Fot. BBC

The Baker Street Boys (Sherlock, S04)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Zacznijmy może od omówienia poszczególnych odcinków tego jak zwykle boleśnie krótkiego sezonu. Pierwszy odcinek… osobiście uznaję za średni, ale podobał mi się na zasadzie dostarczenia mi świeżej dawki Szerloka po długiej abstynencji. Był przyzwoity, nie był doskonały. Nie miał polotu, którego oczekuję po tym tytule. Nie wiem, czy się zgodzicie? Dla mnie podstawowym tematem odcinka nie jest tu dość pretekstowa zagadka, ale pogłębiane pieczołowicie relacje między postaciami – Sherlock z bratem, Watson z Mary, nawet Lestrade z resztą detektywistycznego teamu – wiele się dzieje, ale to dym i lustra, żebyśmy zrozumieli, że Sherlockowi zależy, dał słowo honoru, opiekuje się i przejmuje i „po moim trupie” ktoś zrobi krzywdę jego przyszywanej rodzince. Czarujące, nieprawdaż? Samej zagadki – że to pani Norbury stoi za morderstwami –  domyśliłam się już w pierwszej scenie, gdy Szerlok zapytał jej o imię. Pomyślałam – o-o, poznajemy imię trzecioplanowej postaci, więc to jest WAŻNA wskazówka.

A potem był ten fragment, w którym dowiadujemy się, iż recepcjoniści wszystko słyszą, i przed oczami stanęła mi właśnie pierwsza scena i pani sekretarka. Czy to ja staję się bystrzejsza, czy może scenarzyści przewidywalni? Odcinek wiódł jednak do tragedii, jaką jest śmierć Mary i – w pewnym sensie – odpowiedzialność Szerloka, który wszak obiecał jej bezpieczeństwo. Śmierć Mary, o której to mówiło się i prognozowało taki rozwój wypadków przez cały czas, jaki minął od poprzedniego sezonu. My też o tym pisaliśmy w poprzednich omówieniach. Więc to zdarzenie nie zaskoczyło mnie wcale. Jeszcze raz podkreślę, że dla mnie to odcinek, którego celem było zbudowanie i pogłębienie relacji między postaciami, a w związku z tym pokazanie, jaka jest stawka. Na jakim etapie – emocjonalnie – są teraz bohaterowie. Oglądając miałam wrażenie, że jesteśmy starannie przygotowywani na nadchodzące traumy, i że twórcy chcą zawczasu zadbać, żeby były one jak najgłębsze. Że to jest wykalkulowane za bardzo, że widać szwy.

Fot. BBC

Fot. BBC

Ginny: Wykalkulowane, przestrzelone, przekombinowane, cokolwiek jeszcze, co pasuje. Tak. Mam wrażenie, że zadziałałoby lepiej, gdyby to jednak zagadka kryminalna stała na pierwszym planie, a całe rodzinne zacieśnianie przesunięto w tło. Albo gdyby śmierć Mary została zrobiona porządnie, o czym pisałam już na moim blogu: zwłaszcza po tym jak w serii trzeciej dali nam Sherlocka pokazującego jak działa faktyczny postrzał. Że tam nie ma czasu na rzucanie się przed tego, kto zostaje postrzelony, nie ma czasu na długie przemowy. I może John by się rzucił ratować Mary, a nie wył jak potępiony… Takie bardzo to było bez sensu. A jednak… Mimo że najsłabszy w całej serii, oglądałam go z przyjemnością. Jakoś trafił do mnie jego humor, trafiło nawiązanie do Spotkania w Samarze i same emocje między postaciami, jako takie. Myślę jednak, że jeśli Mary musiała umrzeć, mogli to trochę bardziej przesunąć, mniej kondensując wątek „Happy Watson Family”. A co z wątkiem Moriarty’ego? Drażni mnie, jak bardzo w tym odcinku po tym jak Sherlock oznajmia, że zamierza czekać, nie tylko nie dostajemy żadnego ruchu ze strony „Jima” (to jeszcze byłoby przewrotne), ale i żadnych oznak wyczekiwania ze strony młodszego Holmesa.

Piotr: Co powiedzieć? Śmierć Mary była do przewidzenia (bo Kanon). Tożsamość sprawcy? Podobała się. Tak właśnie wygląda to w dobrych kryminałach: zabił ktoś, kto cały czas pałęta się gdzieś obok, udając element tła albo bohatera pobocznego wątku. Być może rzeczywiście dało się domyśleć już wcześniej, ale ja, w przeciwieństwie do Pirjo, byłem zadowolony. Dobre było, że Watson potrafi przejąć inicjatywę, coś wydedukować (zawsze kibicowałem doktorowi), zamiast być niezbyt rozgarniętym safandułą wrzuconym w świat zaludniony nadludzkimi geniuszami. Poza tymi zaletami odcinek obciąża szkolna wada, której nie cierpię. Intryga ma prawo zadziałać tylko pod warunkiem, że bohaterowie za wszelką cenę będą wszystko przed sobą ukrywać. Choćby to miało wyglądać jak foch nastolatka albo efekt spontanicznej utraty połowy IQ. Rety, jakie to głupie.

Ninedin: Ja ma tutaj dość podobnie, jak Piotr. Z jednej strony oceniam ten odcinek zdecydowanie mniej negatywnie, niż sporo osób, z którymi o nim rozmawiałam – czytaj; kłóciłam się, chwilami, na fejsbuku. Mam słabość do tak pomyślanej postaci Mary i do emocjonalnego związku, który wydaje się łączyć ją nie tylko z Johnem, co oczywiste, ale i z Sherlockiem. Mam też, z drugiej strony, problem z dość niespójną konstrukcją tego odcinka, z miotaniem się postaci po świecie. Gdybym miała ocenić odcinek: był w porządku, ale pozostawił mnie emocjonalnie dość obojętną. I jasne, było mi żal Mary (ja lubię Mary Morstan również u Conan Doyle’a, a to, że przepadam za Amandą Abbington, tylko się do tego dokłada) i cieszę się, że producenci pozostawili ją w tej odrealnionej roli ni to ducha, ni to sumienia, ni to fantazmatu obu bohaterów – ale zgadzam się z Piotrem, że wiedziałam, że tak raczej na pewno będzie i brak zaskoczenia sprawił, że emocjonalnie odcinek mnie niespecjalnie poruszył.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Drugi odcinek serii dość powszechnie oceniany jest jako najlepszy. Ma klasyczny, mroczny klimat pełen stylowych detali i mocną, charakterystyczną postać „przeciwnika” Szerloka – w tej roli Toby Jones. Intryga jest wystarczająco zagmatwana, by ciekawić (wątek o tym, że bycie celebrytą usprawiedliwia i umożliwia wszystko!), a równocześnie symetryczna, z momentami zwrotnymi w odpowiednich punktach fabuły. Jest też trochę Szekspira, dla lepszego, dramatycznego efektu. Znów mamy okazję oglądać Szerloka pod wpływem narkotyków, porywczego i niebezpiecznego – a na dodatek nie wiadomo, co jest prawdą a co fałszem, więc obraz pozostaje zamglony. To dobrze, lubię taką wersję bohatera znacznie bardziej, niż gdy jest cyniczny i opanowany. Dodatkową gwiazdą odcinka została pani Hudson, która po raz pierwszy od dawna ma tak dużo do zagrania, I dobrze! Opowieści potrzebna jest szersza perspektywa i moralny kompas, przysłowiowa filiżanka herbatki w świecie, w którym ciągle tylko mnożą się arcywrogowie, hałasują krążące nad głowami helikoptery i rozgrywają się dramatyczne, niemożliwe zwroty akcji. Miło ogląda się także Watsona w drugiej połowie odcinka, kiedy dzięki podpowiedziom podświadomości, czyli „ducha Mary” jest w stanie dobrze dedukować i rozwiązywać zagadki. Podoba mi się, że jego zdolności się rozwijają, że się, mówiąc kolokwialnie, „wyrobił”. No i wzruszył mnie bro-mantyczny uścisk Szerliego i Watsona pod koniec odcinka. Mówcie, co chcecie, ale zmiękłam zupełnie.

Ginny: Ot, wracamy do starego, dobrego Sherlocka, gdzie najważniejsza jest zagadka kryminalna. I to działa. Jasne, mamy emocje na linii Sherlock – John, ale to tylko omasta do tej historii. Jak i genialna pani Hudson. Niemniej to znaczące, że nasz duet więcej zagadek zdaje się rozwiązywać w tle tła odcinków (gdzieś w montażu) niż na ekranie. A jedyna w pełni kryminalna historia nie należy mimo wszystko do najciekawszych w całym serialu. Jasne, Toby Jones to naprawdę dobry aktor, niemniej mnie tu jego gra nie porwała aż tak bardzo. I tylko przeciwko jednemu drobiazgowi muszę z całą mocą zaprotestować. Otóż moje życie jest tylko moje. Niczyje inne. I analogicznie, życie moich przyjaciół jest ich własnym życiem, nieważne jak bardzo ich kocham, i jak wielkie cierpienie sprawiłaby mi śmierć któregokolwiek z nich. Każde z nas ma prawo do rozporządzania swoim własnym życiem, jak uważa za słuszne.

Fot. BBC

Fot. BBC

Piotr: Też się zgadzam, że to jedyny raz w tym sezonie, kiedy wracamy do tego, co jest najfajniejsze w opowieściach o Sherlocku Holmesie. Zgłasza się klientka, siada na fotelu i opowiada jakąś dziwną historię, która nie trzyma się kupy. Są odwołania do Kanonu (Umierającego detektywa, Przedsiębiorcy budowlanego z Norwood i chyba jeszcze Nakrapianej przepaski) i przeciwnik, który jest sprytny, ale nie podpada pod nudna kategorię psychopaty-geniusza. Tak niewiele, a wystarczyło, żeby serial wskoczył na znane tory i choć przez moment usatysfakcjonował.

Ninedin: Mnie w tym odcinku z kolei zachwycił Toby Jones i jego postać. Panowie Moffat i Gatiss urządzili sobie tu grę z jednym z wiodących motywów współczesnego kryminału/thrillera, a mianowicie – z postacią seryjnego mordercy. Toby Jones gra w związku z tym postać która uosabia, jak dla mnie, cały zestaw cech jednego z typów seryjnego zabójcy popularnego w popkulturze – dziwaczny, bogaty, chroniony przez swoją pozycję, pozornie uroczy filantrop jest tak naprawdę potworem. Podoba mi się to, jak bardzo sposób, w jaki Sherlock go ostatecznie ogrywa, jest oparty na oryginalnym opowiadaniu (czarnym charakterom jakoś trudno się oprzeć chęci poprzechwalania się przed kimś, kto niedługo będzie martwy i nikomu nie wypaple naszych mrocznych sekretów…). Podoba mi się również połączenie dwóch kanonicznych motywów: w opowiadaniu The Dying Detective Sherlock Holmes udaje nagle śmiertelnie chorego; tu motyw zmyślonej “choroby z jasnego nieba” zastąpiono innym kanonicznym problemem Holmesa – narkotykami. No i bardzo duże wrażenie na mnie zrobiło to, jak bardzo scena, w której John pędzi do szpitala ratować Sherlocka przed mordercą, jest odbiciem sceny z pierwszego odcinka w ogóle, tej, kiedy John usiłuje znaleźć i ocalić Sherlocka przez mordercą zmuszającym do samobójstwa… I OK, są w tym odcinku sceny, z którymi mam problem – John nie będący w stanie się powstrzymać przed pobiciem i skopaniem Sherlocka w szpitalu (jasne, Sherlock się prosi, ale trudno mi wyobrazić sobie a) przyjaciela, b) lekarza, który coś takiego robi), ale summa summarum odcinek mi się zdecydowanie podobał.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Z kolei odcinek finałowy, o którym teraz porozmawiamy, a który osobiście uważam za mocno odrealniony, jeszcze bardziej niż pamiętny epizod z mind palace, wzbudził skrajne emocje w fanach serialu. Zdaniem niektórych – był beznadziejny, rozczarowujący, Moffat musi odejść, miesza mu się Doctor z Sherlockiem, usłyszałam nawet, że to „nazifeministyczna opera mydlana”, albo że parodia pierwszych sezonów. Dla innych – cudowny, doskonały, ekscytujący odcinek z poruszającym zakończeniem. Po której stronie równania się znajdujecie? Czy Euros/Eurus jest dobrym nabytkiem dla mitologii serialu, i czy czasem w tym sezonie nie mieliśmy za dużo podanej wprost lub nie wprost – psychoanalizy?

Ginny: Ja siedzę okrakiem na tym płocie i bynajmniej nie jest mi przyjemnie. Tak, oglądałam z przyjemnością i czułam wszystkie te emocje, które miałam czuć (poza patetyczną do bólu końcówką). Z drugiej strony, podzielam logiczne wątpliwości, składające się na stwierdzenie, że ten odcinek, to chcąc nie chcąc, jedna wielka dziura fabularna.

Piotr: Fatalny, zły, niedobry, głupi. Dla niektórych punktem przegięcia był już ślubny odcinek w poprzednim sezonie. Ja byłem gotów bronić Sherlocka. Ale tego czegoś nie da się wybaczyć. Moffatoza w najgorszym wydaniu. Zgadzam się z Ginny, że czuć emocje. Dokładnie te, które mieliśmy poczuć. Ale widać też, że nie ma nic poza tym. Sceny nie prowadzą donikąd, ani z niczego nie wynikają. Istnieją tylko po to by, dać fanom emocjonalnego strzała. I nieważne, czy będzie to niesamowita dedukcja, wyskakiwanie z okna płonącego mieszkania, kumpelsko-kumpelskie czułości. Z tego samego powodu przestałem oglądać Doctora.

A Eurus? Fanfik do fanfika. Postać Sherrinforda Holmesa wymyślili badacze, a chodziło o to, że w ziemiańskiej rodzinie Holmesów powinien być ktoś, kto został dziedzicem majątku. Sherlock odpada, skoro potrzebuje Watsona, żeby opłacić mieszkanie w Londynie. Mycroft też, bo jest urzędnikiem państwowym średniego szczebla, a taką karierę wybierali młodsi synowie. Zatem do pełnej biografii potrzeba było wydedukować trzeciego brata, który dostał imię wzięte z notatek Conan Doyle’a (tak początkowo miał się nazywać Sherlock). Tymczasem Sherlock BBC miał być próbą pokazania, kim mógłby być najsłynniejszy detektyw, gdyby żył współcześnie. Współcześnie nie potrzeba dodatkowego brata siedzącego w rodzinnym dworze i pilnującego, by dzierżawcy płacili czynsz. Tak więc Eurus to efekt kompletnego oderwanie się Moffata/Gattissa od rzeczywistości i – co najgorsze – sensu serialu.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Przy okazji przyznam, że do serialu, który powinien być jak precyzyjna układanka mam teraz sporo wątpliwości, zarzutów, i detali, które mnie dręczą. Zakładając, że będzie kolejny sezon – czy relacje Molly i Szerloka wrócą do normalności po tak traumatycznej rozmowie przez telefon? Czy Szerlok nie stał się aby po tych wszystkich perypetiach nazbyt ludzki? Czy Gatiss z Moffatem nie uczłowieczyli go za bardzo? Zna imię Lestrade’a, na bogów! Opiekuje się bobasem! Wyznaje, że John jest dla niego jak rodzina. Pozwala się przytulać, a nawet sam inicjuje uściski! I czyż nie jest uroczy, podtrzymując siostrę na duchu (jako dziewczynkę w samolocie), oraz zabierając na frytki, mimo że wcześniej tygodniami nie wychodził z domu? Czyż nie jest miły ten jego braterski instynkt?  Sherlock the Dragon-slayer. And a Pirate! No i czy wszyscy w tym serialu nagrywają „pośmiertne DVD”, w ogromnych ilościach i na każdą okazję? To się już staje śmieszne.

Nie podobały mi się również liczne „skróty myślowe” – chciałabym wiedzieć, jak Eurus potrafiła na tak długo uciekać z pilnie strzeżonego więzienia, nie mówiąc już o utrzymywaniu intensywnej relacji smsowej z Johnem; jak trójce bohaterów udało się wyjść bez szwanku z sytuacji z wybuchającym granatem, albo co się wydarzyło tuż po zakończeniu drugiego odcinka, gdy Eurus miała Johna „na muszce”. Co się DOKŁADNIE wydarzyło. I jak DOKŁADNIE Eurus kontroluje ludzkie umysły? Jak to działa? Czy ona jest w stanie zastąpić godnie Moriarty’ego? Którego potwierdzenie śmierci, swoją drogą, przyjęłam z pewną ulgą. Dość już niezwykłych zbiegów okoliczności w serialu, który jednak miał być o prawdopodobieństwie i dedukcji. Dodatkowo – czy tylko mnie się zdaje, że przy pierwszym spotkaniu z Moriartym Eurus zwróciła się do niego per Redbeard? Czy to możliwe, że Moriarty jest chłopcem, którego Szerlok nie umiał uratować? Czy też macie takie drobiazgi, które Was prześladują?

Ginny: Nie, ona mówi Readbeard, sprzedając tym Moriarty’emu słabosć Sherlocka, jego emocjonalność, przywiązanie do przyjaciół. Po postrzale, którym sparaliżowała Johna -uciekła, to mamy powiedziane, gdy Sherlock i John konfrontują się z Mycroftem. Choć tak, dziury, luki fabularne, milionowe zagrobowe płyty, trudno za tym odcinkiem nadążyć. A Eurus ma tu chyba być genialniejsza niż Jim, bardziej pokręcona, skoro od dziecka odizolowana, zdecydowanie trochę (bardzo?) magiczna i to już nie gra z konwencją serialu.

Za to na rozwój Sherlocka nie będę narzekać. On się zmienia, uczłowiecza coraz bardziej od momentu poznania Johna, tu mamy tylko tego kontynuację. Niemniej też na pewno nie kupię powrotu status quo w relacji Molly i Sherlocka sprzed sceny z wyznaniem miłości.

Fot. BBC

Fot. BBC

Piotr: Zmiana charakteru broni się chociażby w kontekście Kanonu. U Conan Doyle’a Holmes też zaczynał z wysokiego ce, jako nieomal sawant niemający pojęcia o niczym poza specyficzną wiedzą i umiejętnościami potrzebnymi do prowadzenia dedukcji. Potem jednak okazywało się, że skończył normalne szkoły (i miał w nich przyjaciół), cytuje Szekspira, orientuje się w polityce. Twórcy serialu też musieli zdać sobie sprawę, że socjopaci to najnudniejsi ludzie na świecie, więc przepisali bohatera na nowo jako po prostu aroganckiego palanta. I chwała im za to, bo arogancki palant ma uczucia i chwile wahania.

Ninedin: Dorzucę szybko, że zgadzam się z Piotrem co do tej ostatniej uwagi. Odcinek… sama nie wiem.  Był moim zdaniem olśniewająco zagrany przez całą obsadę. Miał znakomite, emocjonalnie bardzo prawdziwe momenty – jak ten, kiedy Sherlock zmusza Mycrofta do uznania, że John to jego rodzina. Miał efektowne na granicy efekciarstwa, ale jednak dla mnie osobiście imponujące realizacyjnie momenty – jak wejście Moriarty’ego w takt Queen i przetrzymana przez chwilę w ukryciu przed widzami informacja, KIEDY właściwie to się dzieje. Natomiast mój problem z tym odcinkiem to to, że w zasadzie nie wiem, co oglądam – najbliżej temu czemuś było chyba do thrillera SF o produkcji super-żołnierzy, w której coś poszło cholernie nie tak. Świetnie zagrana Eurus broni się jak dla mnie, jako postać, głównie przy założeniu, że jest mutantką z X-Menów i potrafi teleportować siebie, innych i przedmioty… Gubię się w gatunkowych woltach scenarzystów i nie jestem pewna, czy mi się podoba aż takie dalekie odchodzenie nie tyle od Conan Doyle’a, co od początków własnego serialu…

Pirjo: Na koniec porozmawiajmy może o sezonie jako całości – czy był spójny? Miał sens? Czy ten pełen akcji, wybuchów, strzelanin, bijatyk sezon – był dobry? I o czym właściwie był? Czy Sherlock nadal jest tytułem wybitnym, takim na którego kolejne odsłony warto czekać latami, czy może jest najbardziej przereklamowanym serialem BBC? Co myślicie? Czy kontynuacja jest potrzebna, konieczna – czy może zbędna? Ostatni odcinek wyjaśnił najważniejsze zagadki i miał klimat odcinka finałowego. Doprowadził bohaterów do miejsca, które znamy z książek – panowie po czterdziestce, po przejściach, wdowiec i ekscentryk, rozwiązują kryminalne zagadki. W tym sensie wszystkie cztery sezony wyglądają jak rozciągnięta w czasie origin story, czyż nie? Więc może – to już koniec tej konkretnej adaptacji?

Fot. BBC

Fot. BBC

Ginny: Nie był spójny i nie miał sensu i nie był dobry. W tym momencie to taki sobie serial BBC, na który nie czekam. Sezon, który nie był o niczym konkretnym i nawet nie miał dużo zagadek kryminalnych. Niemniej , gdyby sezon piąty miał zacząć od zera i znów skupić się na tychże zagadkach będę się tylko z tego cieszyć.

Piotr: To był zły sezon. Całkowicie zgubił sens tego, co zachwycało nas w 2010. Poszedł za to w kierunku serialu o świecie psychopatycznych geniuszy przewidujących na pięć lat do przodu, jak potoczą się sprawy oraz urządzających sobie gry terenowe, których nie powstydziliby się najdziwniejsi przeciwnicy Jamesa Bonda (aczkolwiek musieliby nałykać się kwasu). Zamiast kryminału dostaliśmy telenowelę o zwariowanej rodzince.

Serial uratować mógłby tylko totalny reset. Powrót do korzeni (wprost zresztą zasygnalizowany w ostatnich słowach Mary). Że nie tylko ja mam takie odczucie, dowodzi teoria, którą wczoraj przeczytałem w sieci. Otóż zapowiedzi Moffata na ten sezon (niesamowity, wzruszający i odmieniający telewizję) tak bardzo rozminęły się z efektem końcowym, że ktoś uznał, że musi kolejna zmyłka i nagrano jeszcze jeden odcinek, który obejrzymy za tydzień. Moffat wprawdzie zaprzeczył, jakoby takowy lost special istniał, ale przecież The Lost Special to tytuł luźno powiązanego z holmesowskim cyklem opowiadania Conan Doyle’a, które opowiada o pociągu. A ponieważ brat serialowego Moriarty’ego był zawiadowcą, to albo wszystko się zgadza i możemy spać spokojnie, albo od zawiedzionych nadziei można postradać zmysły.

Ninedin: Jak dla mnie, był to sezon średni, mocno nierówny – i bardzo, bardzo bym nie chciała, żeby był ostatnim.

Fot. BBC

Fot. BBC

Sherlock
crime drama, mystery
BBC, 2010-

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Aleksandra Klęczar
Od bardzo dawna czytuje, ogląda i słucha mnóstwa rzeczy, w większości związanych z popkulturą. Czasami o nich pisuje na blogu ninedin.blox.pl, a od jakiegoś czasu – również uczy o nich na Uniwersytecie Jagiellońskim.