Fot. NBC

W Szmaragdowym Grodzie (Emerald City, S01E01-05)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Emerald City to długo oczekiwana „serialowa wersja” Dorotki z Krainy Oz, historii istotnej dla popkultury, pierwszej powieści fantasy w amerykańskiej literaturze, za sprawą filmów i musicali dobrze znanej także w Europie. A przynajmniej znane są jej pierwsze odcinki – mogę się mylić, ale cały, czternastotomowy cykl książek Bauma nie ukazał się w Polsce?

Jak można się było w sumie spodziewać, w odcinku pilotażowym i równocześnie w dniu swoich urodzin Dorothy Gale przenosi się z Kansas do tajemniczego, równoległego świata. Dorotka jest dorosła, są to jej dwudzieste urodziny, więc dorosłe jest także Oz. W świecie tym, mrocznym i skorumpowanym, Elphaba prowadzi burdel a Glinda jest kimś w rodzaju matki przełożonej, otaczającej się pokornymi zakonnicami, które jednakowoż nie mają oporów, żeby sypiać z (łysiejącym, lecz noszącym perukę) hochsztaplerem – Czarnoksiężnikiem z Oz. Droga prowadząca do stolicy jest żółta od opium, i podążając nią można szybko przejść w odmienny stan świadomości. Manczkini okazują się być prymitywnym i okrutnym plemieniem, chętnie stosującym tortury. Małpy to latające, steam-punkowe drony szpiegowskie. Czujecie klimat? Bierzemy niepokojącą, ale jednak skierowaną do dzieci opowieść, i wszystko, co się da, czynimy brutalnym, ostrym, szokującym, zseksualizowanym. Coś jak, nie przymierzając, Sapkowski zrobił z baśniami, tylko bez błyskotliwego humoru jego prozy.

Fot. NBC

Fot. NBC

Zamiast czerwonych pantofelków mamy czerwone akcenty –  kocyk, a potem wysadzane kamieniami rękawiczki.  Toto w tej wersji okazuje się policyjnym psem przypadkowo zaplątanym w opowieść. Wizualnie adaptacja garściami czerpie ze znajomej stylizacji vintage, mieszkańcy Oz są zakuci w geometryczne zbroje i kostiumy, i – przynajmniej na początku opowieści – są tak płasko „źli”, że aż się ziewa z nudów lub wywraca oczami z zażenowania. Villaini zrazu niczym się nie wyróżniają, a ich motywacje nie przekonują. Od razu powiem, że dwa początkowe odcinki okropnie, okropnie mnie rozczarowały i prawie na amen zniechęciły do dalszego śledzenia serialu.

Plusy tych pierwszych epizodów? Strach na Wróble (zwany tu Lucasem) jest szalenie przystojny a wielkooka Dorotka wzbudza natychmiastową sympatię.  W pierwszych odcinkach nie poznajemy jakoś specjalnie serialowej mitologii ani nie klei się ona w spójną całość – w ewidentnie magicznej krainie, rządzonej przez czarownice, z jakiegoś powodu magia jest zakazana, a potężne wiedźmy nic z tym nie robią, przypomina się Merlin BBC, Oz ma mniej więcej taką samą iluzoryczną władzę jak Uther.  Powiem wprost, te dwa pierwsze odcinki są ZŁE. Oglądając je, ma się wrażenie, jeśli chodzi o przedstawiony świat, że gdzieś tam coś mogłoby być potencjalnie bardzo fajne, ale sposób opowiadania nam o tej fajności i dochodzenia do niej jest chaotyczny i niezbyt dobrze działa. Ba, są chwile, przebłyski, kiedy „zakonnice” wysyłają wibracje a la Bene Gesserit (dooobre, Diunowe wibracje!), a niektóre motywy w pozytywny sposób sugerują intrygę o głębi Gry o tron. Ale z początku to tylko słabe bodźce, które mogą lecz nie muszą prowadzić do dobrych wątków, scenariuszy, odcinków.  Nie zdziwię się, jeśli wielu widzów podda się lub poddało właśnie na tym etapie „przygody z serialem”. Co do postaci – na wstępie w większości charakteryzują się płaskością i nijakością. Pozostałe minusy? Serial podobno jest „wysokobudżetowy”, a tymczasem nie zachwyca wizualnie absolutnie niczym. Fabuła jak już wspomniałam, zaczyna bardzo słabiutko, jest to historia „niczym nie wyróżniająca się”. Kto miałby w dzisiejszych czasach cierpliwość do miernych seriali? Dwa pierwsze epizody to przysłowiowe flaki z olejem – ani jednej ekscytującej sceny w pilocie!

Fot. NBC

Fot. NBC

Ale – ale! Teraz będzie długo oczekiwany suspens, zwrot akcji, przewrotna puenta. Nie wiedzieć czemu zmusiłam się do oglądania dalej i muszę powiedzieć, że takiego serialowego zaskoczenia dawno nie przeżyłam. Odcinek trzeci był najlepszym z dotychczasowych. Czwarty okazał się być lepszy niż trzeci, a piąty – znacznie lepszy niż czwarty. W przypadku czwartego i piątego w zasadzie nie odrywałam już wzroku od ekranu i jak zaczarowana śledziłam rozgrywającą się na ekranie akcję. To nie są szokowe skoki jakości, ale zauważalne. Mocno zauważalne. Świat stał się rozległy i fascynujący, postacie wielowymiarowe, magia frapująca. Pojawiły się nowe postacie, które zupełnie zmieniły moje podejście, odczucia i oczekiwania. Och, origin story Tin mana! Fabuła wydaje się nieco doroślejsza, klimat trochę bardziej tajemniczy, niepokojący. Rozmach niektórych scen robi wrażenie, zaczyna to wszystko wyglądać jak prawdziwy świat a nie sztuczne dekoracje; scenariuszowe pomysły potrafią zaskoczyć. W paru momentach, dzięki doskonałemu użyciu muzyki, wzruszenie chwytało mnie za gardło. Innymi słowy, Emerald City zaczęło dorastać do swojego potencjału.

I tak, ani się obejrzałam a już wiem, że jednak będę ten serial oglądać, a nawet na niego czekać, bo rozwój serialowej mitologii i poprawa jakości prowadzenia narracji, oraz oryginalne, ciekawe wątki – dają mi nadzieję. Po pilocie nie uwierzyłabym, że to możliwe, ale – wkręciłam się!

Fot. NBC

Fot. NBC

Oczywiście, nie jest to serial dla każdego. Na razie mogę go z czystym sumieniem polecić wielbicielom prostego i pozytywnego fantasy, w stylu Kronik Shannary czy Once Upon a Time, oraz zwolennikom franczyzy Oz, o ile znajdą się tacy w Polsce. A także osobom cierpliwym, bo zanim dojdziecie do smakowitych kąsków czekają Was nudne początki.

Emerald City
Fantasy, drama
NBC, 2017-

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.