Fot. TVN

Retro z brodą i dojmujący brak Cieleckiej (Belle Epoque, S01E01)

Artykuł zawiera spoilery z premiery.

Belle Epoque ma pecha od pierwszego odcinka. Serial dzieje się w przeszłości jak HBO-wskie Taboo, a Małaszyński z brodą i w cylindrze wygląda trochę jak Tom Hardy z brodą i w cylindrze. Wprawdzie prócz podobieństw są różnice (jeden serial toczy się na początku XX wieku, drugi – sto lat wcześniej, jeden jest kryminałem, drugi skrzyżowaniem Crimena z Hrabią Monte Christo i Lalką), a czas produkcji serialu telewizyjnego (licząc od pierwszego szkicu scenariusza) jest taki, że tylko ten nieszczęsny wizerunek Małasza można uznać za świadomą inspirację, ale ludzie wiedzą swoje. TVN plagiatuje Amerykanów.

Już pierwszych kilka minut z Belle Epoque dowiedzie jednak, że nie mamy do czynienia z odgapianiem, ale z chwytami tak starymi, że należącymi do domeny publicznej. Bo ile filmów i seriali zaczynało się od tego, że bohater wraca po latach w rodzinne strony? Tak właśnie robi Jan Edigey-Korycki (to zabawnie oczywiste nawiązanie do Jerzego Koryckiego, czołowego autora powieści milicyjnych, które publikował pod pseudonimem „Edigey”). Kraków opuścił, bo zabił w pojedynku brata narzeczonej. Wraca, bo ktoś zamordował mu matkę.

Fot. TVN

Fot. TVN

Na miejscu pewny siebie komisarz Jelinek (Olaf Lubaszenko) oświadcza, że schwytany zabójca powiesił się w areszcie, sprawa jest zamknięta i nikt nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, że popełniono jakiś błąd. Wkrótce jednak pojawiają się kolejne trupy, a Edigey wraz prowadzącym laboratorium kryminalistyczne przyjacielem Henrykiem (Eryk Lubos) i jego siostrą Weroniką (Anna Próchniak) wpadają na trop seryjnego mordercy. Do jego wykrycia posłużą: rozmowy z podejrzanymi, oko bystre na szczegóły oraz odrobina detektywistycznej intuicji, by w odpowiednim momencie złożyć poszlaki w całość.

Belle Epoque jest bardzo tradycyjnym proceduralem. Skupionym na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, a nie kwestiach społecznych czy politycznych. Właściwie wyzbytym, poza kilkoma rockowymi kawałkami w ścieżce dźwiękowej, jakiejkolwiek  ekstrawagancji. Zamiast więc od razu uderzać w wysokie tony, mówiąc o Taboo albo Ripper Street, trafniej byłoby przywołać nie tak głośnego, choć ważnego dla gatunku Detektywa Murdocha. Jego akcja toczy się w podobnej epoce i w podobnym dużym, ale trochę prowincjonalnym mieście (Toronto). Tak samo zwraca uwagę na wykorzystanie w pracy śledczej nowinek technicznych, a w laboratorium prym wiedzie kobieta. Wreszcie Murdoch to serial kanadyjski, a produkcje z tego kraju znane są ze skromniejszej formy, niż rozpasane superprodukcje jego sąsiada. Nawet jeśli pokręcimy nosem na nadmiar podobieństw, powinniśmy docenić strategię. Na Amerykę w telewizji nas nie stać, ale Kanada jest w granicach możliwości. Wzorujmy się więc na niej.

Fot. TVN

Fot. TVN

Nie oznacza to jednak, że Belle Epoque rozbiło bank. Procedural to wbrew pozorom trudny gatunek. Trzeba w czterdziestu pięciu minutach zmieścić śledztwo tak, żeby nie wydało się zbyt proste i zostawić w rezerwie dość czasu, by odrobinkę popchnąć wątek główny. Dziś bowiem nie da się już robić stuprocentowo czystych seriali epizodycznych. Trzeba spiąć sezon klamrą jakiegoś większego śledztwa, rozwijać relacje między bohaterami, rozbudowywać świat. Odkrycie sekretu dobrego procedurala wymagałoby oglądania Castle’a, Mentalisty i Kości ze stoperem w ręku. Ktoś będzie musiał kiedyś wykonać tę pracę, bo Polacy sobie proceduralami nie radzą. Nie potrafią wyważyć wątków, dobrać odpowiednich proporcji, okiełznać dialogów tak, by dały żyć sprawie odcinka. Przez to właśnie od lat co roku pada kolejna kryminalna pozycja telewizyjnej dwójki. To teraz grozi produkcji TVN.

Wystarczy zresztą powiedzieć, że pod scenariuszem Belle Epoque podpisał się Igor Brejdygant, autor Paradoksu. Serialu, który z miejsca szło pokochać za zdjęcia, muzykę, dialogi oraz znakomicie dobranych aktorów grających świetnie napisane postaci (Jakubik jako prokurator Sobecki!), ale który kompletnie nie radził sobie właśnie ze sprawami odcinka. Nie można na razie powiedzieć, że tak samo będzie wyglądało całe Belle Epoque , lecz bądźmy poważni: śmierć matki głównego bohatera z rąk seryjnego mordercy to zbyt poważna sprawa, by rozwikłać ją ot tak, jak dowolną inną zbrodnię. Wyobrażacie sobie, żeby Red Johna złapano już w pilocie Mentalisty? A mordercę matki Beckett już w pierwszym epizodzie Castle’a? Tymczasem tak właśnie postąpił Brejdygant.

Głupio, gdyby przez wtopę w scenariuszu przestała nam się podobać gra aktorów (tu prócz jak zawsze niezawodnego Lubosa, warto zwrócić uwagę na wspomnianą już Próchniak czy Vanessę Aleksander; niestety cieniem na każdej prawie scenie kładzie się nieobecność Magdaleny Cieleckiej, która jak na razie pojawiła się w dwóch krótkich ujęciach i miała tylko jedną kwestię mówioną). Albo całkiem ładne zdjęcia. Albo egzotyczny dla zdominowanego przez warszawską perspektywę klimat Krakowa. Miasta biednego, ale ambitnego. Wolnego, jak chyba żadne w zniewolonym kraju, ale płacącego za język polski w szkołach, urzędach i sejmie ostentacyjnym serwilizmem wobec zaborcy.

Fot. TVN

Fot. TVN

Na pierwszy rzut oka Kraków wydaje się idealną miejscówką dla kryminału retro (tym niemniej żal, że porzucono pierwotny plan ze Lwowem – to byłaby dopiero gratka). Miasto wyszło właściwie nietknięte z dwóch wojen światowych i dwóch totalitaryzmów. Nawet w Poznaniu było trochę zniszczeń. Będąc Krakusem mógłbym bez problemu znaleźć w Śródmieściu, Podgórzu, Dębnikach, na Salwatorze, a nawet Grzegórzkach dziesiątki atrakcyjnych miejskich plenerów. Wszystkie nietknięte nowoczesnością. Zdawałoby się, że lepiej być nie może. Pomimo tego pierwszy odcinek Belle Epoque toczy się w całości na ulicy Poselskiej. W następnych mają się pojawić jeszcze Reformacka, Św. Marka, Senacka i Pijarska. Ten zaskakująco skromny wybór twórcy uzasadniają faktem, że to boczne ulice, przy których nie za dużo było szyldów do ściągnięcia i witryn do zamaskowania. Kiedy przed laty ekipa Czasu honoru (też robionego przez Akson Studio) narzekała, że poza jej możliwościami finansowymi jest silikonowa atrapa bruku do krycia asfaltu, miałem nadzieję, że za  parę lat się to zmieni. Ciekawe, za ile dekad polska telewizja doszlusuje do rosyjskiej, gdzie w serialach historycznych komputerowe retuszowanie otoczenia jest standardem.

Że to poważna sprawa, niech pokaże fakt, że emisja pierwszego odcinka jeszcze nie dobiegła końca, a w sieci już pojawiły się standardowe zarzuty: że ulice za czysta, ubrania za schludne, że nie ma brudu i nędzy, które w szanującej się produkcji historycznej powinny wyzierać z każdego kadru. Czy słusznie? Czyżby serial wpadł na minę?

Polscy twórcy (i stacje, dla których pracują) ciężko pracowali na to, by żywić do nich urazę, ale widzowie wcale nie są lepsi. Na przykład mają fiksacją na punkcie mroku. Wszystko powinno być mroczne, złe i odrażające. Po brudnych ulicach, przy których stoją sypiące się rudery  krążyć powinni cyniczni obdartusi o twarzach poznaczonych przez paskudne choroby z ospą i kiłą na czele.

Tymczasem rzeczywistość prezentowała się trochę inaczej. Kraków w roku pańskim 1908 był przeludnioną metropolią (100 tys. mieszkańców w całym mieście; dodatkowe ok. 80 tys. mieszkało w Podgórzu i przedmieściach) najbiedniejszej prowincji Cesarstwa. Z drugiej strony Kraków się rozwijał. Osuszono koryto starej Wisły. Wybudowano dwie reprezentacyjne ulice – Dietla i Starowiślną, oraz szereg gmachów publicznych. Większość zabudowy mieszkaniowej liczyła sobie góra 30-40 lat. Restaurowano zabytki. W ramach projektu Wielkiego Krakowa do miasta przyłączano kolejne dzielnice. Nie było aż tak ładnie jak współcześnie, ale nie przesadzajmy w drugą stronę. Podobnie sprawa ma się z kostiumami. W czasach, kiedy mało kogo stać na więcej niż dwa komplety garderoby, o te, które się ma, dba się wyjątkowo starannie. Wbrew pozorom ubodzy potrafią być schludni.

Polski widz co gorsza, prócz wygórowanych wymagań, stosuje podwójne standardy. Akceptuje, że w ogólnodostępnej stacji amerykańskiej nie zobaczy nagości, ale od ogólnodostępnego polskiego TVN żąda, aby było jak HBO. Nie przejmuje się, kiedy Hannibal zapożycza się u Wire in the Blood, kolejne procedurale są podobne do siebie jak dwie krople wody, a Wynnona Earp to Supernatural po zmianie płci, ale już każde podobieństwo Belfra do Forbrydelsen czy Belle Epoque do Taboo dyskwalifikuje.

Fot. TVN

Fot. TVN

Dyrektor programowy TVN wypowiadał się wyjątkowo optymistycznie na temat potencjalnej kontynuacji. Oczywiście przesądzi o tym oglądalność, ale praktyka ostatnich kilku lat pokazuje, że spośród Wielkiej czwórki to TVN-owi właśnie najłatwiej wychodziło przekroczenie magicznej granicy drugiego sezonu. Byłoby o tyle ważne, że dopiero wtedy moglibyśmy zobaczyć, czy do twórców dotarła informacja zwrotna od widzów oraz czy wyciągnęli z niej jakieś wnioski. To bardzo ważne, gdyż głównym grzechem serialu jest niedoszacowanie oczekiwań widowni. Lata lecą, wymagania rosną. Kostiumowy kryminał, nieważne, czy lekki, czy poważny, musi odejść od pokazywania dwóch ulic na krzyż i generycznych wnętrz krytych zielona tapetą. Inaczej po staremu każda strona ekranu będzie trwać w samozadowoleniu i w obrazie na tych drugich. A tego byśmy raczej nie chcieli, niezależnie od tego, czy Belle Epoque jest naszym serialowym oczkiem w głowie.

PS: Zabawną wpadkę znalazłem w dialogach. W Krakowie nikt nie powie na Podgórzu, tylko w Podgórzu. Nie tylko dlatego, że w 1908 Podgórze było samodzielnym miastem z własnym burmistrzem, ratuszem i innymi instytucjami. Istniał nawet niezależny od krakowskiego Powiat podgórski. Z pewnością inspektor Jelinek nie mógł więc prowadzić śledztwa w okolicach Zakładu Matecznego, gdyż nie sięgała tam jego juryskykcja.

Belle Epoque
Crime, period drama
TVN, 2017-

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.