Fot. BBC

Doktor Mysterio (Doctor Who, S10E00)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Doctor Who flirtował ze Stanami i amerykańską popkulturą już od pewnego czasu, zarówno jeśli chodzi o toczące się w tym kraju odcinki ery Matta Smitha, jak i w perspektywie meta – chodzi mi o rosnącą wykładniczo promocję, rozpoznawalność i popularność serialu za oceanem. Dlatego pomysł zestawienia do szpiku kości brytyjskiego superbohatera z arsenałem superherosów z USA wydał mi się ciekawy i naturalny, a nie, jak chciało wielu pesymistów, okropny i pozbawiony szans na powodzenie, odzierający Doctora Who z tego, co stanowi jego DNA. Jeśli o mnie chodzi, chciałam zobaczyć, jak postacie w pelerynach i maskach widzieć będziemy z perspektywy uniwersum Who, po prostu. Domyślałam się, że będzie to coś dziwnego i o bardzo specyficznym nastroju, skoro na dodatek mówimy o odcinku gwiazdkowym. Nawet jeśli nie opowiadają dosłownie o Świętach Bożego Narodzenia, te odcinki zwykle przypominają baśń – czasem okrutną, czasem rozdzierającą serce, ale jednak – baśń. Treść nieco bardziej „dla dzieci” niż szeregowe epizody serii. Przyjęcie takiej konwencji pozwala też… a raczej – usprawiedliwia użycie najbardziej oczywistych klisz.

Złowroga korporacja prowadząca tajne laboratoria, wieżowce o szklanych ścianach, amerykański high school, x-ray vision, gemstones, mózgi w słoikach – mózgi z oczami! (brr… krypność!), przerysowani villainowie i latający superbohaterowie, a na deser – dociekliwa dziennikarka. Bezpośrednie, wyartykułowane nawiązania do Supermana. Wzmianki o Spidermanie i Batmanie (było coś o Batsygnale, czyż nie?). Oczywiście – master plan obcej rasy, by podbić planetę Ziemię. Doktor w tym klimacie (czyli w klimacie bardziej chyba DC Comics niż Marvela, mimo nawiązań do Iron Mana i Kamieni?) też jest rzecz jasna superbohaterem – to Doctor Mysterio. W mojej opinii wyszedł z tego bardziej tribute niż parodia gatunku. Mimo że z Gwiazdki mieliśmy tylko pierwszą wizytę Doktora w dziecięcej sypialni Granta – kiedy to nasz ulubieniec został pomylony z Mikołajem i dostał mleczko i ciasteczka – odcinek miał w sobie wystarczająco dużo pogodnego, odświętnego nastroju. Było nawet małe dziecko, był happy end! A jak, Twoim zdaniem, sprawdziła się ta konwencja, ten klimat, te rekwizyty? Czy w Powrocie Doktora Mysterio znalazło się wystarczająco dużo Doktora, superbohaterskości i… Gwiazdki?

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: To co, zaczniemy od debaty na temat tego, czy Doktor jest superbohaterem? Bo moim zdaniem jednak zupełnie nie (chyba że starożytnych herosów też nazwiemy superbohaterami, ale tak szeroka klasyfikacja traci na przydatności) i pewnym nadużyciem jest używanie w stosunku do niego tego określenia. Jego (pop)kulturowe DNA wywodzi się z zupełnie innych gatunków – nie pulpowych powieści, tylko raczej z bogatej tradycji brytyjskiej literatury dziecięcej; nie od cyrkowych siłaczy (od których superherosi przejęli obcisłe trykoty), tylko z archetypów ekscentryka, dandysa, eksploratora. Zupełnie inne jest jego modus operandi. Natomiast na pewno jest figurą o porównywalnym do superbohaterów statusie, więc w tym sensie zestawienie jak najbardziej ma sens.

Muszę przyznać, że byłem bardzo sceptyczny – przede wszystkim dlatego, że narracje superbohaterskie mocno mi się przejadły. I odczuwałem wielki niepokój w pierwszej połowie, kiedy wydawało się, że wątek superbohaterski pójdzie w prostą nerdowską fantazję o posiadaniu mocy (to najmniej ciekawa rzecz, jaką można zrobić z superbohaterami) i nic do tego nie doda. No a tu jeszcze ten typowy Moffatowski motyw spotkania z bohaterem, gdy ten jest jeszcze dzieckiem. Trochę mnie uspokoiło to, jak został potraktowany rentgenowski wzrok, przynoszący raczej kłopoty niż radość z podglądania – nie spodziewałem się takiego wyczucia po człowieku, który dał nam obszerny gag z nagością w The Time of the Doctor.

Koniec końców jednak mam wrażenie, że konwencja superbohaterska była tylko zwodem. Moffat lubi zwodzić. Tak naprawdę chodzi o zupełnie inną historię.

Pirjo: To bardzo ciekawe, co piszesz o definicji superbohatera. Zgadzam się, że Doctor Who ma inne korzenie niż amerykańscy herosi w trykotach, ale równocześnie spełnia on moim zdaniem zbliżone założenia, i choć w odmiennym kontekście kulturowym, to obejmuje obecnie podobną funkcję – geneza to nie wszystko! Tak, scenka szkolna z wieku dorastania była subtelniejsza niż wcześniejsze dowcipy Pana z Budką – erekcja jako lewitacja to dość sprytne ujęcie tematu. A że odcinek jest „o czymś innym” też było od początku wiadomo – musiał być o czymś esencjonalnie doktorowym, nie wypadało zbyt dosłownie przekalkować konwencji. Myślę, że generalnie to był dobry odcinek, z pomysłem, puentą i bez dłużyzn. W sumie nie było jakichś strasznych dziur scenariuszowych, nawet jeśli evil plan kosmitów nie brzmiał zbyt rozsądnie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: … Może i niezbyt rozsądnie, ale nawiązywał do klasyki! Udawana inwazja została przecież żywcem przeniesiona ze Strażników Alana Moore’a. A także z Aliens of London / World War Three (czytelnicy na pewno mi podziękują za przypomnienie tych odcinków).

Pirjo: Nie tylko czytelnicy, ja też. Alan Moore! Serduszka! Mroczne serduszka! I choć jak na gwiazdkowy klimat scena zamknięcia biznesmena w klaustrofobicznym sejfie i oddania go w ręce bezlitosnych, zamaskowanych chirurgów, a wszystko to w towarzystwie ożywionych i obdarzonych oczami (oczami!) mózgów sprawiła, że poczułam się nieswojo… to większość odcinka była raczej komediowa, pełna gagów, one-linerów, slapstickowych zwrotów akcji, takich jak sytuacja z Grantem pojawiającym się i znikającym, lub zakładającym i zdejmującym maskę podczas randki. Za to już scena, w której Doktor odwraca się, bo strzał w plecy trudniej wyjaśnić policji była uroczym, sprytnym drobiazgiem. Takich drobiazgów znajdziemy w odcinku sporo. Tak samo pojawienie się (nieuniknione) superbohatera, którego Doktor powołał do istnienia w poprzedzającej napisy początkowe, skondensowanej origin story, bohatera, który oprócz bycia typowym herosem jest też… nianią, bo przecież za ratowanie świata nie dostaje się kasy!

W pamięć zapadło mi też przesłuchanie Doktora przy pomocy sugestywnej zabawki „czującej ból”. Tak samo jak sączenie herbatki z maleńkich czarek podczas ratowania świata. Co jeszcze… przegięte sceny typu pistolet schowany w głowie. Tak jakby tylko po to, żeby Doktor mógł zabłysnąć dowcipem: „Good to keep an open mind”. Z drugiej strony sama inwazja wydawała się nudzić nawet Doktora, który nie trudził się skomplikowanym planem, tylko naciskał randomowe guziczki, żeby przyspieszyć atak i doprowadzić sprawę do końca. No ale w sumie „fabuła jako najsłabszy element” to kanoniczna cecha filmów DC… Odcinek miał jednak sporo trafnych gagów i sprawił mi dużo przyjemności, więc zaliczam go do udanych odcinków specjalnych. Podkręcił też mój apetyt na nowy sezon. Jedynym, co prawdziwie wytrącało mnie z równowagi, był Justin Chatwin w roli Granta/Ghosta – ten aktor jest dla mnie tak mocno Jimmym/Steve’em z pierwszych sezonów mojego ukochanego Shameless US, że nie umiem sobie go wpasować w inną rolę. A jak Ty oceniasz fabułę tego odcinka? I jak to pozycjonujesz wśród epizodów świątecznych?

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: Amerykańscy policjanci nie takie rzeczy potrafili już wyjaśnić (z drugiej strony: cała trójka trzymana w tej scenie na muszce była biała, więc może jednak byłoby trochę trudniej).

Ogólnie jednak: tak, to był zabawny odcinek. To z jednej strony zasada większości świątecznych odcinków specjalnych, z drugiej cecha podstawowej konwencji, która w nim obowiązywała: komedii romantycznej z elementami farsy (bardzo podobnej pod pewnymi względami do The Husbands of River Song). Do tej warstwy też miałem swoje zastrzeżenia: Grant ociera się o syndrom miłego gościa (czyli w skrócie: „Jeśli będę dla niej miły i będę zawsze przy niej, nie jak tamci źli faceci, których wybierała do tej pory, to na pewno w końcu mnie dostrzeże i pokocha”) i chyba nie do końca w porządku jest to, że nic nie mówi Lucy o swoich uczuciach, zajmując się przy okazji jej córką (to dość niezdrowa emocjonalnie sytuacja). Sprawę ratuje częściowo fakt, że Grant jest zasadniczo uroczym mężczyzną i nie ma poczucia, że cokolwiek mu się należy za to, co robi dla Lucy (takie poczucie, podobnie jak resentyment wobec kobiety, jest cechą charakterystyczną gości cierpiących na syndrom miłego gościa). Ale i tak czułem się trochę nieswojo.

Ten wątek bardzo ładnie prowadzi nas jednak do krytyki wspomnianej wcześniej fantazji o posiadaniu mocy. Ta wprawdzie pozwala uratować świat (więc ostatecznie, tak jak wspominałaś, kończy się na złożeniu hołdu konwencji superbohaterskiej, a nie jakiejkolwiek dekonstrukcji), ale do zdobycia dziewczyny potrzebne jest coś więcej niż marzenia o lataniu i biciu ludzi: odpowiedzialność, obowiązkowość, zdolność do otaczania innych opieką*.

* – nie roztrząsajmy może zbyt intensywnie tego, na ile odpowiedzialne jest zostawianie dziecka samego i wylatywanie na superbohaterskie misje.

Fpt. BBC

Fpt. BBC

Jeśli chodzi o porównanie z innymi odcinkami świątecznymi… Pierwszego dnia świąt obejrzałem z rodziną A Christmas Carol, dla mnie ciągle najbardziej świąteczny i po prostu najlepszy odcinek świąteczny. Na jego tle The Return of Doctor Mysterio wypada dość blado, podobnie jak w porównaniu z zeszłorocznym, bardzo romantycznym The Husbands of River Song. Za to wyróżnia się na tle The Snowmen czy podniosłego do przesady The Time of the Doctor, gdzie żaden chyba żart nie wypalił. Dla mnie więc: środek stawki. Co nie jest najgorszą pozycją, ale też każe czekać na początek sezonu jako powrót porządnego DW.

Pirjo: Omówiliśmy przygodę odcinka, porozmawiajmy więc o metaplocie i… o przyszłości. A co sądzisz o Nardole’u, o jego powrocie/pojawieniu się, „bo Doktor nie lubi być samotny”, oraz o nowej postaci, z którą Doktor miał przez lata jakieś tam kontakty – widzimy, że odwiedzał Granta nie jeden raz – czy Grant jeszcze powróci? Albo może jego mała podopieczna, Jennifer? Na mój gust, jeśli poznaliśmy imię bobasa, to na pewno tak! Uderzyło mnie, jak miłym jest, że social circle Doktora z czasem okazuje się troszkę większe, niż się nam zwykle to przedstawia. Nardole występuje też w trailerze nowego sezonu. Czy to znaczy, że zostanie companionem? Czy taka zabawna, ale do tej pory dość płaska postać będzie dobrym towarzyszem wypraw? A może właśnie comic relief jest tym, czego Doktor Capaldiego potrzebuje na co dzień? No i w odcinku pojawia się wzmianka o River Song, czyli w sumie o poprzednim odcinku gwiazdkowym. Nazwa korporacji to z kolei Harmony Shoal, coś jak Melody Pond, nieprawdaż? Doktor jest więc w żałobie po śmierci żony… Co o tym wszystkim myślisz? I czego się spodziewasz po kolejnym sezonie?

Artur: Nardole mi nie przeszkadzał, jednak trudno powiedzieć coś więcej – mam wrażenie, że było go w odcinku bardzo mało. Ale jestem dobrej myśli. Ostatnim razem, kiedy postać stricte komediowa wróciła na cały sezon (a SPOILER! wiemy już, że Matt Lucas będzie towarzyszył Doktorowi przez całą serię dziesiątą), była to Donna Noble, jedna z najbardziej lubianych towarzyszek. Taka nieco naiwna (pytanie o pokój chłopięcy) postać może generować ciekawe napięcia z ciągle nieco szorstkim (ale dobrze pod tym względem zbalansowanym) Doktorem.

Czy Grant powróci? Nie wiem. Wydaje się, że jego historia została już zamknięta, no i nie do końca wyobrażam sobie, co jeszcze można powiedzieć w temacie „Doktor Who spotyka superbohatera”. Musiałaby to być jakaś zupełnie nowa historia o czymś zupełnie innym.

Fot. BBC

Fot. BBC

Wzmianki o River rzeczywiście były zastanawiające. Z jednej strony mają sens, skoro Doktor dopiero co opuścił River, która udała się do Biblioteki… Ale zastanawiam się też, czy nie kryje się za tym coś więcej. Mimo, że River trafiła ostatecznie do komputera, a więc w jakiejś postaci nadal żyje, Doktor nie wydawał się szczególnie szczęśliwy. Gdybym bawił się w hazard, zaryzykowałbym więc przypuszczenie, że wrócimy jeszcze do Biblioteki, żeby wyciągnąć River. To byłoby zresztą ciekawe domknięcie ery Moffata.

Warto zwrócić uwagę, że Harmony Shoal (znani wtedy jako Shoal of the Winter Harmony) też pojawili się w The Husbands of River Song. Nie wydają mi się na razie na tyle ciekawi, by stać się wrogami istotnymi z punktu widzenia całego sezonu – nawet w tym odcinku, gdzie pełnili rolę głównych antagonistów, zostali odsunięci na bok, a Doktor, jak wspomniałaś, poradził sobie z nimi bez problemu i wydawał się raczej znudzony – ale kto wie? Tak czy inaczej: trailer nowego sezonu wygląda ekscytująco!

Pirjo: To prawda! Mam też nadzieję, że pod presją czasu – i swojego ostatniego sezonu – Moffatt wykrzesze z siebie najlepsze, najspójniejsze, najbardziej esencjonalne opowieści.

Artur: Presja czasu owocowała w przypadku Moffata raczej niedoróbkami w rodzaju The Wedding of River Song niż genialnymi dziełami takimi jak (napisane w ok. tydzień) Midnight Russella T Daviesa – więc ja z kolei żywię nadzieję, że miał właśnie dużo czasu, żeby porządnie przygotować sezon. Ale co do oczekiwań wobec samych opowieści – pełna zgoda!

Fot. BBC

Fot. BBC

Doctor Who
science fiction
BBC, 2005–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Artur Nowrot
U­ro­dzony na Gór­nym Śląs­ku, obecnie miesz­ka w Kra­ko­wie i marzy o czystym powietrzu. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się, gdzie tylko może (zazwyczaj donosi o nowych tekstach na blogu Wysznupane). Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie.