Fot. BBC

Lost Souls (The Living and the Dead, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie wakacje 2016, ale właśnie wtedy BBC zafundowało nam swoją wersję serialu z dreszczykiem, potencjalnie miała to być antologia grozy, jak AHS. Niestety, z jakichś powodów serial nie zyskał szerszego uznania, i został skasowany po pierwszym sezonie. Jest to jednak sezon zamknięty fabularnie, intrygujący i urzekający oko. Dlatego polecam Wam zainteresowanie się tym tytułem.

Schyłek dziewiętnastego wieku, Anglia. Nathan Appleby (znany z Merlina i The Fall Colin Morgan), młody psychiatra, wraca po śmierci matki na rodzinną, podupadającą farmę, próbując ocalić ją od ostatecznej zagłady. Zabiera ze sobą pełną optymizmu żonę, fotografkę Charlotte (Charlotte Spencer). Ale duchy przeszłości nie dają mu spokoju, a wręcz zaczynają go prześladować, lgną do bohatera niczym ćmy do ogniska. Trup ściele się gęsto. Próby rozkręcenia gospodarstwa i tchnięcia nowego życia w skostniałą strukturę spełzają na niczym. A na dodatek jest to serial z twistem, nagłym zgrzytem konwencji, jaki znamy już z seriali typu Outlander, Ascension czy Wayward Pines – czyli z TOTALNYM przełamaniem gatunku, pójściem wręcz w stronę SF, podróży w czasie, sytuacji gdzie Rzeczy Absolutnie Nie Są Tym Czym Się Wydają. Jak okazuje się już na początku serialu jednym ze straszących w posiadłości duchów jest… dziewczyna z tabletem („book of light”), ewidentnie należąca do naszego, współczesnego świata. O co chodzi? Skąd ta współczesność odbita mocno na stylowej, ponurej rzeczywistości lat 90. dziewiętnastego wieku? Na klasycznej, wiktoriańskiej grozie? Dokąd to wszystko prowadzi? Serial długo, długo wodzi nas na manowce, bałamuci i mami, igra z „zawieszeniem niewiary” i nie daje żadnej sensownej odpowiedzi. Co jest w sumie fajne. Ale zanim dowiemy się w ostatnim odcinku, jakie jest clue, obejrzymy kilka historii opowiedzianych w kolejnych epizodach. Podczas gdy dobra żona, Charlotte, zajmuje się ratowaniem gospodarstwa, Nathan bierze na siebie „robotę policjanta”, czy może detektywa, i przy pomocy lokalnego kapłana rozwiązuje zagadki z przeszłości, równocześnie coraz bardziej odklejając się od rzeczywistości i pogrążając w miejscowych wierzeniach, przesądach, historiach z dawnych lat.

Fot. BBC

Fot. BBC

Klimat serialu określić mogę jako stylowy, mocno staroświecki, angażujący, ale przełamywany zaskakująco obrazami z teraźniejszości. Przyznam szczerze, zdarzały się momenty stosujące mroczne akcesoria z takim wyczuciem, że podskakiwałam na łóżku a potem bałam się iść do łazienki i spojrzeć w lustro czy w okno – ale największym dyskomfortem, niesamowitością było dla mnie oglądanie Colina Morgana jako amanta. Pana na włościach, męża swej żony, pokazującego się nie raz i nie dwa, jak przystało na produkcję BBC, w wersji topless. Nie zabrakło ikonicznych scen koszenia zboża czy zanurzania się w jeziorze, ani scen łóżkowych, i nie mam tu na myśli spania. Tak, widziałam The Fall, widziałam Humans, widziałam nawet na żywo Burzę w The Globe, i wiem, że ludzie się zmieniają, ale nic mnie nie przygotowało na taką seksowną i dorosłą wersję tytułowego Merlina. Colin Morgan jako „young, dashing gentleman”. Ojej. On ma mięśnie! I nawet prawie-że kaloryfer na brzuchu! Ale jak to, to chucherko, ten drobniutki chłopiec o wielkich oczach i odstających uszach, ten Mały Czarodziej którego kochałam przez wszystkie sezony familijnego hitu sprzed lat – jest już nie chłopcem, a mężczyzną i do tego naprawdę niezłym aktorem! Serio, jest coś nieprzyzwoitego w oglądaniu go w takiej wersji. Mój mózg tego nie ogarnia i buntuje się. Odwracam wzrok, bo się wstydzę. Zasłaniam z piskiem oczy nie podczas autentycznych scen grozy, ale żeby nie widzieć jego brzucha i nie płonąć bolesnym rumieńcem. Kto to widział, chodzić po domu w rozchełstanym szlafroku i skakać do jeziora bez koszuli! No i jeszcze fryzurka dokładnie jak skopiowana z portretu mojego pradziadka, z obrazu wiszącego na ścianie w salonie. Największym źródłem krypności i niesamowitości był więc dla mnie sam główny bohater i grający go aktor. Spooky!

Fot. BBC

Fot. BBC

Gdyby się zastanowić nad reprezentowanymi w serialu światopoglądami, to mamy tu klasyczny dla XIX wieku dylemat – rozmodlona romantyczność versus „mędrca szkiełko i oko”. Nathan szuka naukowego wyjaśnienia zachodzących wokół niego zdarzeń, a równocześnie sam widzi, że metody tradycyjne, takie jak modlitwa czy egzorcyzm naprawdę działają na pojawiające się w okolicy jego domu zjawy. Niby spisuje symptomy i prowadzi swoje dzienniki, odbywa terapeutyczne sesje z lokalsami, hipnotyzuje, diagnozuje, racjonalizuje. Ale stopniowo naukowość jego podejścia zaczyna się rozmywać i bohater popada w obłęd. Ewolucja czy może dewolucja tej postaci to studium szaleństwa. I wyłania się z tego bardzo ciekawa persona, i super zagrana. Wieloznaczna, bogata. Może być słodkim marzycielem i pantoflarzem, a za chwilę jest okrutnikiem, i to się nie kłóci. W odbiorze pomaga też, że często Nathan nosi kostiumy przypominające jako żywo współczesne ubrania. Jest jakby wyrwany ze swojego settingu, jest poza czasem. Ale równocześnie ma w sobie popęd, drive, energię życiową, choć napędza go głównie smutek, rozpacz i dociekliwość. Wyraźnie widać, dlaczego to właśnie on odciska na rzeczywistości takie piętno. Trochę miałam wrażenie, że oglądam bardzo dobrze napisane origin story bohatera (a może anty-bohatera?), na którego czeka jeszcze wiele, wiele różnych przygód i opowieści. Podróży w czasie i przestrzeni. I szkoda mi, że nie zobaczymy nic więcej. Ale cieszę się z tego, co jest.

Fot. BBC

Fot. BBC

Ogólnie serial ma dość dołujący i ponury wydźwięk. Biedni bohaterowie, mieszkańcy farmy, nie mogą sobie z niczym poradzić, wciąż spadają na nich kataklizmy, w każdym odcinku ktoś umiera, a w tle przetaczają się znaczące symbolicznie pory roku, szczególnie że to ziemiański setting, farma, rolnictwo. Mamy więc kolejno żniwa, jesień, zimę, potem na koniec znów lato – ewidentnie podkreślone jest, że jest to cykl, w którym postacie zostają uwięzione. To, co zostało pochowane, nie powinno być wywlekane na powierzchnię, przeszłość powinna „spoczywać w pokoju”. A tutaj – nie spoczywa. Śledzimy celtyckie święta, mroczne rytuały i tradycje, szczególnie podkreślane są brutalne podteksty żniw i otwarcie granic między światami, kojarzone z Halloween. No i jest jeszcze muzyka ludowa, począwszy od przepięknego, starożytnego w swoim brzmieniu She Moves Through the Fair (śpiewanego tu przez Elisabeth Fraser z Cocteau Twins!) po pieśni żniwiarzy i stare kołysanki. Sporo warstw serialu jest dzięki temu bardzo harmonijnych, klasycznych, prastarych. Ale na tym spójnym tle tym mocniej odbija się główny, nietypowy wątek. Nie wiadomo w jakim kierunku się  to wszystko potoczy, jest bardzo nieprzewidywalnie. Co było głównym zaskoczeniem, bo oglądając mnóstwo seriali (Pulpozaur zobowiązuje!) rzadko bywam zaskoczona. Zwykle jestem w stanie przewidzieć, co będzie dalej i jak się całość skończy. A tu nie miałam pojęcia. The Living and the Dead niejako bawi się  klasyczną konwencją i ją dekonstruuje, dzięki czemu trzyma w napięciu do ostatniej sekundy i przewraca wszystko do góry nogami także ostatnim zwrotem akcji.

Na koniec kilka zdań już bez ogródek, czyli ze spoilerami. Serial zakończył się cliffhangerem – wraz z ostatnią sceną Nathan jeszcze mocniej ugruntował swoją pozycję jako postać funkcjonująca poza czasem i przestrzenią, zagubiona dusza, w nieskończoność przeżywająca te same wybory, przechodząca te same ścieżki, wracająca po swoich śladach, nieukojona. Serial dobrze sobie radzi z wkręceniem nas w swoją klasyczną warstwę, wydaje się nam ona prawdziwa, empatyzujemy z pogodnym Gideonem, z prerafaelicką nastolatką Harriet, czy ze służącą Gwen, nie wydają się nam nieprawdziwi, przyziemne sprawy i zadania toczące się na farmie Applebych są wciągające, oglądamy period dramę… a potem nagle wydają się tylko snem. A period drama jest iluzją, postacie są wymyślone, wyłowione z mroków przeszłości, być może są tylko produktem udręczonej głowy Nathana.

Fot. BBC

Fot. BBC

Wraz z ostatnią sceną otwarła się perspektywa, że oto mamy coś w rodzaju brytyjskiej odpowiedzi na wspomniane tu AHS – opowieść o duchu grasującym w pewnym domostwie, czyniącym ten dom nawiedzonym. Duchu, za którym kroczą inne, słabsze zjawy, a którego mroczny cień pada nie tylko na współczesnych, ale także na całą jego rodzinę, na kolejne pokolenia. To otwiera furtkę do wielu nowych opowieści (przynajmniej teoretycznie, skoro serial został skasowany). A mi się jeszcze, swoim klimatem, skojarzyło z The Witching Hour, czyli Godziną Czarownic, cyklem książek autorstwa Anne Rice. To tam właśnie mieliśmy do czynienia z podobnym konceptem gotyckiego horroru przełamanego współczesnością. Arystokratyczne rodziny, stylówka vintage, duchy z przeszłości nadal silne i obecne, prowokujące wiele tragedii i sporo niezwykłych przygód. Niby teraźniejszość, ale często cofamy się do tyłu, by ożywić przeszłe zdarzenia. Nathan mógłby spokojnie się w tamtej rodzinie odnaleźć, stać się czarownikiem z Mayfair, takim trochę dobrym, a trochę złym, jak wujek Julien. Trochę lekarzem, trochę spirytystą. Trochę mordercą. Przeklętym nestorem rodu. Tylko tu mamy Anglię, nie (podszyty celtyckimi korzeniami) Nowy Orlean. I podobny nastrój. Nastrój, który mi się niesamowicie podoba. I serial, który skradł mi serce, od razu wywołując jego palpitacje. Scena, kiedy bohaterka zerka w szybę… zerka wprost na Ciebie. I nagle wydaje Ci się, że Cię widzi? Że to ty jesteś duchem w domu Applebych? Byłam sama w nocy, w domu, i myślałam, że UMRĘ ze strachu. Czy ona mnie widzi? Aaaa….

Tak, serial dokładnie wpisuje się w to, czego oczekuję od dobrych opowieści – jest subtelny, niezbyt krzykliwy, przykuwa moją uwagę, zostawia ślad, nie da się go łatwo podsumować i „uchwycić”. Wymyka się recenzowaniu, wydaje mi się, że tylko liznęłam tu powierzchnię, pisząc o nim. Udręczony Nathan zostanie na długo w mojej pamięci. Polecam.

Fot. BBC

Fot. BBC

The Living and the Dead
mystery, horror
BBC 2016

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Latest posts by Pirjo Lehtinen (see all)