Fot. The WB

Bracia w formie (Supernatural, S12E06–08)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Czas szybko leci i dotarliśmy do połowy najnowszego sezonu – sezonu, o którym w niedawnej dyskusji mówiłyśmy, że jest zaskakująco dobry i że udało się tchnąć sporo świeżości w kilkunastosezonowy już twór. Z lotu ptaka – czy podtrzymujecie zdanie, że sezon jest dobry? Że pomysły ciekawe, bracia w doskonałej formie, odcinki da się oglądać bez przewracania oczami?

Ginny: Po ostatnich trzech odcinkach, tak, myślę, że możemy podtrzymać takie zdanie. Co prawda te odcinki były lekką sinusoidą, ale porównując wszystkie osiem do poziomu poprzednich serii, mam wrażenie, że jednak jest wyraźnie lepiej.

Cathia: Zdecydowanie. Wprawdzie ostatnie odcinki były dużo słabsze niż poprzednie, ale kiedy porówna się to z ostatnim sezonem, i tak jest nieźle. Nadal mam bardzo złe przeczucia co do realizacji głównego wątku, ale powiedzmy sobie szczerze – na tej wysokości sezonu rok temu byłam nerwowo załamana i bez wsparcia procentowego serialu nie dało się oglądać.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Pierwszy z odcinków, które widziałyśmy, to ten o śmierci łowcy imieniem Asa. Była to okazja do zagłębienia się w zaniedbaną nieco społeczność łowców, przyuważenia jak funkcjonują, jak wyglądają ich spotkania poza przydrożnymi barami – wyglądają mianowicie dokładnie tak, jak by się można spodziewać – a także szansa na reunion z dawno niewidzianą Jody Mills. Ten odcinek to także powrót do wątku Mary. Przyznam, w ostatniej scenie, gdy reaperka zaoferowała mamie chłopców szybkie rozwiązanie jej „egzystencjalnego problemu” – wstrzymałam oddech i okropnie się bałam, że Mary się zgodzi. Ale jednak – nie. Jednak wskrzeszona mamusia chce żyć i najwyraźniej chce też odnowić więzi z synami, czego dowiadujemy się również ze wzmianki w kolejnym odcinku, gdzie Mary gra z Deanem w grę online. Co jest urocze. W mojej opinii zagadka tego odcinka była zupełnie drugoplanowa wobec konieczności pogłębienia tematu łowców, a także powrotu do perypetii z Mary. Udało nam się wyraźnie zobaczyć, jakiego rodzaju łowcą jest Mary Winchester, co nią powoduje, a bohaterka w tym odcinku niejako pogodziła się z przeznaczeniem swoim i całej rodziny. Nie może przestać pomagać ludziom, prawda? Podobało mi się, że Mary i Jody się spotkały. Yay! W związku z tym wszystkim odcinek, mimo wprowadzenia zagadki w stylu „kto z gości przyjęcia jest mordercą” był raczej spokojny, pobudzał do namysłu, nie dostarczył żadnych gwałtownych emocji. No chyba, że Wy macie inne zdanie?

Ginny: A nie, ja nie mam odmiennego zdania. Zagadka odcinka była taka ani zła, ani jakaś bardzo duża, szkoda tylko, że nie wykorzystano potencjału demona i rozwiązanie z łowcą-kumplem Asy jako faktycznym zabójcą wprowadzono tak jakoś nijako. Niemniej jeśli pominąć tę kwestię, to odcinek był dość przyzwoity, a pokazanie nam trochę więcej społeczności łowców… Zatęskniło mi się za Ellen i jej barem. Może to nie było nic nowego, ale po prostu miło było na chwilę do tego szerszego obrazu całej społeczności wrócić. Ogólnie też odcinek trochę skojarzył mi się z odcinkiem ze zjazdem fanów „Supernatural gospel”, który był bardzo fajny.

Pokazanie więcej perspektywy Mary mnie także ucieszyło. Tym bardziej, że jak pisałam ostatnio, nie chciałam, żeby jej wątek szybko zniknął. Dlatego to, że zdają się go póki co konsekwentnie rozwijać uznaję za dobry znak. I tak, scena zarówno spotkania z Jody, jak i odmowa reaperce były świetne, każda z innego powodu. Za to scrabble były jedną z drobnych scen, dzięki którym jakoś przeżyłam odcinek siódmy.

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: To prawda, że zagadka była trochę nijaka, choć taki motyw ciężko zepsuć. I owszem, jakieś napięcie w tym wszystkim było, ale w porównaniu chociażby z And There Were None w szóstym sezonie, dużo słabsze, zwłaszcza przy końcówce. Nie  wiem, czy pamiętacie – w końcu to dawno było – przez chwilę nie wiedzieliśmy, czy Bobby Singer przeżył przesłuchanie Robaka Khan, a następna scena rozgrywała się na cmentarzu i minęło kilka sekund zanim zobaczyliśmy Singera nad grobem Rufusa (chlip chlip). Tutaj tego napięcia zabrakło. Niespecjalnie podobało mi się również to, że Billy dała Mary jakikolwiek wybór w tej kwestii – do tej pory wszystkie „pakty” Winchesterów kończyły się raczej kiepskawo. Owszem, zabranie Mary w zamian za tak małą w sumie pomoc udzieloną Deanowi byłoby wyjątkowo okrutne, ale doskonale wpisywałoby się w ogólną dotychczasową politykę serialu. Zachwycona natomiast jestem tym łowieckim środowiskiem i tym, jak pięknie wpisała się w nie Jody Mills. Będąc stróżem prawa, pozostaje również sprzymierzeńcem łowców… Cudowna była jej rozmowa z Deanem – pani szeryf jest tak bardzo mądrą kobietą! Ona i pozostali łowcy w pełni zrekompensowali mi lekkie braki fabularne. Plus, stęskniłam się już nieco za Demonami Rozdroży, więc i potwór tygodnia był zacny.

Pirjo: Następny odcinek to zmiana tematu i nadrabianie zaległości w innej dziedzinie – tym razem chodzi o ewolucję znudzonego i zranionego Lucyfera, który jak rozpieszczone dziecko przeżywa odrzucenie ze strony ojca, który choć wybaczył synowi, to wybrał pokręconą siostrę zamiast upadłego potomka. Miła z nich rodzinka, tyle powiem. Areną dla Lucyfera jest jednak planeta ziemia, specyficznie Stany, i domaga się on hołdów ze strony ludzkości. Gdy go ostatnio widzieliśmy wcielał się w rolę sławnego rockmana i ten pomysł, ta klisza jest w odcinku kontynuowana. Lucyfer bez skrupułów karmi się sławą, chce jej jak najwięcej, tak żeby zrekompensować sobie odrzucenie, jakie mu zafundował chimeryczny papa. Trochę mam wrażenie, że przywiązanie Lucusia do uwielbienia ze strony ludzi jest już okropnie ograne w tym serialu. Przyznam, odcinek miał kilka trafnych scen i nie był zły, ale z omawianych tutaj wydaje mi się najsłabszy. Nie zachwyciły mnie żadne z wprowadzonych postaci, a śledztwo Winchesterów było ślamazarne i wszystko toczyło się w dość przewidywalnym kierunku. A wy, co sądzicie? I jak oceniacie Vince’a Vincente?

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Dobrze, że zabili tego Lucka. Bardziej szczegółowo, to tak, odcinek był nudny i tak, ślamazarny i bardzo bez pomysłu. No i hair rockman, bądźmy szczerzy. Co to za rock… Podobała mi się tu jedynie końcówka, w której Lucyfer przyznaje się do braku planu i swojej nihilistycznej postawy. To wyszło świetnie. Tym bardziej więc żal, że poprzednie odcinki nie podbudowują niczego pod tę rewolucję. Żadnego zastanawiania się, dlaczego Ziemi nie nękają katastrofy, żadnego pytania, o co chodzi… Chyba twórcom odrobinę bokiem wyszło jednak większe skupienie na MOTW niż na głównym spinającym wszystko wątku. To znaczy nie chodzi mi o to, że powinni odwrócić proporcje, a jedynie o to, że zapomnieli jednak przy braku wielkiego planu Lucyfera pokazać gdzieś w tle, jak bardzo to jest po tych wszystkich latach niezwykła dla Sama i Deana sytuacja, że na ten większy plan nigdzie nie trafiają.

Żal mi też, że scenarzyści albo zapomnieli kogo nam pokazują, albo mają za mały budżet, żeby pokazać to tak dobrze, jak było to robione w pierwszych pięciu seriach. Oto walczą Lucyfer, Crowley i Castiel – i to powinna być wizualna (by użyć bardzo lekkiego określenia) rozwałka. Tymczasem nikt tu prawie wcale nie sięga do swoich mocy (tak, tak Cas, teoretycznie nigdy nie odzyska ich pełni, ale Crowley i Lucyfer?), a jeśli już to robi, to wychodzi mu bardzo marnie. No i Cathia niżej zdecydowanie ma rację, z tym zapomnieniem o jedynym naczyniu mogącym pomieścić Lucyfera. Sam przecież jest na wyciągnięcie ręki.

Ale nie, jest jeszcze jedno, poza drobiazgami, w typie wspomnianych już scrabbli, co mi się podobało w tym odcinku. Chodzi o moment, kiedy Dean mówi „wygraliśmy”, a Sam sprowadza go na ziemię, wyjaśniając cierpko, że jedynie „przegrywają wolniej”. To było bardzo w stylu tych najlepszych sezonów. Jednak poza tym odcinek w ogóle mi się nie podobał, i co i rusz się podczas seansu ironicznie uśmiechałam. Vince Vincente zaś to nie Mark Pellegrino i to bardzo trudno przeoczyć.

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Akurat brak mocy u Crowleya mnie absolutnie nie dziwi, bo wraz z utratą władzy w Piekle część swoich zdolności musiał utracić – dlatego sięga po znajomości i układy – to mnie tak bardzo kupiło! Natomiast absolutnie zgadzam się w kwestii oprawy wizualnej – Lucyfer okładający rywala gitarą? Naprawdę? Kupy się to nie trzymało straszliwie i nieco mnie zniesmaczyło. Podobnie mam też problem z postacią Lucyfera – Vince był fajnym pomysłem i przyjemnym nawiązaniem, jednak cały czas zastanawia mnie, co z Prawdziwym Naczyniem? Cały sezon piąty się koncentrował wokół tego, a tu przyszedł dwunasty i właściwie archanioł nie ma dużo większego problemu ze znalezieniem nosiciela niż przeciętny anioł.

Brak planu jest rzeczywiście odświeżający – najciężej zwalczyć taki właśnie chaos, bo jest nieprzewidywalny. Sam odcinek trochę nudny, ale za to panowie w swoich rockowych wdziankach bardzo bardzo gustowni, poproszę o więcej!

Pirjo: Ostatni przed przerwą odcinek oczywiście musiał być nieco bardziej metaplotowy i zaoferować większe zwroty akcji. Powracają brytyjscy Men of Letters, ale tylko na moment, żeby podzielić się z Winchesterami starożytno-nowoczesną technologią i dostarczyć broni skłonnej spętać Lucyfera. Cały Scooby Gang pracuje więc zgodnie razem, by zwabić Lucusia, tym razem okupującego ciało prezydenta USA (w tej wersji świata prezydentem jest bogobojny wdowiec imieniem Jeff), i w zasadzie się im to udaje. W międzyczasie jednak wydarza się coś, co zapewne zdominuje drugą połowę sezonu, a co moim zdaniem jest przyjemnym, naturalnie wynikającym z fabuły twistem – Lucyfer zapładnia swoją ludzką narzeczoną, powołując do życia zarodek, który stanie się Nefilim – potężnym, znanym już z Biblii bytem, skrzyżowaniem człowieka z aniołem. A jako że anioł jest „upadły” – dziecko rosnące sobie w łonie ogarniętej macierzyńskim instynktem asystentki prezydenta jest „dzieckiem Rosemary”. Tego jeszcze nie mieliśmy! Na koniec odcinka drużyna znajduje się w rozsypce, Crowley i Rowena gdzieś zniknęli, Cas zgubił Kelly, Sam i Dean trafili do policyjnej furgonetki i kierują się w stronę więzienia… Jak Wam się podobał ten półfinał? Dla mnie był nieco chaotyczny, szczególnie wrzucenie Men of Letters tylko na moment i zniknięcie części drużyny zaraz po „akcji”. Ale podoba mi się pomysł z potomkiem Lucyfera. A highlight odcinka to Rowena z zachwytem na umorusanej krwią buzi mówiąca synowi: This is the sweetest thing you’ve ever done for me. Och, więcej takiej Roweny proszę!

Fot. The WB

Fot. The WB

Ginny: Ten odcinek przywrócił mi wiarę w ludzkość to, że Supernatural nadal umie w dobre historie. Ale, zaczynając od początku. Może faktycznie było tu dużo wątków i nie wszystko zostało dobrze pomyślane, niemniej mnie to zupełnie nie przeszkadzało i tak jak poprzednio uśmiechałam się ironicznie, tak tutaj uśmiechałam się nie raz i nie dwa całkowicie radośnie (nie wierzę, że kogoś nie rozbawił Święty Granat Ręczny z Antiochii podarowany braciom przez pana „wcale nie jestem socjopatą, jestem miłym Brytyjczykiem, przybywam tylko wezwany”, za to radość Roweny była przeurocza). Przede wszystkim kreacja nowego, choć krótkotrwałego vessela Lucyfera była tu o wiele ciekawsza i moim zdaniem miała całkiem spory potencjał. Taki trochę duszący się tym, ale nadal będący miłym prezydentem Lucyfer mógłby pociągnąć całą serię. Coś jak Dick the Leviatan, tylko z klasą. Ale też wątek z Nefilim z nasienia samego Lucyfera zapowiada się interesująco (zresztą jednego Nefilim kiedyś Cas miał za zadanie zabić, jako abominację) i zdecydowanie niebanalnie tak dla kreacji samego Lucka, jak i tego przyszłego dziecka.

Co do rozsypki, Crowley i Rowena pewnie wrócą jak im będzie wygodnie, Dean i Sam na pewno nie posiedzą długo, no to jest po prostu fizycznie niemożliwe, co najwyżej Cas może faktycznie dłużej pozostanie całkiem zagubiony. Jeśli zaś chodzi o wrzucenie brytyjskich MoL na chwilę i zaraz zdjęcie ich z planszy, to mimo uroczości pana „socjopaty” nadal zbyt lubię ten wątek, by jego małe ilości miały mi przeszkadzać. Gdyby pozostali BMoL byli tak sympatyczni, a jednocześnie budzący instynkt trzymania się na baczności i dzielenia wszystkiego co mówią na czworo, to mogłabym ten wątek kupić, ale niestety… Dostaliśmy strasznie antypatyczną Toni i jeden Ketch tego nie naprawi. Niemniej tak, ten odcinek po prostu mi się podobał, nawet jeśli nie był bez wad.

Cathia: Brrr, drażnił mnie ten odcinek straszliwie. Z wielu powodów – przede wszystkim krótkowzroczności Lucyfera, który popisuje się jak gimnazjalistka (odwrócone krzyże!), zamiast się trochę przyczaić i zgubić Winchesterów. To niemal tak jakby się prosił o kłopoty, a jednak przecież ich docenia, ponieważ uprzedził Secret Service o możliwości ataku ze strony łowców. Opanowanie ciała prezydenta wyjątkowo zacne i piękne były zdjęcia, w których ukazuje się go na tle płomieni. Rozpaczliwie kupy nie trzyma się natomiast cała reszta odcinka z nim związana – nie uwierzę w prezydenta USA jadącego do przygodnego motelu, ponieważ kochanka go wezwała… Nie uwierzę w to, by jego obstawa nie miała choćby noktowizora czy innego czujnika podczerwieni, by sprawdzić pomieszczenie… Bo oczywiście jak drzwi są zamknięte, to znaczy, że nikogo tam nie ma.

Owszem, przypomniano sobie tutaj o mocach Castiela, ale dlaczego nie użyto ich pod sam koniec, by przekonać SS, że tutaj nikogo nie było i prezydent po prostu zasłabł? Dlaczego granat (tak, spłakałam się przed monitorem… ) nie wyrwał z ciała również esencji Castiela? Jasne, Jimmy’ego tam już nie ma, ale anioł okupuje teraz skorupę – to powinno zadziałać również na niego. I wreszcie – oczywistym jest, że bracia się Lucyfera nie pozbyli, byłoby to wszystko za proste, a jeśli przypadkowo okaże się, że jest w Klatce, to się wkurzę – w sezonie piątym potrzebna do tego była wielka ofiara ze strony Sama. Interesuje mnie za to, dlaczego szef obstawy prezydenta tak przygląda się Winchesterom? Demon? Anioł? A może człowiek Ludzi Pisma? Bo tak, niestety powrócili. Mr Ketch rozczarował mnie straszliwie, ot taki Bond dla ubogich. Wolałam go jako głos i dłoń z tatuażem. Nie wiem, jakiś taki ten odcinek nijaki – nawet nie czuję jakiegokolwiek napięcia związanego z przerwą sezonową.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: No właśnie, na koniec wypada zapytać – w jakim kierunku pójdzie sezon, czego oczekujecie? Czy najważniejszą rozgrywką będzie starcie z Lucyferem i jego potomkiem, czy może jednak brytyjscy Men of Letters (BeMoLe? :D) albo sprawa Mary? Czy te wszystkie wątki uda się spiąć w całość bez poczucia, że twórcy serialu kombinują na siłę?

Ginny: W jakim kierunku faktycznie pójdzie ten sezon, trudno orzec, ja jednak obstawiam dwie możliwości. Albo będzie nadal tak fragmentarycznie jak obecnie, albo skupimy się na dziecku Lucyfera  – i to byłby dla mnie najbardziej pożądany kierunek rozwoju. Man of Letters, o ile nie wypłyną nagle na wierzch zdaje się, że pozostaną w tle, czasem pomagając Samowi i Deanowi, a czasem im przeszkadzając, frustrując tak ich, jak i widzów. Dla wątku Mary niestety nie widzę w tym momencie miejsca na pierwszym planie. A jeśli już to będzie to pierwszy plan pod tym kątem, że dołączy do braci i rodzinnego biznesu na stałe. Może ewentualnie Nefilim jej jakoś zagrozi, niemniej ja bym tego nie chciała, to dla mnie byłoby właśnie zbytnie kombinowanie na siłę. Ale, czy te wątki da się ładnie spiąć… trzeba do tego chyba dużo pracy, bo póki co one są po prostu luźne i nijak się nie splatają w cokolwiek, na czym można obudować główny metaplot sezonu. Więc póki co scenarzyści chyba kombinują za mało, a nie za dużo, jeśli o ten sezon chodzi. No, ale przed nami jeszcze sporo odcinków, więc zostaje nam poczekać i zobaczyć, co też się z nich urodzi.

Cathia:  Bardzo nie chciałabym, by głównym wątkiem zostali Ludzie Pisma, bo ich zwyczajnie nie kupuję. Drażni mnie każde nawiązanie i odniesienie, są trochę tacy jak lewiatany – wiemy, że coś tam ich dotyczy, ale są w tle, pojawią się na koniec sezonu. Nadal uważam ich za wynalazek wyciągnięty z odwłoka. Co gorsza, nie bardzo podoba mi się też Lucyfer i jego potomek… Mary to w ogóle inna bajka. Sama nie wiem, czego chcę i czego się spodziewam, a to już jest dziwne. Cały czas najlepiej wychodzą potwory odcinka, więc może liczę na to, że wzmianki głównowątkowe będą jakoś w nie wplecione, żeby rozwiązania nie były nagłe i od czapy, ale niech takie odcinki stanowią większość tego sezonu.

Pirjo: Po przerwie twórcy zapowiadają trzyodcinkowy story-arc z Castielem na czele, więc zanosi się, że rzeczywiście pójdziemy w nieznanym i trudnym do przewidzenia kierunku…

Fot. The WB

Fot. The WB

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dlaGallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.