Studium szaleństwa z piosenką w tle (Crazy Ex-Girlfriend, S02)

Studium szaleństwa z piosenką w tle (Crazy Ex-Girlfriend, S02)

Artykuł zawiera spoilery.

Niefortunny tytuł pozostał i może dlatego po drugim sezonie serial ciągle ma małą oglądalność, chociaż trzecia seria jest już zapewniona. Póki możecie, oglądajcie. Crazy Ex-Girlfriend można dorwać na polskim Netfliksie, który skądinąd postarał się o fajne polskie tłumaczenia piosenek. Do komputerów! Bo szkoda byłoby stracić coś tak oryginalnego i mądrego, a jednocześnie zapewniającego tak dobrą rozrywkę.

Joanna pisała już u nas o tym serialu, a jej wnioski są bardzo trafne, postaram się więc po prostu podjąć temat w miejscu, gdzie skończył się poprzedni tekst. Sezon drugi kontynuuje to, co najlepsze w sezonie pierwszym – demaskację stereotypów, rozwój postaci, dobrą muzykę. Jest jednak pod wieloma względami różny. Początkowo historia Rebeki wydawała nam się dość jasna – wszystko w jej życiu kręciło się wokół Josha, miłości z dzieciństwa, który w jej głowie jest spełnieniem marzeń i panaceum na wszelkie bolączki. Pod koniec pierwszej serii na chwilę udało jej się zapomnieć o idealnym, niedostępnym i przede wszystkim zajętym chłopaku. Jej uwagę przykuł zakochany w niej Greg, przy którym Rebecca wydawała się wreszcie spokojniejsza, mniej bujająca w obłokach. Finał sezonu przyniósł nam jednak zwrot akcji i pojednanie z Joshem.

Zastanówmy się nad scenariuszem, który widzieliśmy w serialach obyczajowych mnóstwo razy. Mamy dwie pary, które rozstają się, by przekonfigurować się w nową parę, z dwoma pozostałymi osobami, które zostają na lodzie. Jak zachowa się porzucona dziewczyna, Valencia? Czy Greg, który ewidentnie nie stanął na wysokości zadania, będzie walczył o względy Rebeki i poprosi o drugą szansę? Z takimi pytaniami czekaliśmy na drugi sezon. I już w pierwszych odcinkach Crazy Ex-Girlfriend wywróciła nasze oczekiwania do góry nogami. Greg zorientował się, że ma problem z alkoholem i zajął się sobą. Kiedy pojawił się znowu na horyzoncie, Rebecca stwierdziła, że oto stoi przed nią trudny wybór między dwoma mężczyznami, że właśnie została jednym z wierzchołków trójkąta. Szybko okazało się jednak, że serial nie będzie nas męczył perypetiami związanymi z wyborem między kandydatami. Greg wyjeżdża z miasta, stwierdzając, że ich związek był szkodliwy (ujmując to dobitnie w piosence pt. It was a shit show). Rebecca rozstaje się z Joshem. Po trójkącie nie ma ani śladu. Valencia, zamiast mścić się za odbicie chłopaka, zdaje sobie sprawę, że może nie była tak do końca szczęśliwa i zaprzyjaźnia się z Rebeką, w końcu nawiązując bliższą relację z jakąś kobietą. Szast prast i najbardziej oczywiste rozwiązanie konfliktu zostaje pogrzebane. A potem robi się jeszcze ciekawiej.

Fot. CW

Fot. CW

To, co jest fabularnym plusem, jest jednak minusem dla struktury. W pierwszym sezonie, po pierwszych paru minutach, kibicowaliśmy już Rebece i jej działaniom, mającym na celu zdobycie serca ukochanego chłopaka, nawet jeśli nie wszystko nam w tej wizji pasowało. I pod koniec pierwszego sezonu cel ten zostaje osiągnięty. Drugi sezon nie prezentuje już takiej prostej drogi. Wątków jest trochę więcej i chociaż nie można powiedzieć, że prowadzą donikąd, brakuje jednak jakiejś spójności i kompaktowości. Z drugiej strony, kiedy przyjrzymy się temu bliżej, można nawet stwierdzić, że ten pozorny chaos to po prostu przemyślana z grubsza układanka, która ma na celu wytrącenie Rebeki z równowagi. Finał drugiego sezonu pokazuje nam bowiem, jak te wszystkie rzeczy, które nas śmieszyły albo na które nie zwracaliśmy wcześniej tak uwagi, składają się na skomplikowany obraz, studium psychiki osoby, która nie chce sobie pomóc, bo całe źródło swojego szczęscia umieszcza gdzieś poza sobą, w wyimaginowanym obrazie tego, co w końcu przyniesie jej spokój i radość. Drugi sezon ma nową czołówkę. Piosenka nie opowiada już o tym, jak to Rebecca jest szaloną eks, a raczej o tym, że jest po prostu zakochana i nie można jej przez to nazywać szaloną, to nie ona, to miłość… Kiedy dokładnie te same słowa zostają w ostatnim odcinku wypowiedziane przez jej matkę, w zupełnie innym kontekście, po karku aż przechodzą ciary. Serial jest wesoły, śmieszny, ale czasem potrafi nieźle dać kopa. Zwłaszcza że po tylu odcinkach zdążyliśmy się już przyzwyczaić do wszystkich bohaterów i ich los nas obchodzi.

W pierwszym sezonie Rebecca odkryła niejako, że w jej historii to ona jest tą złą (I’m the villain in my own story). Nie jest trudno się z nią zgodzić. Dziewczyna sabotuje samą siebie, na co czasem nie może nic poradzić, z drugiej strony robi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka, który od wielu lat jest  w związku z kimś innym. Wydawać by się mogło, że jako protagonistka, to Rebecca powinna mieć nasze bezgraniczne zaufanie i poparcie – i w sumie tak dokładnie się staje, nawet jeśli nie jesteśmy ślepi na jej wady. Kiedy poznajemy jej główną konkurentkę do serca Josha, Valencię, zostaje ona przedstawiona w wyraźnej kontrze do przeciętnej, dającej się lubić Rebeki – jest piękna, wysportowana, władcza. Przecież jeśli ktoś ma tu być czarnym charakterem, to właśnie ona! A jednak dzieje się inaczej, nie tylko współczujemy Valencii, kiedy zostaje oszukana, ale potem obserwujemy jej rozwój, przynależność do żeńskiej grupy, a na koniec nawet miły gest z jej strony, jakim jest przygotowanie ślubu Rebeki i Josha, nawet jeśli oboje mają z nią trochę na pieńku. Jeśli więc nie Valencia i nie Rebecca – która może i zachowuje się czasem mało racjonalnie czy głupio, ale ma ku temu wiele powodów – kto jest tu tym złym? I czy spodziewaliśmy się naprawdę, że będzie to Josh?

Fot. CW

Fot. CW

Komedie romantyczne nauczyły nas, że kiedy w grę wchodzi miłość sprzed lat, nowy kandydat nie ma szans. Wypijmy za zdrowie tych wszystkich bezproblemowych narzeczonych, którzy zostali porzuceni na ołtarzu, bo pojawił się chłopak z liceum. Scenariusz jest jasny – możesz znaleźć kogoś wspaniałego, ale tak ci się tylko wydaje, bo prawdziwa miłość to ta pierwsza, o której nigdy nie zapomnisz. Crazy-Ex uwiodła nas tym samym. Naszą postawę prezentuje Paula, nowa przyjaciółka Rebeki – „Joshbecca” to jej nowe otp, porównywane do najwspanialszych par z popkultury. Paula angażuje się bardzo w związek przyjaciółki i my też się angażujemy. Gdzieś podskórnie wiemy, że Greg jest tylko przystankiem na drodze do prawdziwego szczęścia, tak samo jak nowy bohater, Nathaniel (Scott Michael Foster). Mogą być po drodze zawirowania, ale Josh to endgame. Razem z Rebeką dajemy się zaślepić ideałowi, ignorujemy znaki. Że Josh jest mało zmotywowany, trochę niedojrzały, pogubiony. Że nie rozumie Rebeki i nie wie o niej wszystkiego. Orientujemy się dość późno. Kiedy Josh prosi Rebekę o rękę, w gabinecie jej terapeutki, stoimy po stronie dr Akopian, która patrzy na to z boku i głośno krzyczy – nie! Właśnie zaczęłaś robić postęp w  swojej terapii! Błyskawiczne lekarstwo dające szczęście jest jednak bardziej kuszące. Przecież nie można być nieszczęśliwą, kiedy chłopak marzeń chce się z tobą ożenić.

Przygotowania do ślubu to już droga do katastrofy, którą przeczuwamy i nie chcemy być jej świadkami. Nagłe zainteresowanie Nathaniela, przyspieszenie terminu, planowanie pełne stresu i brak zaangażowania Josha. Nawet jeśli okraszone jest to wywrotową piosenką w stylu heavymetalowym, o tym jakie to ekscytujące być piękną panną młodą – ostatecznie czeka nas apokalipsa. Nic nie idzie jak powinno. Wraca problem z nieobecnym w życiu Rebeki ojcem. Wracają wszystkie problemy. Nasz wzrok kieruje się w stronę Josha, który od pierwszego odcinka był kreowany na najsłodszą, najmilszą osobę, jaką sobie można wyobrazić. Jego „villaiństwo” objawia się jednak tym, że nie potrafi nawet zauważyć, jak bardzo Rebecca polega na nim jeśli chodzi o jej własne zdrowie psychiczne. Może to nie do końca jego wina, też ma prawo ciągle szukać, kiedy jednak zostawia na ołtarzu Rebeccę a ta – po chwili totalnego załamania, kiedy naprawdę, naprawdę przez moment wierzymy, że targnie się na swoje życie – postanawia się zemścić, jesteśmy w stu procentach po jej stronie. Razem z trzema jej przyjaciółkami, które pokazują jej w końcu, że nie jest sama.

youtube_sc url=”https://youtu.be/Ck-UhvbCDAk”

Wątek romantyczny mamy na pierwszym planie, serial opowiada jednak o wielu różnych relacjach – rodzicielskich, przyjacielskich. Interesujący był w tym sezonie wątek Pauli i Rebeki. Bardzo szybko się zaprzyjaźniły, czuć było jednak, że różni je coś więcej niż parę lat w metryczce. Paula to ta, która bardziej się angażuje, a która nie dostaje takiego samego wsparcia w zamian. Ich kłótnia a potem pojednanie są ładnie poprowadzone i naprawdę chwytają za serce. Zwłaszcza, że w środek tego wszyskiego zostaje włożony wątek aborcji, zrobiony jednak sprawnie i nienachalnie. Paula ma więcej do pokazania, do stracenia, jej życie przestaje się w końcu kręcić wokół romansu Rebeki. Valencia i Heather, wyluzowana sąsiadka, również dołączają do grona bliskich znajomych. Kontynuowany jest konflikt Rebeki z matką i ich stosunek do swojego żydowskiego pochodzenia. Większość związków i relacji w serialu jest trudna i skomplikowana, dlatego cieszy, że wśród tych wszystkich zawiłości ostoją spokoju są Darryl i White Josh – biseksualny rozwiedziony ojciec i przystojny, młodszy od niego gej. Wiele ich dzieli, a jednak do każdego problemu, który staje na ich drodze, podchodzą poważnie i po dorosłemu. Koniec sezonu dla nich również zakończył się pewnym cliffhangerem, mam więc nadzieję, że kolejne perypetie znowu ich tylko wzmocnią.

Bardzo ważnym elementem serialu są piosenki, które z jednej strony są spójne z jego materią, a z drugiej spokojnie można z nich zrobić playlistę i słuchać w drodze do pracy. Jedyną różnicą, która rzuciła mi się w oczy, jest może większy nacisk na parodiowanie konkretnych utworów, nie konceptów. Nie jest to żaden zarzut, a nawet dość zabawne jest doszukiwanie się odniesień, mniej lub bardziej oczywistych. Teksty są tak samo mądre, zabawne i przewrotne, czasem nawet trudno uwierzyć, że w zwykłej telewizji przeszły niektóre sformułowania. Każdy ma pewnie jakieś swoje highlighty, dla mnie jest to jednak przede wszystkim Love kernels – wraz z teledyskiem parodiującym Lemonade Beyonce, łamiącym nie po raz pierwszy czwartą ścianę. Ping pong girl to idealne nawiązanie do pop-rocka z wczesnych lat 2000, a Friendtopia – do Spice Girls. Stuck in the bathroom uświadomiło mi istnienie przedziwnego utworu R. Kelly’ego. Chyba najlepszym momentem muzycznym jest jednak taki typowo musicalowy chwyt, jakim jest repryza w odcinku finałowym. Dotychczas wszystkie piosenki przypominały teledyski, można było snuć interpretację, że są pigmentem wybujałej wyobraźni Rebeki, manifestacją jej problemów i wizji. Kiedy Rebecca idzie po prostu w stronę plaży, ubrana jak na co dzień i cicho wyśpiewuje swoje marzenia w takt melodii znanych z poprzednich odcinków – We’ll never have problems again, I love my daughter i innych. Szczególnie uderza tu szczerość i wielka nadzieja Rebeki na szczęście, a jednak boimy się, że zaraz zobaczymy ją załamaną, kiedy optymistyczne wyznania płyną przy dźwiękach piosenki, której poprzedni tekst brzmiał You ruined everything, you stupid bitch. Rachel Bloom popisuje się tu nie tylko doskonałym wokalem, ale też wrażliwością, dzięki której szalona Rebecca jest przez nas tak lubiana.

Crazy Ex-Girlfriend to serial, który zawiera w sobie naprawdę wiele – od romantycznych uniesień, poprzez wpadające w ucho utwory muzyczne, po ostrą krytykę społeczną – ani przez chwilę nie wydaje się nam jednak, że jest tam tego za dużo. Wszystkie elementy grają ze sobą w sposób, który na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwy. Przede wszystkim jednak serial wywołuje w widzu emocje. Śmiejemy się do rozpuku, czasem łapiąc się na tym, że tak naprawdę patrzymy na coś przykrego. Tylko dobre komedie potrafią połączyć to w spójną całość, dlatego czekam na więcej, a tymczasem serdecznie polecam.

Crazy Ex-Girlfriend
comedy
CW, 2015–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.