Fot. Amazon

Mad Women (Good Girls Revolt, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Good Girls Revolt to taki serial jak lubię. Portret pewnej epoki – rzecz zaczyna się w 1969 i trwa do marca 1970 roku, a podglądamy w nim pracę newsowego tygodnika rywalizującego z „Rolling Stonem” i „Timesem”. Ale choć serial pod wieloma względami przypomina Mad Men czy Vinyl to brak mu tamtego cynizmu. Nie ma tego chłodu, tej brawurowej nieprzystępności, jest ciepły. I bardzo aktualny, bo choć w kostiumie historycznym, to opowiada o równouprawnieniu kobiet i o walce z rasizmem. Kobiety w serialu solidaryzują ze sobą, tworzą grupę wsparcia, by wspólnie walczyć o szacunek, o lepsze prace i płace, o traktowanie stosowne do tego, co potrafią, a nie do tego, jakiej są rasy lub płci. W bohaterkach serialu, z których jedne są bezkompromisowe a inne jednak boją się radykalnych akcji, bo mają wiele do stracenia, łatwo się przejrzeć i znaleźć kogoś, z kim się zidentyfikujemy. W czasach, gdy w wielu krajach te tradycyjne, staroświeckie postawy wobec kobiet i wobec mniejszości zdają się niestety powracać, warto pooglądać, jak z nimi walczono kilka dekad temu i jakich zmian dokonano. Serial w dużej mierze opowiada więc o kobiecości i o stereotypach, jest też barwnym i różnorodnym obrazem epoki, z jej lękami, rozrywkami, dylematami, muzyką, modą i polityką. Dotyka tematów władzy, dominacji, wartości rodzinnych, aborcji, seksu, różnych form przemocy. Bywa gorzki, ale głównie jednak jest optymistyczny. Nie tak wystylizowany jak Mad Men, ale stylowy. Tam mieliśmy mężczyzn, tu są kobiety, po prostu. Historia opowiedziana od innej strony. Herstoria.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Gazeta nazywa się „News of the week” (z logotypem nie bez przyczyny troszkę w stylu Newsweeka) i w każdym odcinku dziennikarze oraz ich dzielne, niedoceniane asystentki/researcherki tropią nowe tematy. To są czasy, kiedy kobieta nie mogła być reporterką, bo wizja świata prezentowana przez media była wizją z męskiej perspektywy. Kiedy o Czarnych Panterach pisał biały dziennikarz. Gdy myślę sobie, że w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków kobieta nie mogła być reporterką, a tylko sekretarką, cierpliwą i „niemą” pomocą mężczyzny, robi mi się troszkę nieprzyjemnie. Niby oglądamy zachodzące zmiany, ale właściwie każdy, nawet najbardziej czarujący i elegancki mężczyzna w serialu – a jest tam kilku amantów w stylu Dona Drapera – w jakimś momencie zachowuje się wobec kobiet okropnie. Wychodzą z niego te mocno ugruntowane odruchy i przekonania, których nie da się po prostu strząsnąć w momencie, gdy konstytucja zapewnia kobietom równouprawnienie.

Seksualizacja kobiet i traktowanie ich jako obywatelek gorszego gatunku, niezdolnych o sobie decydować ani mieć własnego zdania jest na porządku dziennym. Żeby z tym wszystkim walczyć, kobiety muszą być bardzo zdeterminowane, czujne, skłonne do poświęceń i ryzyka. A przecież one też mają rodziny, rodziców, bliskich, kochają i pożądają mężczyzn, pragną ciepła, intymności i wsparcia. Wsparcia, którego czasem w krytycznych momentach im brakuje. Mężczyźni w tym serialu przywykli oczekiwać – i dostawać – niespożytą troskę swoich żon, sekretarek, asystentek, podczas gdy w chwili, gdy one potrzebują konkretnej pomocy – jedna z bohaterek odchodzi od męża i nie ma gdzie się podziać, inna jest w niechcianej ciąży – liczyć mogą najwyżej na siebie i na koleżanki  z pracy. Mężczyźni wolą unikać niewygodnych tematów i zbyt obciążających deklaracji. Ciąża jest „problemem kobiety”, choć z drugiej strony kobieta należy do męża. Jeden z bohaterów serialu ukradkiem dziurawi antykoncepcyjny krążek żony, bo nie chce, żeby ta pracowała i robiła karierę – chce, żeby jak najszybciej została żoną i matką, z lubością mówi do niej „myszko” i nie pozwala jej nosić zbyt kolorowych czy wyzywających ubrań.

Inną z absurdalnych, ale mrożących krew spraw poruszonych w Good Girls Revolt jest ta, gdy jedna z bohaterek nie może – za własne pieniądze – wykupić mieszkania, w którym żyje, bo podpis na dokumencie złożyć musi przebywający na misji za granicą mąż-żołnierz. Kobieta ociera się o bezdomność i przeżywa straszny stres, ponieważ prawo nie traktuje jej jak pełnowartościowego obywatela. Na szczęście w serialu od czasu do czasu błyska światełko na końcu mizoginistycznego, patriarchalnego tunelu. Wspaniała jest historia Jane (Anna Camp) i jej relacji z ojcem, oraz z własnym wizerunkiem. Najlepiej chyba napisaną i zagraną postacią wydaje mi się zakompleksiona Cindy (Erin Darke, czyli narzeczona Harry’ego Pottera!); roztrzepana, stłamszona istotka, która stopniowo, ale nie bez problemów wydobywa się z pułapki życia zaprojektowanego dla niej przez mężczyzn.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Aktorstwo w serialu nie jest wybitne, fabuły poszczególnych odcinków bywają rozmyte,  historia została na siłę rozciągnięta, by się wpasować w dziesięcioodcinkowy format. Pojedyncze odcinki nie zawsze się bronią. Postacie nie są tak mroczne, skomplikowane, frapujące jak w Mad Men. Nie znajdziecie tam kadrów, które są czystym artyzmem, ani wystylizowanych, pełnych ponurego splendoru, słodko-gorzkich scen. Szczególnie męscy bohaterowie rażą sztampowością. To troszkę „klątwa pierwszego sezonu” i myślę, że jeśli doczekamy się kontynuacji, będzie lepiej. Ale dramat, choć utrzymany w stylistyce retro, jest bardzo aktualny, szczególnie w erze Trumpa, i to sprawia, że warto się nim zainteresować. Opowiada o rewolucji, która tylko wydaje się historyczna, w sensie – należąca do przeszłości. Większość szokujących dysproporcji pokazywanych w serialu niestety jest nadal częścią naszej codzienności, powraca raz za razem, pod różnymi postaciami, jak zły sen. Uderzającym jest zobaczyć, jak niewiele się zmieniło przez pięćdziesiąt lat… I dlatego serial tak dobrze działa właśnie dziś. I świetnie się sprawdza jako „druga strona medalu” w stosunku do Mad Men, albo po prostu jako przedłużenie tamtego serialu, który przecież zakończył się zawodową emancypacją kilku bohaterek, na przykład Joan, która rozpoczęła własną karierę, niezależną od mężczyzn.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Serial pobudza do myślenia, portretuje fikcyjną redakcję i redaktorów, ale oparty jest o książkę Lynn Povich i co najważniejsze, nawiązuje do prawdziwych wydarzeń. Lynn spisała swoje przeżycia z czasów, gdy walczyła o prawo do pracowania jako dziennikarka „Newsweeka”, i po wielu przejściach, w tym ciągnącym się sporze sądowym,  została dziennikarką a potem nawet redaktor naczelną magazynu – jako pierwsza kobieta w historii USA. Showrunnerem też jest kobieta, Dana Calvo.

Amazon zamówił tylko jeden sezon Good Girls Revolt, ale ja mam nadzieję, że negocjacje związane z przeniesieniem tytułu na inną platformę przyniosą pozytywny efekt. To historia, którą warto opowiedzieć do końca.

“If life has a taste – it would be it” mówi w jednym z odcinków redaktor naczelny, pijąc drogą whisky z kryształowej szklaneczki. Życie mężczyzn w tym serialu jest usłane różami, możliwościami i ozdobione korowodem zawsze chętnych kobiet. Dziewczyny natomiast piją ze skromnych kubeczków, w których ukrywają kawę zaprawioną alkoholem. Piją, by się znieczulić, nie, żeby świętować zwycięstwo.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Good Girls Revolt
period drama
Amazon, 2016–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Latest posts by Pirjo Lehtinen (see all)