O koniu, który szukał szczęścia (BoJack Horseman, S01–03)

O koniu, który szukał szczęścia (BoJack Horseman, S01–03)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery. 

Czekając na powrót Brooklyn Nine-Nine chciałam sięgnąć po jakiś inny przyjemny, rozweselający sitcom. Dałam się skusić Netflixowej, animowanej produkcji BoJack Horseman. Zapowiadało się dobrze. Bardzo lubię Simpsonów, Futuramę, szukałam czegoś bardziej w tę stronę niż np. Family Guy; BoJack kusił trzema sezonami zamiast kilkunastu. W opisie znalazły się słowa „sitcom” i „satyra na showbiznes”. Idealna rzecz do śniadania? Otóż nie.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

No dobrze, może sprecyzuję. Jeśli szukacie komedii do pośmiania się, znajdziecie ją w tej animacji dla dorosłych, ale tylko na powierzchni. BoJack Horseman to coś więcej niż sitcom, który dzięki obrazkom pozwala sobie na jeszcze bardziej absurdalne wątki i postaci. Pod płaszczykiem żartów i naśmiewania się z gwiazd (czasem dosłownie, biedny Andrew Garfield, czasem poprzez chwytliwe gry słowne), serial Netflixa opowiada o czymś dość typowym, a jednocześnie trudniejszym – o poszukiwaniu szczęścia i tym, że czasem nawet mimo starań takie szczęście trudno zdobyć.

Głównym bohaterem serialu jest koń BoJack Horseman (nadmienię szybko, że universum BoJacka zamieszkują ludzie oraz antropomorficzne zwierzęta, różnica między gatunkami nie jest specjalnie zaznaczana, panuje równouprawnienie między rasami) – przygasła gwiazda popularnego niegdyś sitcomu, dziś odcinający od sławy kupony, nadużywający alkoholu, zagubiony w życiu i swojej wielkiej willi aktor. BoJack spędza dni na piciu i narzekaniu na pomieszkującego u niego dzikiego lokatora Todda. Jego agentka i była dziewczyna Princess Carolyn (różowa kotka) próbuje zagonić go do roboty, a dawny kolega z branży, Mr. Peanutbutter (labrador), znajdujący się w sumie w podobnej sytuacji, pokazuje mu codziennie swoim entuzjazmem, że można żyć z innym nastawieniem. Wyjściem dla perypetii BoJacka w pierwszym sezonie jest zamówienie na autobiografię, którą złożył u niego wydawca Pinky, pingwin (jak Penguin Books, get it? I tak zaczyna się niekończąca parada animal puns). BoJack zatrudnia jako swoją ghostwriterkę Diane, jak się okazuje, aktualnie dziewczynę wyżej wspomnianego labradora. Diane zostaje więc cieniem naszego konia w swetrze, słucha jego opowieści o życiu i jest świadkiem jego bardziej i mniej spektakularnych przygód.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Wymienione już przeze mnie animacje, Simpsonowie czy Family Guy (ale i South Park oraz American dad i wiele, wiele innych), mają to do siebie, że cokolwiek nie wydarzyłoby się w odcinku, wracamy pod koniec do ustalonego status quo. Bohaterowie nie rosną i się nie starzeją. Mogą przeżyć niesamowite zawirowania życiowe, ale w następnym odcinku o nich nie pamiętają, nie rozwijają się. Taka konwencja. Dlatego nie jest ważna kolejność odcinków, można włączyć każdy w każdej chwili i trochę się pośmiać. Inaczej ma się sprawa z BoJackiem. Jak na serial Netflixa przystało, przygotowany jest on do hurtowego oglądania, pochłaniania sezonów w całości. I fabuła, nie humor, jest tu tym, co najbardziej przykuwa naszą uwagę podczas tego binge-watchingu. Fabuła kręci się wokół perypetii bohaterów, z koniem na czele – ich pracy, miłości, relacji między sobą. Co więcej, ten serial nie ma urwanych wątków, co najlepiej widać właśnie, gdy pochłonie się go na raz. Drobny element wspomniany w jednym odcinku często wraca w kolejnych. Czasem nie zauważamy wagi pewnych szczegółów, czasem łapiemy się za głowę, zdając sobie nagle sprawę, że foreshadowing danej sceny widać było sezon wcześniej. To mały majstersztyk storytellingu. Dość wymienić dwa elementy z pierwszego sezonu – paragon pod kanapą i mimochodem rzucone przez Sarah Lynn (dziewczynę, która jako dziecko grała w serialu razem z BoJackiem) nazwisko Herba Kazzaza, powtarzające się potem aż do pojawienia się tego konkretnego wątku.

Kreska jest dość specyficzna, artyści odpowiedzialni za animację często bawią się konwencją i umieszczają w tle najróżniejsze żarciki, które czasem trudno wyłapać za pierwszym razem. Design zwierzęcych postaci jest bardzo pomysłowy, chociaż Quentin Tarantulino (tarantula z ludzkimi nogami i pajęczymi „rękami”) będzie mi się jeszcze długo śnił po nocach. Artystycznym majstersztykiem jest natomiast jeden z odcinków pierwszego sezonu, w którym BoJack przeżywa bad trip po dragach. Wizualizacja tego, co dzieje się w jego głowie, przedstawiona w dość długiej sekwencji, to jak podróż po najróżniejszych stylach, uczta dla oczu, a równocześnie idealne oddanie tego totalnego oderwania od rzeczywistości po spożyciu. Podobną senną wizję snuje Princess Carolyn, wchodząc w idylliczny świat obrazu Thomasa Kinkade’a (noszącego tytuł Glowing Fuzzy Nonsense). Nawiązań do różnych artystów jest w sferze plastycznej naprawdę sporo, czego ładną kompilację można znaleźć tutaj.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

BoJack to też plejada gwiazd podkładających głosy rysunkowym postaciom. W roli głównej Will Arnett, który swój talent pokazywał też jako Lego Batman, Todd przemawia głosem Aarona Paula, a Diane – Alison Brie. Oprócz tego liczne cameos, w tym Paula McCartneya, Naomi Watts czy np. Matthew Foxa, który przedstawiony jest przewrotnie nie jako lis, a wilk. Parodiowani aktorzy często zgadzają się, by podłożyć głos pod własne postaci – jak Dan Radcliffe czy Jessica Biel – tych zaś, którzy odmówili, spotyka gorszy koniec (ponownie, biedny Andrew Garfield). Moją ulubioną postacią epizodyczną jest jednak character actress Margo Martindale – pojawiająca się jako z jednej strony „człowiek do zadań specjalnych”, z drugiej jako właśnie ta aktorka, której twarz się kojarzy, bo widziało się ją w mnóstwie produkcji, nazwisko jednak jakoś nigdy nie zapadło w pamięć. Martindale jest właśnie taką aktorką, na co wielokrotnie podczas trwania serialu zwraca uwagę, związane z tym frustracje wyładowuje zaś w dość brutalny sposób (ale po takim występie chyba już zapadnie na stałe w pamięć).

A co z tym humorem? Humor ewidentnie jest, od niezbyt wyszukanego (BoJack wymiotujący watą cukrową) po mądry, sprytny, wymagający znajomości tematu. Na pierwszy ogień idzie oczywiście satyra Hollywood czy popkultury ogólnie – życie celebrytów, durni dziennikarze, głupie reality shows i teleturnieje, antropomorficzne sępy krążące nad domem zmarłej gwiazdy itd. Czasem ostrze satyry wycelowane jest w poważniejsze tematy – np. to, w debacie na temat aborcji biorą w wiadomościach udział tylko mężczyźni. Seriali o celebrytach i showbizie jest dość sporo, od 30 Rock, Entourage po UnREAL, BoJack jednak, jako animacja, może pozwolić sobie na dużo więcej. I to nie tylko jeśli chodzi o naśmiewanie się z absurdów. Jednym z najlepszych odcinków jest lekko oderwany od głównej osi fabuły, niemal niemy odcinek z sezonu trzeciego, w którym BoJack jedzie na festiwal filmowy do zamieszkanego przez ryby miasta pod wodą. Wyposażony w dostarczający tlen hełm, przeżywa cały dzień przygód i ma chwilę, by zastanowić się nad sobą. Niemal trzydzieści minut i tylko parę słów, a jakie robi wrażenie! Bo żarty i gry słowne na bok, co najbardziej do mnie przemawia w tym serialu, to właśnie opowiadana historia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Wspominałam, że fabuła jest tu ciągła, a bohaterowie wyciągają wnioski z tego, co im się przytrafia (nie wszyscy oczywiście, jak to w życiu). W centrum tego nasz koń o skłonnościach destrukcyjnych. BoJack z pierwszego sezonu to nie BoJack z trzeciego sezonu, dzielą ich bowiem różne doświadczenia. A jednak ciągle trapią go te same problemy. Głównie – jak być szczęśliwym? BoJack ma dużo – nie wszystko, ale dużo – pewną sławę, pieniądze, zainteresowanie. I z jednej strony w ogóle tego nie docenia, z drugiej, w poszukiwaniu lepszego życia, chwyta się kurczowo jakichś celów – wydanie książki, zrobienie filmu, zdobycie nominacji do Oscara – które mają go ostatecznie uszczęśliwić. Jak w życiu: czasem też wydaje nam się, że wszystko się ułoży i wszystko będzie dobrze, jeśli tylko zaliczymy ten Everest, spełni się to jedno marzenie. A potem się spełnia i… wszystko jest po staremu. Bo nie tak to działa. A jeśli naprawdę mamy problemy ze szczęściem, kiedy trapi nas niepokój, melancholia, kiedy cierpimy na depresję, śmiało można założyć, że bez pewnej pracy u podstaw żaden spektakularny sukces nas na stałe nie zmieni. BoJack wciąż się tego uczy i czasem bardzo zabawnie jest oglądać jego perypetie, ale czasem ma się ochotę wrzasnąć na niego, kiedy podejmuje głupią decyzję, albo zapłakać nad jego losem. Im dalszy sezon tym tak naprawdę mamy tego więcej. Bo nasz główny bohater nie tylko popełnia błędy, jak odrzucenie jakiegoś projektu czy kolejny powrót do nałogu. Czasem ustawia się w takiej pozycji, że trudno dostrzec, jak z niej wybrnie, gorzej, zanuża się w nią głębiej i nie pozostaje nam nic innego jak tylko patrzeć na jego powolny upadek. Świetnym tego przykładem jest końcówka drugiego sezonu, kiedy wiemy dokładnie, że z zaistniałej sytuacji nic dobrego nie wyjdzie – BoJack odwiedza swoją dawną przyjaciółkę, teraz żonę i matkę – ale jakimś sposobem dzieje się coś jeszcze gorszego, niż można było zakładać. A potem dostajemy kolejny animal pun. I jakoś to działa.

BoJack Horseman to ciągle serial komediowy, nie zrozumcie mnie źle. A jednak doceniam go za te poważniejsze tony. To ciekawe uczucie, utożsamiać się z koniem w wełnianym swetrze, a jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że ta animacja mówi nam o ludziach i świecie więcej niż niejeden dramat. Gorąco polecam, tym razem nie do śniadania.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

BoJack Horseman
satire, animation, sitcom
Netlflix, 2014–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.