I nie było już nikogo (American Horror Story: Roanoke, S06E07–10)

I nie było już nikogo (American Horror Story: Roanoke, S06E07–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Ramzes: Nowy, krótszy niż zazwyczaj sezon American Horror Story dobiegł końca, więc postarajmy się omówić, co dostaliśmy przez ostatnie dziesięć tygodni. Poprzednim razem nie do końca zgadzaliśmy się w kwestii poruszania się przez twórców po ścieżkach grozy, wytyczonych już w poprzednich latach, jak i zupełnie nietypowej dla tego tytułu formule. Ciekawi mnie, jak to wygląda teraz, kiedy już na spokojnie możemy ocenić całość.

Ja muszę przyznać, że przekonałem się ostatecznie do tematyki i kierunku, w jakim potoczyła się fabuła. Trochę ostatnio wytykałem podobieństwa do Murder House i poczucie wtórności, ale jednak twórcom udało się stworzyć inny klimat, w którym wymieszali przy okazji sporo innych elementów i to wszystko dawało momentami dużo frajdy. Nie zmieniłem natomiast zdania w sprawie formuły Roanoke. Po finale jeszcze mocniej mam wrażenie, że pierwsza połowa sezonu była w dużej mierze zbędna, w najlepszym wypadku niezbyt fortunnie skonstruowana. Jako wprowadzenie w temat i zapoznanie z bohaterami – za długa w stosunku do całości. Jako sposób na utrzymywanie napięcia i kibicowanie postaciom – nietrafiona, o czym wspominałem ostatnio. Naprawdę nie byłem w stanie przejąć się losem kogokolwiek z głównej obsady, jeśli co chwila pojawiali się „prawdziwi” bohaterowie i wyjaśniali, co właśnie zobaczyliśmy. W dodatku wydaje mi się, że Murphy trochę zaplątał się w swoich założeniach. Druga połowa sezonu, bez finału, to miały być wyłącznie autentyczne nagrania, odnalezione już po całej rzezi, jaka się dokonała. Idea ambitna, ale w rzeczywistości doprowadziło to do absurdalnych sytuacji, kiedy bohater krwawi i jest bliski śmierci, ale wciąż twardo trzyma komórkę, bo trzeba to nagrać. Nie potrafiłem zawiesić niewiary, przykro mi. Już nawet nie chcę rozwodzić się nad jedynym nasuwającym się wnioskiem z ujęć u Polków – Sydney musiał zamontować tam kamery… Ale dość już z mojej strony – jak oceniacie formę paradokumentu i found footage po wszystkich odcinkach?

Fot. FX

Fot. FX

Jerry: Byłem w grupie, której już pierwsza część sezonu się podobała i od razu powiem, że się absolutnie nie zawiodłem. Murphy zaskoczył mnie spójnością sezonu i konsekwentnie realizowanymi pomysłami i choć mam parę uwag do ostatnich odcinków, ogólnie jestem bardzo na tak. Po pierwsze, obrana konwencja się według mnie sprawdziła. Dyskusyjna dla (choćby krytykowana powyżej) wielu formuła pierwszej części sezonu dobrze zagrała w jego dalszej odsłonie, kiedy na planie spotykają się prawdziwe postaci i grający ich w programie aktorzy. Tworzy nam to dodatkowe napięcie, umiejętnie podsycane przez twórców niezłymi rozwiązaniami fabularnymi, a dodatkowo buduje nam kolejną warstwę meta. Co do found footage i paradokumentu to ja kupiłem to w całości. Ba, jako widz, który naprawdę nie przepada za tą konwencją, uważam, że twórcom udała się trudna sztuka zbalansowania tego, co w found footage najważniejsze – wiarygodności i naturalności – z prawdziwą grozą. Z jednej strony są elementy słabsze – sam mam problem z farmą Polków (choć założyłem po prostu, że Sidney faktycznie umiejscowił tam kamery), ale nawet wspomniane kręcenie telefonem do ostatniej kropli krwi w większości przypadków jest podbudowane (np. ostatnie słowo dla rodziny/widzów) i ma sens. No i mamy tutaj parę perełek, jak dwa nagrania z finałowego odcinka. Dla mnie obie sekwencje to jest jedna z najlepszych rzeczy zrealizowanych jako found footage, jakie widziałem.

Mysza: Podobnie jak wy miałam problem z pewnymi logistycznymi rozwiązaniami, zwłaszcza w finałowych 2–3 odcinkach. Natomiast sam zamysł, by w pierwszej połowie sezonu mieć program typu true crime, a potem przejść do kombinacji reality show i found footage, wciąż bardzo mi się podoba i uważam, że Murphy & Co. nieźle sobie z tą formułą poradzili. Zgadzam się jednak z Ramzesem – w tym sezonie wyjątkowo nie odczułam prawie żadnego zaangażowania emocjonalnego w losy bohaterów. Zawsze ceniłam American Horror Story za emocjonalnie złożone, wielowymiarowe postaci i świetne występy aktorskie. Nawet niewielkie role – jak Edward Mott, grany przez Evana Petersa, który w tym sezonie wyjątkowo krótko pojawił się na ekranie – potrafią mnie w tym serialu zainteresować czy poruszyć. A w Roanoke?… nic. Pustka. Wszystko po mnie spływało jak po kaczce. Spisuję to na karb mnogości postaci i skakania pomiędzy budowaniem sympatii dla „rzeczywistych” bohaterów, a aktorów grających ich w the show within the show. Przy tylu bohaterach – na dodatek od pewnego momentu mordowanych byle więcej, byle szybciej – nie zdołałam zbudować z nikim relacji na tyle silnej, by jego śmierć mnie obeszła. I choć krwawa masakra rozgrywająca się w finale może zmusić widza do zastanowienia się nad ludzkim okrucieństwem i nad tym, do czego jesteśmy zdolni, przyparci do ściany, moim zdaniem trudno jest przejmować się brutalnymi morderstwami, gdy jest nam absolutnie wszystko jedno, czy dana osoba przeżyje.

Fot. FX

Fot. FX

Ramzes: A skupiając się już przede wszystkim na ostatnich odcinkach – nie macie wrażenia, że hekatomba, jaka rozpętała się w okolicach posiadłości wydarzyła się, nawet jak na standardy AHS, wręcz groteskowo szybko i krwawo? Nie wiem jak u was, ale o ile w pierwszej połowie sezonu elementy gore były dla mnie nieprzyjemnie niekomfortowe, o tyle w ostatnich odcinkach już raczej nudziły, kiedy co dziesięć minut mieliśmy poderżnięte gardło, wyrywanie wnętrzności czy ucinanie ucha. To trochę strasznie brzmi, ale takie widoki spowszedniały i nie wywoływały już takiego efektu jak wcześniej. Jedynie spalenie dwójki młodych blogerów zdołało wywołać u mnie większe emocje.

Do tego, o ile ostatnim razem chwaliłem spójność sezonu i brak chaosu narracyjnego charakterystycznego dla ostatnich lat, o tyle w drugiej połowie trochę się to wszystko posypało. Dalej twórcy trzymali się mocno ustalonych przez siebie ram, ale nowi bohaterowie pojawiający się tylko po to, żeby za chwilę zginąć? Trochę to wyglądało tak, jakby Murphy stwierdził, że skupi się na niewielu wątkach i bohaterach, ale po zmniejszeniu liczby odcinków jak i ich długości okazywało się, że sezon nagle zrobił się za krótki, więc dodał jeszcze parę widowiskowych zgonów. No i po co w tym wszystkim rodzina Chenów? Żeby do tego całego kotła dorzucić jeszcze na pół minuty typowe straszaki-ścianołazy z azjatyckich horrorów?

Jerry: Ilość i jakość elementów gore była dla mnie niemałym, choć muszę przyznać, pozytywnym zaskoczeniem. Murphy i spółka wykazali się inwencją i umiejętnościami w pokazywaniu makabry na ekranie, ale też w tym przypadku w pełni się zgadzam, że w którymś momencie zaczyna to nieco nużyć. Wydaje mi się, że choć sezon był krótszy to spokojnie można było wyciąć/skrócić segment odcinków 7–9, bo na etapie ósmego odcinka faktycznie tempo nieco siadło.

Co do spójności, to dla mnie kluczem do odbioru tego sezonu jest skupienie się na obranej konwencji i konsekwentnie budowanej fabule. Akceptuję pojawienie się postaci tylko na chwilę, tak jak akceptuję szybkie tempo i eskalację całej krwawej łaźni w Roanoke, bo jednak cały czas trzeba pamiętać, że twórcy podkreślają wielokrotnie – groza gości tam tylko w czasie Krwawej pełni i tylko przez 3 dni w roku. Podobało mi się jak rozpisana została ta opowieść i choć mam także z tym parę problemów (niewykorzystany motyw Wiedźmy, finał wątku Lee) to uważam, że całościowo Murphy dał radę.

Mysza: Początkowo myślałam, że moje uwagi co do finałowych odcinków Roanoke wynikają z faktu, że oglądałam odcinki 8–10 hurtem, po dłuższej przerwie. Rozmawiając jednak z kilkoma ludźmi – w tym Jerrym – zdałam sobie sprawę, że te ostatnie odcinki mają widoczne problemy z prowadzeniem tempa. Niby mamy ciągłe napięcie zaszczutych bohaterek, niby mamy ociekającą wulgarnymi mordami hekatombę, niby mamy zgadywankę z gatunku „kto okaże się the final girl”… ale nic z tego nie wybrzmiewa. Dziwi mnie, że te końcowe odcinki były z jednej strony tak pełne wątków, zmian miejsca akcji, biegania po lesie i nawarstwiania się cierpienia bohaterów, a z drugiej – tak nudne i puste, jeśli chodzi o treść. Być może w Roanoke oglądanym hurtem od A do Z lepiej rozkładają się akcenty napięcia. Jednak z perspektywy oglądania odcinka co tydzień (czy nawet paru jednym rzutem) sądzę, że Murphy mógł się bardziej postarać w kwestii rozplanowania tempa narracji i dopasowania wątków. Nie jest to chaos porównywalny do, swego czasu krytykowanego, Asylum – które właśnie ze względu na mnogość wyrazistych, czasem szalonych wątków pozostaje moim ulubionym sezonem – ale niewiele mu brakuje. Choć akcja skupiała się na jednej, dość klimatycznej lokacji, zabrakło mi tutaj stylistycznej i emocjonalnej spójności Hotel czy Murder House. Roanoke fajnie zinterpretowało formułę found footage i w interesujący sposób pobawiło się własną metatekstualnością, zapewniając sobie w miarę spójną stylistykę, ale bardzo brakowało mi jakiejś konkretnej, emocjonalnej kotwicy.

Fot. FX

Fot. FX

Rames: Porozmawiajmy chwilę o głównej, jak się okazało, bohaterce tego sezonu – Lee – jak i o odgrywającej ją Adinie Porter. Przekonała was ta postać i uważacie, że należycie rozwinięto i zakończono jej wątek? I jak ją przede wszystkim oceniacie? Bo ja mam mieszane uczucia – nie kupuję do końca Lee. Nie jestem po prostu w stanie uwierzyć w jej wielką matczyną miłość. O ile wątek zimnej morderczyni mnie przekonał, o tyle walka o córkę, niby umotywowana uczuciem, jak i samo poświęcenie się w finale nie w pełni mają odzwierciedlenie w jej zachowaniu przez cały sezon. Nie wierzę również, że po wszystkim co zarejestrowały kamery, zostałaby uniewinniona, ale rozumiem też, że pierwsza część ostatniego odcinka to przede wszystkim satyra na kreowanie celebrytów z przypadkowych, czy wręcz wątpliwych moralnie postaci. Do tego trzeba było jakoś sprawić, by Lee wróciła do nawiedzonego domu.

Nie mam natomiast żadnych zastrzeżeń do Adiny Porter. To chyba Mysza ostatnio wspominała, że podoba jej się zniuansowanie gry aktorskiej i trzeba tu przyznać rację. W zasadzie przez całe dziesięć odcinków nie byłem pewny, czy faktycznie była odpowiedzialna za śmierć byłego męża czy nie. Zastanawia mnie przy tym z jakim nastawieniem i jaką wiedzą Porter grała. Czy od początku wiedziała, że jej postać jest winna? Jeśli mnie pamięć nie myli, to w pierwszym sezonie Broadchurch twórcy wszystkim aktorom mówili, żeby grali postacie niewinne, a właściwego sprawcę morderstwa obsada poznała dopiero, kiedy dostała scenariusze do ostatniego odcinka. Może tu Murphy zrobił podobnie?

Wasze odczucia co do Lee?

Jerry: Mam w sumie podobnie mieszane odczucia. Aktorsko dla mnie było w porządku, tym bardziej, że Lee okazała się jedną z najbardziej rozbudowanych postaci, która miała do odegrania całą paletę emocji. Ale fabularnie tak dobrze już nie jest i zgadzam się, że problemem jest wątek relacji matka–córka. W trakcie trwania sezonu miałem poczucie, że walka tej postaci to jest bardziej taka walka z obowiązku/na przekór mężowi/aby udowodnić samej sobie, że nie jest się złą, zapijaczoną matką. To co dostaliśmy w pierwszej części finału, czyli zakończenie Krwawej pełni (za samo nawiązanie do Nocy Żywych Trupów wielkie brawa!) i proces bardzo mi się podobało. Z jednej strony dostaliśmy bowiem celną satyrę, a z drugiej strony wiedząc o Lee to co wiemy to taki obrót sprawy napawał mnie dodatkową grozą. Tym większa, że według mnie nie jest to nieprawdopodobny rozwój wypadków. To co mi się nie podoba to samo zakończenie. Nie dość, że poświęcenie Lee jest dla mnie mało wiarygodne, to jeszcze to jest w zasadzie jedyna scena w całym sezonie, która wybija mnie z immersji. Przez cały sezon twórcy dbali o to abyśmy mieli jedną z trzech konwencji – mockumentary/found footage/ujęcia telewizyjne i nagle w samym finale dostajemy klasycznie serialowe ujęcie na rozmowę Lee z córką?! Podwójne nie.

Mysza: Interesujące paralele można wysnuć między medialną nagonką na Lee przedstawioną w Roanoke, a ostatnim niehorrorowym dziełem Murphy’ego, czyli nagrodzonym The People v. O.J. Simpson: American Crime Story, gdzie obserwowaliśmy podobne zjawisko w kontekście O.J. Simpsona. Murphy raczej nie grzeszy subtelnością pod względem tego, jakie wątki go aktualnie interesują. Gorzej, że trudno przy okazji nie odnieść wrażenia, że twórcy kończą się pomysły i zaczyna się niebezpiecznie powtarzać.

Natomiast w kwestii Lee… Wspominałam wyżej o emocjonalnej kotwicy. Nie wiem, czy zauważyliście, ale wszystkie sezony American Horror Story skupiają się na trudnych relacjach matek z ich dziećmi. To overarching motif Murphy’ego (co w sumie wiele nam mówi o reżyserze :D). A w Roanoke, mimo iż mamy te motywy – w relacjach Lee z jej córką, The Butcher z jej synem, czy mamy Polk z jej potomstwem – wszystkie one są jakieś takie… płaskie; w sumie najciekawiej dla mnie wypadła relacja Rzeźniczki i jej syna (w interpretacji Kathy Bates i Wesa Bentleya). W efekcie końcowe zmagania Lee, by odzyskać córkę, czy wreszcie jej ostateczne poświęcenie – choć pięknie zagrane przez Porter – nie zdołały targnąć za sercowe struny. Gdzieś zabrakło konsekwentnego wysuwania się wątku matek-i-dzieci na pierwsze miejsce; sceny i emocje dotyczące tych relacji ginęły w natłoku innych wątków. Niemniej bardzo doceniam wprowadzenie do Roanoke postaci Lany Winters. I to nie tylko ze względu na moją osobistą sympatię do tej postaci, ale przede wszystkim właśnie ze względu na paralele między Laną a Lee. To spotkanie straumatyzowanych, ale silnych kobiet, matek oddzielonych od swoich dzieci, podobało mi się w tym sezonie najbardziej.

Fot. FX

Fot. FX

Ramzes: Twórcy mnie bardzo pozytywnie zaskoczyli tym, jak bardzo odmiennie stworzono „prawdziwe” wersje osadników i Polków w porównaniu do ich wersji „telewizyjnych”. W pierwszej połowie mieliśmy zdecydowanie wersję wygładzoną, przygotowaną na ekrany, a tymczasem „prawdziwa” Butcher (ee, Rzeźniczka?) nie musi nic mówić, a i tak przeraża. Podobnie Polkowie. Frances Conroy pasowała jako mama Polk, ale to Robin Weigert, czyli niezapomniana Calamity Jane z nieodżałowanego Deadwood, grała i brzmiała jakby nie miała żadnych innych ról w swoim emploi (to zresztą zabawne, bo przez charakteryzację nie poznałem Weigert, ale jej głos i niezrozumiały, redneckowski akcent od razu podpowiedziały, kogo widzę na ekranie). Co sądzicie na temat „prawdziwych” osadników i „prawdziwej” rodziny Polków?

Jerry: Powiem krótko. Dla mnie bomba. Rodzina Polków od początku kojarzyło mi się z Leatherfacem i spółką z Teksańskiej Masakry Piłą Łańcuchową i dokładnie w tym kierunku poszli twórcy kiedy przyszło zaprezentować „prawdziwych” Polków w akcji. Świetny i bardzo dobrze zrealizowany i zagrany motyw.

Mysza: Każda dyskusja potrzebuje czasem głosu veto i tutaj będę to ja. Mogę się śmiać z braku subtelności u Murphy’ego, ale to co u niego cenię w kontekście American Horror Story to cała wysmakowana, czasem campowa stylistyka serialu. Realizm „prawdziwych” Polków i osadników wydawał mi się wymuszenie gritty – choć przyznaję, że był świetnie zrealizowany i milczenie „prawdziwych” osadników, w porównaniu do wygadanej Kathy Bates jako The Butcher, sprawiało naprawdę upiorne wrażenie. Niemniej to właśnie wersja Bates miała dla mnie więcej ikry i… cóż, życia. Może jestem w mniejszości, ale po prostu taki „realistyczny” gatunek horrorów raczej mało mnie kręci. Wolę Bram Stoker’s Dracula, Ginger Snaps czy Scream niż The Texas Chainsaw Massacre albo The Hills Have Eyes ;)

Fot. FX

Fot. FX

Ramzes: O czym tak naprawdę był ten sezon? Murphy już od Murder House pod płaszczykiem grozy i epatowania krwią przemyca swoje spojrzenie na wiele społecznych kwestii i problemów, ale chyba nigdy wcześniej nie czułem w takim stopniu, że warstwa horroru jest tak naprawdę nieistotna i stanowi wyłącznie pretekst dla jakiejś metafory. W tym przypadku, najogólniej mówiąc, dla pastiszu świata telewizji i kompletnego oderwania się tzw. gwiazd od rzeczywistości. Mieliśmy chociażby programy telewizyjne silące się na poważny dokument (komuś jeszcze na widok Spirit Chasers w finale przypomnieli się Ghostfacers?) wspominane robienie celebryty z morderczyni, egzaltowaną Audrey, czy też Sydneya idącego po trupach (dosłownie) do celu. I nie mówię, że to źle, ale gdzie w tym wszystkim tytułowe Roanoke? Nie ukrywam, że liczyłem na coś więcej, szczególnie że historię o porzuconej kolonii znałem wcześniej i myślałem, że temat zostanie bardziej rozwinięty. Do tego więcej narracji osadzonej tak głęboko w przeszłości mogłoby wyjść serialowi na dobre – wolałbym takie odświeżenie formy. Krótko mówiąc, patrząc na całość tegorocznego AHS, Roanoke ze wszystkich dotychczasowych sezonów to najbardziej amerykańska opowieść, ale za to grozy jest tu paradoksalnie mało. A przynajmniej pod względem ciężaru i nawet dwa tygodnie po finale sam nie do końca wiem, co o tym myśleć. Zgadzacie się czy nie do końca?

Jerry: Nie do końca :) Faktycznie jeżeli ktoś się nastawił na silniejszą eksplorację wątku Zaginionej Kolonii to może czuć się rozczarowany. Ten element został bowiem tyleż dość dokładnie wyjaśniony i zaprezentowany, co w sumie ograniczony do żądnej krwi grupy potępionych dusz. Ale mi się to podobało, bo dzięki temu całość jest spójniejsza. Obawiam się, że gdybyśmy dostali większą rozbudowę historyczną, mogłoby się zakończyć pasztetem a’la Coven. Zgadzam się również, że oprócz wałkowanego często przez Murphy’ego wątku matki i dziecka, głównym elementem była satyra na telewizję i świat celebrytów. I to wypadło w mojej ocenie świetnie i to na kilku poziomach. Tej wielkiej telewizji – pomysł Sydneya na monetyzację śmierci (liczył się z tym, że w Roanoke ktoś zginie, a on na tym zarobi), kwestię aktorów (monolog Dominica, który opowiada jak bardzo się sprzedał), czy w końcu wspomniany wyżej pastisz programów o łowcach duchów. Ale też fascynacji gwiazdami i chęci zdobycia popularności – cała kwestia procesu Lee, czy fantastyczny wątek grupki youtuberów z ostatniego odcinka. W czym się więc nie zgadzam? Dla mnie to jest chyba najbardziej horrorowy sezon w historii serialu. Chwaliłem to już poprzednio i mogę jeszcze raz to pochwalić. Płynność z jaką twórcy poruszają się od horroru opartego na atmosferze, niedopowiedzeniu i klimacie, do brutalnego, brudnego gore jest jednym z największych plusów Roanoke. Przecież nawet w finałowym odcinku mamy dwie, kapitalne horrorowe sekwencje z wbiciem na pal dzieciaków (podkreślonym rewelacyjnie wykorzystanym found footage) oraz właśnie sekwencją z łowcami duchów. Według mnie dla fanów grozy ten sezon to naprawdę smakowite danie.

Mysza: Hola, hola! Pasztet Coven nie wynikał z elementów historycznych, tylko z nieudanej krytyki feministycznej, jaką Murphy próbował kolanem wepchnąć do historii o współczesnych wiedźmach (na którą, moim zdaniem, absolutnie nie miał pomysłu, poza warstwą stylistyczną). Ale to nie Coven miałam tu omawiać ;)

Warstwa meta dotycząca telewizji i celebrytów rzeczywiście była chyba najsilniejszym elementem tego sezonu. Murphy’emu nie zawsze wychodzi wplecenie do AHS społecznego komentarza, ale tym razem niewiele mogę mu zarzucić. No dobra, chciałabym by w popularność My Roanoke Nightmare nieco wyraźniej wpleść internetową społeczność fanowską oraz nie ograniczać warstwy social media do krótkiego segmentu odnośnie grupki rządnych like’ów Youtuberów. Jako aktywna fanka wielu fandomów zwyczajnie żałuję, że w tak współczesnym, relewantnym sezonie Murphy nie wykorzystał w pełni możliwości Internetu.

Zgadzam się też pośrednio z Jerrym: imponujące jest to z jaką… nawet nie tyle maestrią, co odwagą, twórcy American Horror Story czerpią z kolejnych nurtów kina grozy. I choć mogę mieć osobiste preferencje, co do stylizacji i estetyki kolejnych sezonów, ogromnie doceniam fakt, że twórcy próbują nowych rzeczy. Zgadzam się także z tym, że jest on najbardziej horrorowy – mimo pewnych uwag, Roanoke chyba najmocniej trzyma się ram (pod)gatunku, który postanowił zinterpretować. Niemniej nie wydaje mi się, aby sezon ten mógł zasmakować wszystkim fanom kina grozy. Każdy wszak ma swoje osobiste likes and dislikes w kwestii tego, jakie horrorowe elementy mu się podobają. Obstaję natomiast przy opinii, że American Horror Story, mimo kilku słabszych sezonów, to seans obowiązkowy dla fanów grozy. Jego złożoność i wielowymiarowość oferują naprawdę wiele wrażeń dla miłośników tego gatunku.

Fot. FX

Fot. FX

Ramzes: Zgadzam się z wami, że pod względem formy to faktycznie niemal klasyczny horror. Mam jedynie problem z tym, że, jak wspominałem, satyra na świat telewizji za bardzo ten horror przesłoniła, ale może po jakimś czasie spojrzę na to przychylniej. To na koniec jeszcze krótko – jak Roanoke wypada na tle wszystkich sezonów? Jeden z lepszych, środek stawki czy jeszcze niżej? Generalnie uważacie go za udany tytuł i będziecie czekać na kolejne odcinki AHS z pewną nadzieją, może lekkim zniecierpliwieniem, czy raczej z przyzwyczajenia?

Jerry: Dla mnie Roanoke to podium. Bardzo dobry sezon, który mimo uwag i mimo obaw okazał się wyjątkowo odświeżający. Naprawdę bałem się kolejnego przeestetyzowanego i przekombinowanego sezonu, a Murphy obrał inną drogę i nie tylko się obronił, ale także wlał w me serce nadzieję na przyszłość. Utracona wiara w American Horror Story, przynajmniej do kolejnego sezonu, powróciła.

Mysza: U mnie pierwsze miejsca wciąż zajmują Asylum i Murder House, zaś zeszłoroczne Hotel zamyka podium. Roanoke plasuje się na czwartym miejscu, ale tylko dlatego, że nie mogę go z czystym sercem umieścić niżej niż Coven czy Freak Show (a tych sezonów nie lubię; ba! Freak Show wciąż nie dokończyłam). Podobnie jak Ramzes, mimo upływu czasu, wciąż nie do końca wiem, jak interpretować ten sezon i czy ostatecznie mi się podobał. Widzę jednak zwyżkę formy u Murphy’ego po trzecim i czwartym sezonie, więc noworozbudzoną nadzieją czekam na sezon siódmy. Oby był dobry :)

Ramzes: To jeszcze tylko dodam od siebie, bo nie jest to tak jednoznaczne z moich wypowiedzi – u mnie również powróciła nadzieja na dobre odcinki i widzę, że Murphy złapał znowu trochę wiatru w żagle. Oczekiwanie na nowy sezon powinno tym razem przynieść wiarę, że będzie dobrze, a nie, że nie będzie gorzej.

Dzięki wielkie za dyskusję! Kto wie, być może za rok zaczniemy ją na nowo.

Fot. FX

Fot. FX

American Horror Story
horror/drama
FX, 2011–

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Piotr „Ramzes” Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Michał Rakowicz
Michał „Jerry” Rakowicz – miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki, komiksu czy filmu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze na swoim blogu Jerry’s Tales, udziela się w licznych projektach podcastowych i jest redaktorem serwisu Carpe Noctem.