Udane mutacje (Powerless S01E01–05, Legion S01E01–02)

Udane mutacje (Powerless S01E01–05, Legion S01E01–02)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Kinowo-serialowe uniwersa superbohaterskie zadomowiły się we współczesnej popkulturze tak dobrze, że bez problemu można już mówić o powstaniu osobnego gatunku, a nie tylko odmianie, podgatunku kina przygodowego czy science fiction. Zwał jak zwał, klasyfikacja zawsze się jakaś znajdzie, prawdą jest jednak, że gatunki jako takie przechodzą podczas swojego istnienia różne fazy. Thomas Schatz w swojej teorii wyróżnił cztery. Jeśli pozwolicie, sięgnę do tego teoretycznego przykładu, by pokazać, że wpływamy właśnie na nieznane wody za sprawą skrajnie różnych, a jednak wywodzących się z tego samego nurtu serialowych premier: Powerless i Legiona.

Fot. NBC

Fot. NBC

Gatunek swoją podróż zaczyna od fazy innowacyjnej, próbowania różnych rzeczy, ustalania zasad. W serialowym świecie komiksowych bohaterów znaleźliśmy się w nieodległych czasach bodajże za sprawą Smallville* (nie wspominając o licznych animacjach, które jednak pominę, bo to pewnie temat na osobny tekst), a potem nadszedł Arrow od DC i Agenci T.A.R.C.Z.Y ze stajni Marvela. Czas pokazał, że to DC lepiej znalazło się w telewizji, wypuszczając jeszcze Flasha, Supergirl i Legends of tomorrow, a potem często je ze sobą łącząc i przeplatając. To zadomowienie się można nazwać fazą klasyczną. Wiemy, czego się od tych seriali spodziewać, nawet jeśli trochę się od siebie różnią, szczególnie te cztery tytuły od CW tworzone są jakby z jednego szablonu, co pozwala na liczne crossovery – na jesieni mieliśmy poczwórny event, kiedy jeden wątek ciągnął się w tygodniu przez cztery odcinki czterech seriali, w marcu wiosnę przywitał udany musicalowy crossover Flasha i Supergirl (z gościnnym występem Darrena Crissa jako Music Meistera, który odwiedził swoich dawnych znajomych z Glee: Melissę Benoist i Granta Gustina).

Po Agentach Marvel próbował z Agentką Carter jako dość ciekawym dla siebie wyzwaniem, swoją pozycję umocnił jednak seriami na Netfliksie. Daredevil, Jessica Jones, Luke Cage, a ostatnio Iron Fist są spójną kompozycją, czterema origin stories, chociaż poprowadzonymi różnymi ścieżkami. Znaleźć już tam można pewne eksperymenty ze stylem, gdzie Jessica Jones to thriller psychologiczny, a Luke Cage czerpie z kina gangsterskiego. Ciągle jest to jednak pracowanie na dość konkretnej bazie. Nie chciałoby się mówić, że to już apogeum gatunku, a jednak te nowe produkcje, o których będzie mowa, wprowadzają powiew świeżości, który według przyjętej przeze mnie klasyfikacji można nazwać fazami parodii i dekonstrukcji.

Zacznijmy od Powerless od stacji NBC, które w tym przypadku podpada w pewnym sensie pod parodię. Należy ono do świata DC, lecz superbohaterów znajdujemy tam raczej w rozmowach niż na ekranie, ponieważ serial opowiada o zwyczajnych, pozbawionych mocy ludziach. Miejscem akcji jest jednak firma Wayne Security, odnoga Wayne Enterprises, która znajduje się w Charm City (na marginesie – kto jeszcze gubi się, w jakim City dzieje się jaki serial DC? Mamy ich już tak wiele.). To uroczy sitcom o grupie pracowników: ambitnej Emily (Vanessa Hudgens), kuzynie Bruce’a – Vanie Waynie (Alan Tudyk), jego asystentce Jackie, oraz trójce inżynierów: Teddym (Danny Pudi), Ronie (Ron Funches) i Wendy (Jennie Pierson). Wayne Security zajmuje się rozwijaniem technologii, które mają na celu ułatwianie życia mieszkańcom świata zaludnionego przez superbohaterów. Emily, przybyła „z prowincji”, szybko musi odnaleźć się w nowej sytuacji, nie tylko jako szefowa działu, ale i obywatelka miasta, w którym sezon zimowy oznacza nie zmianę pogody, a wzmożoną aktywość „tych złych” o lodowych mocach. Nie pomaga fakt, że Van, prezes firmy, jest niekompetentny i myśli tylko o tym, jak awansować i wynieść się do Gotham, zaś pracownicy, choć genialni, są raczej leniwi i trudno ich zmotywować. Emily wydaje się jedyną osobą, która wierzy w ich sukces, ludzie wokół jednak reagują na jej entuzjazm dość opornie.

Fot. NBC

Fot. NBC

Gdyby nie liczne nawiązania do znanych z komiksów postaci, Powerless można by przyrównać bardziej do The OfficeIT Crowd czy innych seriali, których akcja dzieje się w przestrzeni biurowej. Pracownicy korporacji odnajdą się w perypetiach bohaterów bez problemu i jeszcze bardziej będzie ich śmieszył np. wątek konfliktu z HR-em, spowodowany przez Emily, która wyłączyła swoim podwładnym dostęp do internetu żeby podnieść wydajność pracy. A jednak elementy superbohaterskie są dość ciasno wplecione w strukturę serialu: wynalazki, nad którymi pracuje ekipa, mają być przydatne do walki ze specyficznymi villainami, Van chciałby być nowym Robinem, a Ron tak naprawdę pochodzi z Atlantydy (chociaż wszystkim wydawało się, że z Atlanty). Jeden z odcinków porusza właśnie tę kwestię, pokazując problem relacji międzykulturowych w biznesie na przykładzie negocjacji Ziemian z rodakami Aquamana. Innym ciekawym sposobem na inkorporowanie świata superbohaterskiego był odcinek pt. Emily dates a henchman, który opowiadał, jak wskazuje tytuł, o pułapkach randkowania w Charm City. Nigdy nie wiesz, czy chłopak, który spodobał ci się w barze, nie jest przypadkiem sługusem jakiegoś złego naukowca. Humorystycznych efektów ubocznych mieszkania w mieście – miejscu odwiecznej walki – mogłoby być trochę więcej, ale serial pewnie szuka jeszcze w tym wszystkim równowagi.

Śmieszki śmieszkami, bo poczucie humoru w serialu jest na dobrym poziomie (chociaż, jak większość sitcomów na początku, dopiero się rozkręca), ale warto też wspomnieć o reprezentacji. Na sześć głównych postaci mamy równowagę płciową i rasową (jak od linijki – trzy kobiety, trzech mężczyzn, trzy osoby o kolorze skóry innym niż biały). Kobiety rozmawiają ze sobą na różne tematy i nie wyglądają jak wycięte jedną sztancą – różnią się wiekiem i budową ciała. Serial jak na razie nie kładzie dużego nacisku na podobne kwestie, jesteśmy jednak dopiero na początku sezonu i liczę, że temat kobiety-szefowej i problemów, z którymi się boryka, zostanie jeszcze poruszony, w zabawny, pomysłowy sposób, jak powinna to robić dobra komedia. Warto też wśród plusów wspomnieć o sympatycznej czołówce, nawiązującej do starych komiksów, w której każda postać z serialu ma swojego rysunkowego odpowiednika. Właśnie, jeśli chodzi o obsadę. Poza Tudykiem czy Dannym Pudim, którzy już niewątpliwie dowiedli swojego komediowego talentu, na pochwałę zasługuje Vanessa Hudgens, która w tej sferze akurat nie miała jeszcze okazji się popisać. To prawda, że gra mało charakterystyczną postać – tą pełną werwy, pracowitą, zagrzewającą resztę do roboty – ale wychodzi jej to i nie odcina się jakoś od reszty obsady, co było pewną obawą. Niewątpliwie w panoramie współczesnych seriali superbohaterskich Powerless wyróżnia się swoim humorem i naciskiem na konsekwencje działania ludzi z mocami. Każe nam popatrzeć na świat herosów z innej strony. I chociaż nie jest to do końca parodia, to zabawa motywami i czysto komediowy charakter wybijają serial na tle innych. Trudno osądzać po pięciu odcinkach, czy serial zadomowi się na stałe w krajobrazie superbohaterskich produkcji, ale trzymam za niego kciuki. Alan Tudyk zasługuje na stałą pracę.

Fot. FX

Fot. FX

Faza dekonstrukcji, polegająca na stawianiu na głowie wszystkiego, co wydaje nam się typowe dla gatunku, idealnie pasuje natomiast do Legiona od stacji FX. Serial pod szyldem Marvela, którego logo jednak nie pojawia się na początku, co od razu jakoś odświeża wizerunek produkcji, wyprodukował Noah Hawley, twórca Fargo. Już ten fakt powinien podpowiedzieć nam, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Legion zasługuje na osobną notkę i na pewno się takiej na Pulpozaurze dorobi, kiedy pod koniec sezonu będziemy w końcu (mniej więcej) wiedzieli, co tam się tak właściwie dzieje.

Legion opowiada o Davidzie, który – jak wiemy z komiksów – jest synem Charlesa Xaviera i bardzo utalentowanym mutantem. Nie łudźmy się jednak, że David, grany przez Dana Stevensa (który czasy Downton Abbey zostawił daleko za sobą), zasili prędko szeregi X-menów. Legion to bardziej studium choroby psychicznej, ukrytej pod ich płaszczykiem czy też związanej spójnie z nadprzyrodzonymi mocami. A może historia miłosna? Ciężko stwierdzić, nikt tam jednak nie biega w trykotach. David spędził ostatnie sześć lat w szpitalu psychiatrycznym. Do jego znajomych należy Lenny, w którą to postać wcieliła się Aubrey Plaza. W oryginale Lenny jest mężczyzną w średnim wieku, ale obsadzenie Plazy zaowocowało dodatkowym twistem w i tak pokręconym znaczeniu tej postaci dla Davida. W jego życiu miesza też pojawienie się nowej pacjentki, Syd (Rachel Keller), która szybko zostaje jego dziewczyną, chociaż stawia warunek – nie można jej dotykać. Trudno w dwóch zdaniach opisać, co dzieje się w serialu, zwłaszcza że już pilot wymaga od nas szczególnego skupienia, bo akcja prowadzona jest nielinearnie. Chyba nie o fabułę tu jednak chodzi.

Fot. FX

Fot. FX

Legion wyróżnia się też pod względem realizacyjnym. Można mnożyć malownicze porównania, do Wesa Andersona, Davida Lyncha, do ducha muzyki Pink Floyd, znać w tym jednak bardziej kinowe wykonanie, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że faktycznie żyjemy w platynowej erze telewizji i mało rzeczy jest w niej nieosiągalnych. Widać wielkie dopracowanie szczegółów – kostiumy i ich detale (np. kolory klasyfikujące różnych pacjentów w szpitalu), wystrój wnętrz, nawiązujący do lat 60., gra światłem. Szybki montaż, slow motion, trzęsąca się kamera i inne efekty obrazu, które współgrają z tym, co odczuwa David, ale niekoniecznie dają nam wskazówkę, kiedy to, co widzimy, jest prawdziwe, a kiedy nie. Wszystko to okraszone idealnie dobraną muzyką, czy są to stare przeboje i ich covery, czy fragmenty instrumentalne. W tym dziwnym, oryginalnie wyglądającym świecie pewnie łatwo byłoby się zgubić, gdyby nie zaangażowanie w losy postaci, które zawdzięczamy ich odtwórcom. Na szczególne wyróżnienie zasługują Dan Stevens i Aubrey Plaza, ale w całej obsadzie nie ma nikogo, kto chociaż przez chwilę wydawałby się nie na miejscu. Serial zasługuje, żeby wgryźć się w niego i analizować, analizować, analizować. To ten typ produkcji, która przemówi do ludzi zazwyczaj niezainteresowanych superbohaterami albo szukających czegoś zupełnie nowego.

Wracając do moich dywagacji na temat gatunków i ich faz – jeśli założymy, że weszliśmy właśnie w okres eksperymentalny, następny krok to albo wypalenie się formuły, albo powrót do korzeni. Dwa nowe seriale nie mogą jednak stanowić o zupełnej zmianie nastrojów, są tylko jaskółką. Trudno też mówić, że zmęczyliśmy się już produkcjami superbohaterskimi. Zapewne tak nam się czasem wydaje, stacje telewizyjne są jednak innego zdania. Można by pomyśleć, że zainteresowanie tym typem seriali tylko wzrasta. Netflix szykuje dla nas w końcu The Defenders, a pod wpływem popularności jego występu w Daredevilu, również Punisher doczeka się swojej serii. Fox nie może rozstać się z X-menami i pracuje nad serialem roboczo nazywanym Gifted, o rodzicach, których dziecko wykazuje nieprzeciętne umiejętności, zaś ABC przejęło wyrzucony z ramówki MCU projekt Inhumans, który kojarzą na pewno widzowie Shieldów. Hulu zamówiło Runaways, które brzmi jak serial bardziej dla młodzieży, a Freeform – Cloak & Dagger, może więc doczekamy się rozwiniętej odnogi superbohaterskiej teen dramy? Liczę, że Powerless i Legion to nie będą tylko wyjątki w tym zmieniającym się krajobrazie.

Fot. FX

Fot. FX

* Przed Smallville mieliśmy już Supermana w serialu Nowe przygody Supermana (Lois & Clark), a przedtem jeszcze i seriale o Hulku, Wonder Woman czy uroczego Batmana z lat 60. Wszystkie te produkcje w pewien sposób przyczyniły się do telewizyjnego wizerunku superbohatera teraz, więc wymieniam je trochę z kronikarskiego obowiązku, chciałam się jednak w tekście ograniczyć do czasów bardziej współczesnych.

Powerless
sitcom
NBC, 2017–

Legion
psychological thriller, drama
FX, 2017–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.