrzuci z siebie więcej błyskotliwych dykteryjek na minutę. Chyba po raz pierwszy przeszkadzały mi sceny, gdzie Lorelai i Rory są razem, sam na sam. Sceny będące przecież kwintesencją i źródłem uroku formatu!

Brakowało mi też poważnych rozmów między nimi, dostaliśmy „konfekcję”, zamiast jakże potrzebnego komentarza do toczących się na ekranie dramatów, kłamstw, czynów niezbyt poprawnych i niezbyt fair. Czy naprawdę matka i córka musiały tak okrutnie szydzić z grubych ludzi przy basenie, tak niemiło traktować pozbawionego jakiejkolwiek osobowości, ale sympatycznego w gruncie rzeczy Paula, i czemu unikały rozmowy o wyskokach Rory? Kto jak kto, ale Lorelai powinna je jakoś skomentować, moim zdaniem. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej powyższe dwa wątki wydają się ze sobą powiązane – dialogi nie wychodzą dobrze, bo dotyczą rzeczy banalnych, zbędnych, zamiast problemów i dylematów faktycznie zajmujących matkę i córkę w tym konkretnym momencie życia. Podtrzymywanie kontaktu to nie to samo co komunikacja.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Po drugie – gościnne występy. Boleśnie było czuć „incydentalną” obecność niektórych bohaterów, taką „tylko na jedną scenę”, bez głębszego związku z odcinkiem czy sezonem. Przykład? O ile Paris Geller (cudowna, charyzmatyczna Liza Weil, to do niej wędruje moja nagroda dla NAJLEPSZEJ ROLI drugoplanowej w revivalu), która pojawiła się na cały odcinek i była wpisana mocno w jego strukturę i fabułę, bardzo się sprawdziła, to już wrzucenie pięciominutowych, oderwanych od całości scenek – jak ta z Sookie czy z April – wytrącało mnie z „zawieszenia niewiary” i zamiast cieszyć – denerwowało. Czyli – Christopher okej, nawet Dean w supermarkecie okej, ale już April ni z tego, ni z owego wypowiadająca kilka kwestii przy wspólnym stole i znikająca zaraz potem, z ekranu i z pamięci – o, nie. Tak bardzo nie.

To powiedziawszy, podkreślę wyraźnie, że ogromnie mi się spodobało wprowadzenie premierowych postaci, bo pozwoliło z kolei uniknąć pułapki „odgrzewanego kotleta z 2007” i zamknięcia miasteczka w idyllicznej, staroświeckiej, śnieżnej kuli. W czołówce nowych bohaterów byłyby dla mnie chyba kobiety – Sutton Foster (razem z resztą obsady kapitalnego i tak bardzo awkward i przegadanego Stars Hollow: The Musical, Christian Borle, OMG) w roli przyjezdnej wokalistki, cudna Alex Kingston z Doctora Who wcielająca się w ekscentryczną, angielską gwiazdę i Julia Goldani Telles z Bunheads jako szefowa modnego start-upu. O, tak!

Co jeszcze… Książki! Książki zawsze były ważne w życiu Rory i w narracji serialu, więc informacja o powstaniu książki o Gilmorkach wydała mi się naturalna i meta-genialna zarazem. Doskonałe zwieńczenie i ciekawy kierunek, jeśli chodzi o naukową i zawodową karierę tej bohaterki, jej wybory oraz całą historię. Tak samo przejęcie lokalnej gazetki.  Oy!

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Strukturalnie podoba mi się też świadomość „czasu i przestrzeni”, swoista symetria – seria kończy się i zaczyna w altance na środku ryneczku, w samym sercu Stars Hollow. Opowieść podzielona jest na odcinki, a każdy z nich to jedna pora roku. Rory ma 32 lata, czyli dokładnie tyle samo, co Lorelai w pierwszym odcinku pierwszego sezonu. Logan jest troszkę jej Christopherem, a Jess – jej Lukiem. Lorelai i Rory stają się w tym sezonie…  swoimi matkami. Rory, nomadka, bez domu i pracy, wraca do rodzinnego miasteczka by odzyskać równowagę. Ring any bells? Z kolei Lorelai jest coraz bardziej jak Emily, co uderzyło mnie szczególnie w motywie ze zwalnianiem kolejnych szefów kuchni w Dragonfly Inn – dokładnie tak, jak jej niezadowolona matka na przestrzeni sezonów GG irracjonalnie zwalniała z pracy pokojówki. Nie musimy oglądać dalszej części ich historii, bo dokładnie wiemy, jak się prawdopodobnie skończy. Ta symetria, niezmienność uniwersum Stars Hollow jest równocześnie błogosławieństwem i klątwą, co czują same bohaterki. Komfort może być przecież też utknięciem w miejscu. Rory zmaga się z dorosłością, Lorelai – z własną śmiertelnością, a Emily – przede wszystkim ze śmiercią.

Co do Emily, jej przemiana w tym sezonie, kolejne etapy radzenia sobie z żałobą, stawanie na nogi – być może po raz pierwszy na własne nogi – toczyła się w tle, ale była OCH TAK BARDZO dobrym wątkiem. Podejmowanie suwerennych decyzji, niezależność, pogodzenie się z nową sytuacją rodzinną, do pewnego stopnia z Lukiem i Lorelai – mistrzostwo świata. Nie był to może kluczowy temat, ale Kelly Bishop jest tak wspaniałą, charakterystyczną aktorką, że w przeciwieństwie do Lauren Graham i Alexis Bledel nic mi w jej „performansie” nie zgrzytało. To do niej należało wiele spośród najlepszych one-linerów sezonu (I guess Vagina House was taken?). Fabuła w jej przypadku sunęła do celu jak po maśle i bez problemu uwierzyłam w szokujące decyzje, takie jak sprzedaż rezydencji, zmieszanie z błotem pań z DAR (nagroda dla NAJZABAWNIEJSZEJ SCENY, o włos wygrywająca z projekcją „A second film by Kirk”) i wyprowadzka nad morze. Ucieszyło mnie, że Emily znalazła sobie wreszcie idealną pokojówkę. Po tych wszystkich latach! A na dodatek gra ją nie kto inny, a Rose Abdoo, wcielająca się w serialu także w rolę pani mechanik, Gypsy. Zauważyliście? Doprawdy, Kelly Bishop zasługuje na wszystkie możliwe nagrody dla supporting actress!

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Czas chyba na słynne „ostatnie cztery słowa”, które Amy Sherman-Palladino wymyśliła ponoć już tworząc pierwszy sezon serialu. Przyznaję, zastanawiałam się, co by to mogło być, ale nigdy nie miałam szczególnych podejrzeń czy pomysłów, których trafności byłabym stuprocentowo pewna. Aż do momentu, gdy zaczęłam oglądać A Year in the Life. Powtarzane kilkukrotnie w pierwszym odcinku dywagacje o „kręgu życia”, a także perypetie Lorelai związane z chęcią posiadania dziecka momentalnie skierowały  mnie w stronę idei, że „circle of life” musi być kontynuowane, i w związku z tym nadszedł czas na kolejną Gilmorkę lub (le gasp!) małego Gilmorka. Scena z Christopherem w finałowym odcinku i jego rozmowa z Rory tylko mnie w moim przeczuciu utwierdziły.

Ostatnie słowa? Doskonałe. Otrzymaliśmy zakończenie, które równocześnie świetnie domyka serial i… jest otwarte.  Życie Gilmore Girls płynie dalej swoim rytmem. Jabłko upada niedaleko od jabłoni, córki powtarzają losy matek. Wiem jednak, że wszystko się im poukłada, nie postrzegam zakończenia jako szokującego cliffhangera. Mogę spać spokojnie! Mogę sobie wyobrażać kolejne rozdziały tej ponadczasowej opowieści, i to takie, jakie mi się będą najbardziej podobały.

Rory: Mom?

Lorelai: Yeah?

Rory: I’m pregnant.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Gilmore Girls. A Year in the Life
comedy, drama
Netflix, 2016

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Latest posts by Pirjo Lehtinen (see all)