Fot. AMC

Strach się bać (Fear the Walking Dead)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

The Walking Dead można już w tym momencie traktować jako przemysł popkulturowy. Ich uniwersum od momentu powstania w 2003 roku rozrastało się i na chwilę obecną składa się z komiksowego pierwowzoru, a także seriali, książek i gier komputerowych, z czego każde z nich oferuje fanom coś innego w ramach jednej idei, rządzonej przez żarłocznych szwendaczy. W momencie gdy dociera do nas zarówno mnóstwo zachwytów jak i miażdżącej krytyki niezwykle kontrowersyjnego siódmego sezonu serialu telewizyjnego, warto przypomnieć o istnieniu innej produkcji tej samej marki, która niewątpliwie stoi w cieniu starszego i większego brata. W dużej mierze jednak trochę przykro, smutno i straszno gdy piszę, że raz do roku wychodzi z tego cienia, by trafić na ekrany naszych telewizorów. Dlaczego?

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o planach twórców The Walking Dead na spin-off, miałem nadzieję, że będzie to rozwinięcie pomysłu  znanego z pierwowzoru, przy jednoczesnym odświeżeniu formuły. Powstało Fear the Walking Dead. Tytuł niezwykle zaskakujący – zarówno traktując to dosłownie, jak i ironicznie. Poszerzenie formatu, kontynuacja idei, rozwój uniwersum, coś nowego, świeżego, ale trzymającego się kurczowo swojego serialu-matki? Idea skupiała się na opisaniu świata sprzed apokalipsy i tego, co działo się w samym momencie rozprzestrzenienia się morderczego wirusa ożywiającego zmarłych. Świetny pomysł startowy! Na dodatek akcja miała się rozgrywać na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, więc zaserwowano nam piękne plaże, palmy, złociste zachody słońca, żar lejący się z nieba, iście filmowe, gorące Los Angeles. Czego chcieć więcej! Był fajny pomysł fabularny, świetna sceneria, sprawdzony format, przynoszący gigantyczne dochody i wielomilionową publiczność. Coś jednak było nie tak. I nie chodzi tu o czyhających za rogiem zombie.

Fot. AMC

Fot. AMC

Główną osią serialu są losy rodziny Madison Clark i Travisa Manawy, wdowy i rozwodnika, zamieszkujących uroczy domek w Mieście Aniołów, którzy przeżywają radości i smutki, wynikające z normalnego, miejskiego życia: syn narkoman, ambitna córka, pałający nienawiścią do rodziców nastoletni syn. Ot, kolejna szczęśliwa, amerykańska rodzinka. Pewnego dnia zaczynają ich dobiegać głosy o rozprzestrzeniającym się wirusie, zatrzymania, ofiary, w końcu panika, rozruchy, miasto w ogniu, kwarantanna, stan wyjątkowy, upadek władz, koniec cywilizacji jaką znaliśmy i walka o przetrwanie. Ot kolejny apokaliptyczny scenariusz.

Fear the Walking Dead na samym początku swojej drogi potrafiło w ramach tak prostej i eksploatowanej do granic możliwości formuły wytworzyć atmosferę strachu i niepewności, która pozwalała sądzić, że będzie to naprawdę dzieło godne uwagi. Fantastycznie budowano napięcie i manipulowano wolno rozwijającą się akcją, a zarazem zgrabnie opisywano relacje rodzinne, próbując jak tylko się da zarysować nie do końca przekonywujące osobowości głównych bohaterów. Kiedy jednak wstęp się zakończył, zaczęto kurczowo trzymać się utartych schematów, często nie pozwalając na wariacje i odchylenia od normy. Główne postaci nie miały wyrazu lub na siłę kreowano je na bliźniacze odpowiedniki tych znanych z The Walking Dead. Z fabułą postępowano tak samo, wykorzystując te same motywy tułaczki, okopywania się, spotykania psychopatów, czy samotnych wędrówek.

To, co miało wyróżniać Fear, to idea origin story, początków końca, genezy apokalipsy, jednym słowem relacji pierwszoosobowej świadków, którzy nie zostali postrzeleni i nie przeleżeli nieprzytomni kilku miesięcy w szpitalu. I to po części się udało. Zgrabnie napisany pierwszy sezon ukazywał tego typu wizje – zwyczajni mieszkańcy Los Angeles pierwszy raz zetknęli się ze szwendaczami. Ba! Pierwsze trzy odcinki były naprawdę świetne i zapowiadały wielkie rzeczy. Do momentu, kiedy apokalipsa nie rozpoczęła się na dobre – zarówno dla bohaterów, jak i dla widzów. Kiedy już świat oswoił się z myślą, że wojsko nie daje sobie rady, a po ulicach pomykają zarówno umarli, jak i bandyci, to z Fear The Walking Dead zrobiło się – przy całej mojej ogromnej miłości do CSI: Miami i CSI: New York – coś w stylu The Walking Dead: Los Angeles / Mexico. Kopia z pomarańczowym filtrem na kliszy. Żeby tylko…

Fot. AMC

Fot. AMC

Mało wyraziste lub przerysowane postaci w połączeniu ze słabym scenariuszem sprawiły, że serial stał się parodią samego siebie. Mimo tego, że z początku świetnie poszerzał uniwersum i dawał możliwość zapoznania się z szerszym kontekstem i innymi perspektywami, to z odcinka na odcinek banalność i nijakość coraz bardziej górowała nad tytułowym strachem, który próbowano desperacko reanimować wymuszonymi strasznymi i szokującymi scenami. Kiedy więc zastanowimy się tak naprawdę dlaczego The Walking Dead jest tak lubiane, to będzie to przede wszystkim nieprzewidywalność, emocjonalny rollercoaster i wyraziste postaci. Pojedyncze wątki FTWD zdały się chwilowo ratować te elementy, jednak bezskutecznie, prowadząc ostatecznie do innej, niezwykle mocnej reakcji – zawodu fana, któremu ręce opadają coraz niżej wraz z każdą upływającą minutą. A wszyscy wiemy jak bardzo to bolesne.

Rozczarowanie może być tym większe kiedy spojrzymy na inne dzieła z uniwersum TWD. Pierwowzór robi co może, żeby kontynuować swój sukces i od czasu do czasu naprawdę odnosi sukces; gry komputerowe są fantastycznym psychologicznym thrillerem uruchamiającym emocjonalne pokłady, których nie było się świadomym. Komiks, mimo że wydawany już ponad trzynaście lat, wciąż zaskakuje, a wręcz zachwyca kolejnymi wątkami i nieszablonowymi rozwiązaniami. Trzeci sezon Fear the Walking Dead nadciąga zapewne wraz z kolejną porcją osobistych dramatów, pustynnych przepraw, refleksyjnych monologów i iście (nie)szokujących scen. Zawsze jest jednak nadzieja, że twórcy zaszaleją, postawią na eksperymenty i niespotykane wcześniej rozwiązania, które nadadzą koloryt nie tylko scenerii, ale także bohaterom czy fabule. W innym razie z tytułowego strachu przed wędrującymi umarłymi zostanie tylko strach przed samym oglądaniem.

Fot. AMC

Fot. AMC

Fear the Walking Dead
drama, horror
AMC, 2015-

Maciek Smółka

Zwykle słucha muzyki. Kiedy nie słucha, to o niej czyta, opowiada, pisze naukowo i nienaukowo, czasami także ją komponuje. Doktorant, kulturoznawca i amerykanista, nieustannie propagujący ideę popular music studies. W wolnych chwilach ogląda filmy, seriale, czyta komiksy i pisze na blogu add some music. Z serialowego świata najbardziej upodobał sobie Twin Peaks, Lost, Mad Men i The Walking Dead.

Latest posts by Maciek Smółka (see all)