Fot. CBC

Ania z PTSD (Anne, S01E01–02)

Artykuł zawiera spoilery z Ani z Zielonego Wzgórza ;)

Na nową ekranizację opowieści o rudej marzycielce czekaliśmy dosyć długo, a klasyczna seria telewizyjnych filmów z Megan Follows w roli Ani przez kilka dekad wyznaczała standard jakości, jeśli chodzi o adaptacje książek L.M. Montgomery. Tamten uroczy, wzruszający serial dobrze przeszedł próbę czasu – odświeżałam go sobie na Gwiazdkę, więc wiem, co mówię  – i pewnie na zawsze pozostanie dla mnie ważny, cenię też oglądaną w dzieciństwie japońską wersję animowaną, pochodzącą z 1979 roku, ale… może już czas na inne spojrzenie? Na odkurzenie i „sprzedanie” nowym pokoleniom kulturowego fenomenu z Kanady, który w tysiącach dziewczynek na całym świecie wywołał tęsknotę za Wyspą Księcia Edwarda, a drugie tyle wyleczył z kompleksów na tle „rudości”? Na odświeżone „odchłanie rozpaczy”, włosy zafarbowane na zielono, bufiaste rękawy – hej, w tym sezonie bardzo on trend! – i na „ludzi, którzy znają Józefa”?

Z tego założenia wyszli najpierw twórcy telewizyjnego filmu Anne of the Green Gables z 2016 roku, na który spuszczę może zasłonę milczenia (w skrócie – nie polecam), a teraz nowa twórczyni, której wybór długo uważano za kontrowersyjny. Ba, sama z podejrzliwością śledziłam kolejne medialne doniesienia. Już po dwóch pierwszych odcinkach widać, że Moira Walley-Beckett, znana choćby z epatującego fizyczną i psychiczną przemocą Flesh and Bone rzeczywiście wprowadza do szkolnej lektury nową jakość i nowy zamysł. Patrzy na opowieść „w swoim stylu”. Czy to dobrze? Hmm… Porozmawiajmy o tym ;)

Fot. CBC

Fot. CBC

Kolory Wyspy Edwarda są w serialu baśniowo nasycone i serial, gdy toczy się w dzień, jest całkiem ładny, ale piękno przyrody to chyba jedyne podobieństwo do cukierkowych w tym kontekście przygód Ani o twarzy Megan… Nowa adaptacja daje nam Anię, na której młodym życiu zaważyła trauma dzieciństwa spędzonego w kolejnych, sadystycznych rodzinach zastępczych, Anię zachowującą się jak zaszczute zwierzątko, Anię bardzo niegrzeczną, prawdziwie impertynencką, bo reagującą gwałtownie przy pomocy przeróżnych obronnych mechanizmów na to, co się jej przytrafia już w pierwszym odcinku. Anię nerwową, rozhisteryzowaną, zaburzoną psychicznie. W interpretacji Moiry perypetie pierwszych książkowych rozdziałów – fakt, że Maryla i Mateusz początkowo wcale nie chcą dziewczynki, niszcząc jej rozbudzone nadzieje na nowy dom – ukazane są jako stres rujnujący psychikę. Powiem więcej, Ania się samookalecza, Ania się głodzi  – jakbyście nie wiedzieli, to charakterystyczny motyw we wcześniejszej twórczości showrunnerki serialu. Desperackie próby stworzenia sobie romantycznego, baśniowego świata wyobraźni, z alejami, strumieniami czy drzewami posiadającymi imiona, wydają się w tym kontekście eskapizmem i są znacznie bardziej rozpaczliwe. To mechanizm ucieczkowy. A dla mnie – swoista kalka z tamtego serialu, o trudnym i dusznym życiu baletnic. Czy to działa? Ogólnie działa, choć przez wzgląd na moje doświadczenia z twórczością Moiry (tutaj wspieraną przez zespół producencki składający się prawie wyłącznie z kobiet) czasami oglądając nową Anię myślę sobie, że to jest TOO MUCH i jechanie po bandzie. Przesadnie straumatyzowej Ani mówię NIE.

Serial ratują jednak inne, liczne walory. Postacie centralne dla fabuły Ani z Zielonego Wzgórza, czyli Maryla i Mateusz, obsadzone są i zagrane w sposób równocześnie (nie wiem jak to w ogóle możliwe) – wyrazisty i subtelny. Oczywiście, na wrażliwym i małomównym Mateuszu, który szybciutko ulega urokowi pyskatej, gadatliwej Ani Shirley, od samego początku ciąży cień nieuchronnej śmierci i zdajemy sobie sprawę, że dostajemy opowieść podaną tak, żeby na pewno złamać nam serca. Drżymy o niego i zamartwiamy się od pierwszej sceny. Małgorzata Linde też została fajnie wymyślona i jej „chemia” z podstarzałym rodzeństwem z Zielonego Wzgórza jest niewątpliwa. Drugoplanowe postacie, które na ten moment dane nam było poznać, także wpisują się w tradycję, jak i dodają nowe odcienie. Widać, że twórczyni dobrze je rozumie i umie skontrastować. Diana jest ładna, porządna i prosta, czekam z niecierpliwością na Gilberta (choć nikt i nigdy nie zastąpi w tej roli Jonathana Crombie). Ania, sama w sobie, też została wybrana całkiem w porządku, szczególnie jeśli zgodzimy się na podaną nam nowoczesną i poważną wizję przeraźliwie drobnej i chudej, bladej dziewczynki z traumą, prześladowanej na jawie i we śnie przez demony przeszłości. Nawet warkoczyki ma ta dziewczynka chudziutkie i ciągle się rozplatające. Kupka nieszczęścia, słowo daję!

Fot. CBC

Fot. CBC

Kolejnym atutem serialu jest dla mnie jego niespieszne tempo. Pierwszy odcinek to prawie film, trwa półtorej godziny. Jest czas na „drobiazgi”, sceny i detale znane raczej z książki niż z którejkolwiek ekranizacji.  Na scenę obierania jajek przy śniadaniu! Scenę zachwytu rozkwitającą jak panna młoda wiśnią! Jasne, powolna narracja nie każdemu się spodoba, ale w połączeniu z pełnymi rozmachu kadrami, które mogę też określić jako wysmakowane, całość ma przyjemną formę. Nawet jeśli robi dziwne rzeczy z kanadyjskim dziedzictwem kulturowym. I w treści nie jest już tak konsekwentnie rozkosznie.

I to jest w sumie trochę minus. Zielone Wzgórze jest odosobnione, odludne, ciche, ascetyczne, wręcz purytańskie. Świat je otaczający rysuje się z kolei jako niebezpieczny, grasują w nim zboczeńcy, zwyrodnialcy i okrutnicy. Serio, w drugim odcinku mamy scenę, w której Anię próbuje porwać bardzo podejrzany typek. Mamy też frapująco realistyczne momenty znęcania się i tortur. Oglądamy, umierając ze stresu. Drugi odcinek wychodzi bardzo mocno poza tekst oryginału, dopisując nowe okropności. Nie sądziłam, że takie doznania mogą mi towarzyszyć podczas oglądania Ani! Niestety, niestety, z powodu brutalnego realizmu w przedstawieniu historii bohaterki opowieści brak trochę tej magii, ciepła i humoru, za które kochamy książki Lucy Maud.  Zupełnie nie ma tego efektu, że „och, chcę się natychmiast przeprowadzić do Avonlea!”. W sumie można powiedzieć, że jest to mroczny serial. Naprawdę. Spora jego część dzieje się po nocach. Od nowej Ani wieje mrokiem. Mrokiem, dramą, komplikacją. I zagubieniem, bo gdy wykracza poza swoją naturalną „konwencję” to czuję się zdezorientowana i robię się nieufna, odczuwając dyskomfort, tak jak wtedy, gdy we wspomnianej produkcji z Megan Follows twórcy w pewnym momencie posłali Anię i Gilberta na wojnę do Europy, robiąc z Ani sanitariuszkę, i naginając czasoprzestrzeń – w książkach na wojnę trafiły dzieci bohaterki. Że co?!?!

Fot. CBC

Fot. CBC

Nowy serial pewnie uda się odpowiednio ocenić dopiero z perspektywy czasu – i większej ilości odcinków – ale powiem tak: nie jest źle.  Jest interesująco, jest inaczej, a to już dobra wiadomość na początek. Nawet jeśli zmiany względem oryginału i zmiana tonacji mogą zaszokować widza. Prawda?

Anne
teen drama
CBC, 2017–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Latest posts by Pirjo Lehtinen (see all)