Fot. Netflix

Look away! (A Series of Unfortunate Events, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Serial, którego czołówka zaczyna się od namawiania nas, byśmy odwrócili wzrok i w ogóle nie przejmowali się okropną historią rodzeństwa Baudelaire…  to prawdziwy twist, godny tej opowieści, tych książek,  tego specyficznego stylu i tego serialu. Moje wrażenia są więc ogólnie pozytywne (może nie super entuzjastyczne, ale pozytywne), choć sądzę, że serial spodoba się raczej fanom książek, młodzieży, fanom tego konkretnego klimatu – a nie WSZYSTKIM.  Innymi słowy – pokochasz albo znienawidzisz. Mój feed pełen jest ludzi, którzy przerwali seans już w trakcie pierwszego odcinka. Nie byli w stanie oglądać. Oczywiście, skoro tu jesteśmy –  znajdujemy się raczej po przeciwnej stronie, obejrzeliśmy i chcemy porozmawiać. Zacznijmy więc właśnie od tego, jaki to jest serial. Co sądzicie o jego potencjale? Dla kogo jest to produkcja, a dla kogo się nie nadaje, i czemu?

Ginny: Mój feed jest z kolei wypełniony raczej pozytywnymi reakcjami. Sama książki znam tylko ze słyszenia (niestety nigdy jakoś nie było okazji po nie sięgnąć), a jednak serial bardzo mi się spodobał. Zwyczajnie przemówił do mojego poczucia (czarnego) humoru i trafił w moją estetykę. Nie powiedziałabym jednak, że jest to serial wyłącznie dla fanów książek, nawet jeśli faktycznie ich znajomość będzie tu atutem. Myślę, że powinien też spodobać się ludziom, którzy przynajmniej ogólnie kojarzą, czym te książki są, albo takim, którzy są otwarci na nieoczywiste narracje. No i oczywiście tym, którzy nie obrażą się, że rodzeństwo Baudelaire co i rusz popada w tarapaty, skoro zostało im to niejednokrotnie zapowiedziane. Choć z drugiej strony pewnie nie przypadnie do gustu tym, których irytuje ciągłe wcinanie się narratora w opowieść.

Co do potencjału, po przeliczeniu książek na odcinki wyszło mi, że powinny nas czekać jeszcze około dwa sezony i myślę, że to odpowiednia długość, by zamknąć tę opowieść. Tym bardziej, jeśli kolejne części będą przebiegać według tego samego schematu. Mam jednak nadzieję, że czeka nas tu pewna odmiana, ponieważ, mimo że pierwszą serię oglądałam z niemalejącą przyjemnością, na dłuższą metę schemat może stać się bardzo męczący. Poza tym byłby jednak pewnym cofnięciem rozwoju akcji. Pod koniec pierwszego sezonu stajemy u progu nowych dekoracji, dobrze więc byłoby, gdyby narracja ruszyła już nowym torem.

Piotr: To prawda, pewnie spora część widzów będzie się zastanawiać, dla kogo jest ten serial. Jeśli dla dzieci, to czy docenią narrację? A jeśli dla dorosłych, to czy zniosą jednocześnie ekscentryczną formę i dziecięcych bohaterów? W moim feedzie trwają głównie dyskusje o różnicach i podobieństwach do filmu z 2004. Zmęczenie schematem może rzeczywiście być problemem. Z drugiej strony w książkach była podobno gdzieś w połowie zmiana formuły (acz nie aż taka, żeby wywracać wszystko do góry nogami).

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Mateusz: Pirjo, pierwszy odcinek należy przetrwać, bo to jeden z tych seriali, które trzeba przede wszystkim poczuć, a jego charakterystyczna, ponura stylistyka, przerysowana konwencja i początkowo mocno traumatyczne losy rodzeństwa z każdą minutą seansu stają się fantastycznym miksem, równie absurdalnym, co szalenie ciekawym i tajemniczym.

Seria niefortunnych zdarzeń to podobno najdroższa produkcja w historii Netflixa, co obserwujemy niemal w każdym kadrze. Marketing spowoduje, że produkcja trafi do każdego użytkownika tej platformy. Pierwsze wyniki oglądalności już wskazują na sukces serialu, który pokonał bardzo popularne komiksowe ekranizację MCU. Wydaje mi się, że o sile Serii stanowi również pewna uniwersalność, bo poza wymienionymi przez was grupami docelowymi, produkcja zainteresuje także entuzjastów Rodziny Addamsów, twórczości Tima Burtona i Wesa Andersona oraz kina przygodowego z elementami grozy.

Ginny trafnie zauważyła, że rozwój fabuły nie pozwala na powtórzenie konwencji pierwszego sezonu (podobno już nikt nie chce przygarnąć rodziny B.), co pozwala na rozwój historii w ramach pobytu sierot w internacie, gdzie hrabia Olaf zapewne ponownie “zaopiekuje się” Violetką, Klausem i Słoneczkiem. Zauważyliście zdjęcie Snicketa i hrabiego jako najlepszych przyjaciół (ten drugi nawet w jednej ze scen pyta o narratora)? To prawdopodobnie punkt wyjścia do opowiedzenia dalszych losów Baudelaire’ów.

Pirjo: No właśnie. Zacznijmy może od tego, co najważniejsze, czyli zarysu fabuły. Po niewyjaśnionej śmierci mamy i taty rodzeństwo Baudelaire trafia do kolejnych opiekunów, którzy także giną w tajemniczych okolicznościach, a równocześnie na ich fortunę czyha pozbawiony skrupułów aktor – hrabia Olaf. Przyznam od razu, że wspomniany film z 2004 z Jimem Carreyem i Judem Law – i, jak sobie właśnie przypomniałam, Meryl Streep! – mimo zabójczej obsady niezbyt mi się podobał. Był przerysowany, pozbawiony wzbudzającego dreszczyk mroku, i błyskotliwego pławienia się w makabrze. Oglądając nie odczuwałam nawet promila mrożącej, gotyckiej, neo-wiktoriańskiej, krypnej przyjemności, jaką dawały mi książeczki. Serial pod tym względem zdecydowanie wygrywa, i jak dla mnie jest dzięki temu bardziej zbliżony do jakże wspaniałych, szczególnie jeśli się je czyta będąc dzieckiem, opowiastek Lemonyego Snicketa, tworzących własny, niepodrabialny, intrygujący świat. Świat oparty na bardzo specyficznej, elokwentnej narracji z nutką vintage.

Świat ten udało się zrekreować na ekranie w dużej mierze dzięki zachowaniu postaci narratora, który z empatią, troską i pewną – stosowną dla tego tytułu – megalomanią prezentuje nam kolejne rozdziały tragicznego życia rodzeństwa Baudelaire’ów. Pierwszy sezon to cztery książki. Z tego co czytałam autor jest bardzo zadowolony z adaptacji. Postmodernistyczny sposób prowadzenia narracji uważam za strzał w dziesiątkę, świetnie przemyślany, wyciskający to co najlepsze z literackiego pierwowzoru, i pozwalający delektować się opowieścią, przy okazji poznając na przykład nowe, trudne słowa – czyli walor edukacyjny został zachowany. Zachowano także satyryczne podteksty oraz wartość (a także pewną bezwartościowość) sekretów, jako „waluty”. Tajna organizacja! Relatywizm moralny! Problemy społeczne! Refleksja nad ludzką naturą! Intertekstualność! Nawiązania do innych książek, postaci literackich i historycznych! Tych wszystkich, znanych z książek elementów, nie zabrakło w adaptacji. Podkreślany jest, charakterystyczny dla książek Snicketa, kult bibliotek i różnorodnych dziedzin wiedzy. A co Wy myślicie o samym sposobie opowiadania w kolejnych epizodach? O narratorze, retrospekcjach, wątkach edukacyjnych?

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Ginny: O książkach zupełnie się nie wypowiem, niestety. Film natomiast całkiem mi się podobał, choć chyba nawet nie widziałam go do końca, ale też w zestawieniu z serialem wyraźnie przegrywa. Mamy tu jednak tylko przyjemny, odrobinę dziwaczny popołudniowy seans zestawiony z tym wszystkim o czym ty napisałaś, Pirjo. Ja szczególnie zachwycam się intertekstualnością, postmodernizmem i kultem bibliotek. I warstwą metatekstową wprowadzaną przez postać narratora immanentnie złączonego ze strukturą opowieści. Nie tylko ją kreującego, ale też będącego jej częścią. To każe się zastanawiać nad tym jak bardzo cała historia jest przerysowana (skoro już o megalomani narratora była mowa), ale też, czy nie każda opowieść taka jest? Przerysowana i stronnicza.

Sam sposób opowiadania – ba sam fakt opowiadania, wszak serial to bardziej medium wizualne, w którym opowiadanie jest niejako ukryte – z tym obecnym narratorem, z retrospekcjami – może zmylić i zirytować widza mniej obeznanego z konwencją książek, bardziej nastawionego na zwykłą narrację, ale moim zdaniem to dobrze, że serial zakłada jakieś wyrobienie widza, że nie podchodzi do niego jak dorośli do rodzeństwa Baudelaire.

Wątki edukacyjne są po prostu dobrze wprowadzone, nie przytłaczają, mamy i chwilę na refleksję i silniejsze odczucie emocji i edukację wprowadzaną poprzez czarny humor (a w moim odczuciu taka głębiej zapada w pamięć) i cytaty na każdą okazję. Rzecz jasna to bardziej edukacja skierowana do młodszego widza, ale i starszemu przyda się czasem przypomnienie tego wszystkiego.

Mateusz: Byłem zachwycony obrazem Silberlinga z 2004 roku, jednak serial przykrył filmową ekranizację. Zdecydowanie lepiej uchwycono w nim klimat książkowego pierwowzoru oraz rozbudowano intrygę, poszczególne wątki adopcji oraz postacie, które stały się jeszcze bardziej intrygujące. Szczególnie do gustu przypadła mi stylistyka zaproponowana przez Barry’ego Sonnefielda, nawiązująca do jego Rodziny Addamsów. Wy również zauważyliście podobieństwo? W wielu recenzjach można przeczytać o “iście burtonowskim stylu”, co stanowi pewne przekłamanie, gdyż Sonnefield pokazał zarówno w przypadku Addamsów, jak i Facetów w czerni, że ma swój unikalny styl, który bez problemu odnajdziemy w Serii niefortunnych zdarzeń. Podobało wam się absurdalne poczucie humoru? Ja, szczerze powiedziawszy, dawno się tak nie uśmiałem. Na plus zaliczyłbym również szeroki wachlarz komizmu zaprezentowany w serialu. To sprawia, że każdy znajdzie w nim dla siebie coś wyjątkowo zabawnego.

Wydaje mi się, że twórcy serialu zgrabnie uciekli od porównań z filmem, gdyż uporządkowali linię fabularną oraz nieco zmienili pokazane w obrazie sekwencje, dzięki czemu do końca drżeliśmy o los Monty’ego i Józefiny. Kolejne odcinki pozwoliły natomiast już na niczym nieskrępowaną ekranizację książek Handlera, w której autor literackiego pierwowzoru aktywnie uczestniczył.

Piotr: Nie czytałem powieści, ani nie oglądałem filmu z Carreyem. Ci, którzy to zrobili, prowadzą żarliwe dyskusje. Jedni twierdzą, że serial kopiuje film w skali 1:1, inni że serial próbuje odróżnić się od filmu nawet za cenę zrobienia czegoś gorzej. Pierwsi wskazują na dekoracje, drudzy – na aktorów (podkreślając, że Meryl Streep nie da się przebić) i jakieś konkretne drobne różnice w scenariuszu. Na pewno jednak serial ma tę zaletę, że może zaadaptować książki bez skrótów.

Narracyjnie rzeczywiście Seria niefortunnych zdarzeń jest misternie skonstruowana. Tym bardziej, że to przynajmniej nominalnie adaptacja cyklu dla dzieci. Podejrzewam, że większość producentów mogłaby się przestraszyć subiektywnego narratora-uczestnika, burzenia czwartej ściany oraz wyjątkowo wrednego twista (który niczym w “dorosłej” Grze o tron przydarza się w przedostatnim odcinku) i opowiedzieć ten serial przy użyciu jakichś bezpiecznych, zgranych familijnych formuł. To byłaby wielka tragedia, gdyż serial niesie bardzo niefamilijny (w porównaniu ze filmowym standardem) morał, żeby dzieci miały się na baczności, bo dorośli są głupi, tchórzliwi i ulegli.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Przyznam, że zachwyca mnie strona wizualna serialu – porównywana w niektórych recenzjach, jak wspomniał Mateusz, do stylu Tima Burtona, a czasem do wcześniejszych produkcji Sonnefielda, a mnie kojarząca się bardziej z ilustracjami książek dla dzieci – i w tej bajkowej, ale wcale nie infantylnej poetyce dobrze odnajduje się większość postaci, w tym dominujący nad resztą obsady, wręcz fascynujący Neil Patrick Harris w roli hrabiego Olafa. Tę postać można było tak łatwo przeszarżować (vide Jim Carrey), że kreacja NPH naprawdę woła o pochwały. Bo mimo przebieranek nie wydaje się on karykaturalny. Nie wiem, czy się zgodzicie? Gdzieś tam, pod spodem, znajduje się prawdziwy człowiek, prawdziwy złoczyńca, z pewną nonszalancją przyjmujący kolejne wcielenia, kolejne kostiumy, ale w gruncie rzeczy wiedziony przyziemną chęcią wzbogacenia się. Cudne jest także rodzeństwo B., szczególnie rozkoszna wydała mi się Słoneczko. W rolach drugoplanowych i epizodycznych pojawiło się wielu ciekawych aktorów, jak Cobie Smulders, Will Arnett, Don Johnson czy Joan Cusack. A wy, co myślicie o obsadzie?

Ginny: Strona wizualna, zestawiająca pastele z ponurymi szarościami jest bezbłędna. To połączenie, które od początku mówi nam jaki będzie klimat tego serialu. Coś co mogłoby być jak zgrzyt paznokciem po tablicy, a jednak działa bardzo dobrze. Aktorsko także wychodzi to bardzo naturalnie i ja praktycznie nie mogę wskazać roli, która by mi jakoś nie odpowiadała. Zdecydowanie też hrabia Olaf w tym wykonaniu nie budzi żadnych zastrzeżeń, a Violet, Klaus i Sunny są dobrani tak, że nietrudno uwierzyć, że to rodzeństwo. No może Sunny jako niemowlę, którego całe działanie było zrobione w bardzo widocznym CGI (a gaworzenie zdubbingowano) trudno nazwać dobrze dobraną do roli. Moim ulubionym aktorem jednak był Patrick Warburton, który odegrał rolę narratora.

Piotr: Przyznam się do hipokryzji. Kiedy widzę we współczesnym filmie/serialu gumowe nietoperze na żyłkach, malowane tła czy tekturowe drzewa, bezproblemowo je akceptuję. Taka konwencja. Natomiast kiepskiego CGI nie znoszę. Tutaj też zgrzytałem zębami, widząc co gorsze sceny ze Słoneczkiem, albo jakiś ewidentny green screen. Na szczęście cała reszta strony wizualnej jest świetna (choć zastanawiam się, czy w pewnym momencie nie zacznie nużyć na równi z powtarzalnością fabuły). Najlepsze są chyba momenty, gdy ten sztuczny i przerysowany świat przebija czwartą ścianę. Jak wtedy, kiedy Wioletka wpatrywała się w rysunek okna wiszący w Tartaku Tortur, jakby to było prawdziwe okno, a współwięźniowie dziwili się, że dziewczynka uwierzyła w iluzję. O to przecież chodzi, że to naprawdę mogło być serialowe okno. Urocza zabawa. Przypomina się Gdzie pachną stokrotki, serial z bardzo podobnym pomysłem na celowo sztuczny świat zaludniony przez ekscentryków i dziwaków.

Mateusz: Burtona bym do Serii raczej nie mieszał, ponieważ tak jak wspomniałem, Sonnefield ma swój charakterystyczny styl, dlatego serialowi bliżej do Rodziny Addamsów niż do Soku z żuka. Przyznam, że stylistyka przypominała mi chwilami baśniowe klimaty i moją starą, ilustrowaną książkę Hansa Christiana Andersena (ponurą i mroczną), jednak w przypadku serialowej Serii, ten mrok łamany bym wszechobecnym absurdem i przerysowaniem. Jest takie określenie, że aktor “kradnie każdą scenę” i tak właśnie jest z NPH, który sprawił, że już za jakiś czas zapomnimy całkiem solidny występ Jima Carreya w filmowej wersji. Neil Patrick Harris zrobił z hrabiego Olafa prawdziwego łotra, niegodziwego, przekonującego i mimo wszystko stosunkowo bystrego (czego nie zauważamy w pierwszych odcinkach), dzięki czemu główny antagonista przestał stanowić wyłącznie komiczny straszak, lecz został prawdziwą nemezis sierot.

Ponownie fantastycznie obsadzono rodzinę B. Na uwagę zasługuję również Joan Cusack,  świetnie oddająca pewne przejaskrawienie dorosłych w serialu. Jej bohaterka to szalenie inteligentna i empatyczna kobieta, która przeraża jednak naiwnością i nieporadnością życiową (przekładając karierę ponad wszystko).

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Czas na podsumowanie – czy Seria Niefortunnych Zdarzeń jest oryginalnym serialem? Czy to jedna z tych rzeczy, o których będziemy pamiętać podczas całorocznych podsumowań, za które będziemy chwalić Netflixa, i które będziemy podsuwać znajomym dzieciom, ewentualnie z przyjemnością wrócimy do tego tytułu by jeszcze raz przeżyć ponure przygody rodzeństwa Baudelaire? Czy serial ma szansę stać się młodzieżowym klasykiem? I czy czekacie na drugi sezon?

Ginny: Ja zdecydowanie czekam na drugi sezon. Czy to oryginalny serial? Myślę, że tak. Choć wykorzystuje znane motywy i wątki łączy je w nie tak oczywisty sposób. I, póki co, zgodnie z zapowiedzią nie dąży do szczęśliwego zakończenia. I tak, myślę, że na pewno trafi do podsumowań tego roku. Niemniej trudno mi orzec, czy stanie się młodzieżowym klasykiem. Z jednej strony, jako dość wierna, z tego co wynika z twoich słów, Pirjo, adaptacja, ma trafić przede wszystkim do (w większości, raczej już dorosłych) fanów powieści Lemony’ego Snicketa. Do tego, to jednak produkcja dość specyficzna i może okazać, się, że zbyt mało dzieci lubi takie niezachowawcze seriale, by ją bezbrzeżnie pokochać. Z drugiej to naprawdę fajny serial, więc może pomału zbierze sobie odpowiednio duże grono fanów, by miano klasyka uzyskać. Na pewno jest na to wystarczająco dobry.

Piotr: Pełna zgoda. Życzę Serii niefortunnych zdarzeń wszystkiego dobrego, ale nie sądzę, żeby Netflix kiedykolwiek widział w niej materiał na wielki hit. Raczej od samego początku zakładał, że powstanie ekscentryczna ciekawostka dla małej, ale zdyscyplinowanej widowni. Na szczęście platformy cyfrowe wydają się przychylne serialom z mocnym fandomem. Można więc chyba rezerwować kilka wolnych wieczorów w styczniu 2018.

Mateusz: Wydaje mi się, że produkcja Barry’ego Sonnefielda to absolutny “must see” 2017 roku i jeszcze nieraz usłyszymy o niej od naszych znajomych, przez co wyczekiwanie na kolejny sezon może okazać się jeszcze bardziej nerwowe i męczące, tym bardziej, że przyjdzie nam długo poczekać (Netflix znany jest z powolnego wypuszczania kolejnych sezonów swoich hitów). Mam nadzieję, że Seria stanie się kultowa i za kilka lat usiądziemy z synem do pierwszego seansu, w czasie którego, w przeciwieństwie do prośby z intro, nie odwróci wzroku od przygód Baudelaire’ów.

A Series of Unfortunate Events
Drama, black comedy
Netflix 2017-

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Ginny358
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Mateusz Michałek
Pracoholik, który wiecznie grzebie coś przy portalu Gildia.pl. Koordynator Gildii Filmu. Wychował się na starych filmach z Brucem Willisem, Arnoldem Schwarzenegger i Sylvestrem Stallonem, jednak pokochał dopiero Gwiezdne Wojny i Doktora Who. Wolny czas najchętniej spędza w kinie lub w domu, pochłaniając kolejne seriale. Jego marzeniem jest epizodyczny występ w The Walking Dead (oczywiście jako zombie).