Fot. Grzegorz Milej

Odcinek czwarty (Canal+ SerialCon 2017)

Maj nie przywitał nas jakoś szczególnie ciepło, nic więc dziwnego, że długi weekend z serialami wydał się bardziej kuszącą opcją niż wyjazd za miasto.

Odbywająca się w dniach 1–3 maja, czwarta już edycja SerialConu, druga pod szyldem festiwalu Netia Off Camera, wróciła do swojego domu, czyli kompleksu MOS/Arteteka/Pauza In Garden. Co po zeszłorocznym bieganiu z sali do sali – nawet jeśli niektóre wnętrza były bardzo piękne – zostało przyjęte z pewną ulgą. Można było powrócić do wpadania na siebie na korytarzach i szybkiego wymieniania się wrażeniami, kiedy pędziło się na kolejną prelekcję. Widać też było pełne zadomowienie się SerialConu we wnętrzach – banery, tabliczki, plakaty, dobrze oznakowane sale i przystosowane pomieszczenia, czuć było, że impreza jest częścią większego festiwalu, co wiąże się ze spójną identyfikacją wizualną, ale też zachowała swoją odrębność i indywidualność. Wstęp ciągle był darmowy, a na recepcji razem z wejściówką dostawało się przypinkę i czytelną tabelę z programem oraz, jeśli było się jednym z pierwszych szczęśliwców, katalog.

Fot. Agnieszka Fiejka

Fot. Agnieszka Fiejka

Impreza rozrosła się do trzech dni, ale program był wypchany po brzegi, od rana do wieczora. Trudno wymienić wszystkie atrakcje i odróżnić jeden dzień od drugiego – wpadając do MOS-u rano można było biegać z wydarzenia na wydarzenie aż do 19:00, nie znajdując sobie nawet chwili przerwy na kawę czy coś do jedzenia (chyba że szczęśliwie ulokowało się w Pauzie, gdzie prowiantu oczywiście nie zabrakło). Były prelekcje i panele, blok anglojęzyczny, a tematy wahały się od głębokich analiz, poprzez luźniejsze dywagacje na temat trendów i tropów, po zjawiska okołoserialowe i zakulisowe, produkcyjne. Nie sposób wymienić wszystkich poruszanych kwestii, ale każdy znalazł zapewne coś dla siebie (co więcej, część prelekcji była transmitowana bądź nagrywana, więc wszystkich ciekawych zapraszam na fanpage SerialConu, gdzie można nadrobić zaległości albo uszczknąć trochę tej atmosfery, jeśli akurat nie spędzało się z nami majówki). Wspomnę może o prowadzonym przez Myszę panelu, w którym udział brali Zwierz popkulturalny, nasza redaktorka Joanna Kucharska, Olga Szmidt oraz Kaja i Janusz z kanału Jakbyniepaczeć, a który zagłębił się w subtelne różnice między hate-watchingiem, guilty pleasures i oglądaniem ironicznym. Ekipa Jakbyniepaczeć przygotowała też dla nas długą listę naprawdę nieznanych seriali do polecenia. Był panel o whitewashingu, o ciężkiej pracy tłumaczy, nie zabrakło fandomowych dyskusji o wiodących prym produkcjach jak Supernatural, Sherlock i Doctor Who. Było z czego wybierać.

SerialCon to też ciekawi goście z Polski i zagranicy. Zacznę może od naszych rodaków, bowiem testowana w zeszłym roku formuła w tym już miała szansę rozwinąć skrzydła. Gościliśmy ekipy seriali Belfer, Belle epoque, Artyści, ponownie odwiedziła nas grupa reprezentująca serial Druga szansa, a także odbyła się rozmowa na temat przygotowywanej dopiero produkcji TVN pt. Diagnoza. Wypowiadali się scenarzyści i producenci, a także znane z ekranów gwiazdy – Maja Ostaszewska, Małgorzata Kożuchowska, Maciej Zakościelny, Marcin Czarnik, Rafał Królikowski. Co by nie mówić o jakości rodzimych produkcji, spotkanie z twórcami to zawsze dobra okazja, gdzie można wymienić się opiniami, dowiedzieć trochę o tym, dlaczego dostajemy programy takie a nie inne. Akurat Belfer i Artyści stanowili w tym roku dobrą odmianę od typowego przeciętniactwa, a i twórcy Belle epoque, tak ochoczo hejtowanego w social media, mieli okazję opowiedzieć o tym, jak praca wyglądała od ich strony (a także odpowiedzieć na parę mniej wygodnych pytań). Bardzo ciekawie słuchało się pań Aliny Janerki i Małgorzaty Zacharskiej (w towarzystwie dr Marii Molendy), które opowiadały o swoim procesie wyszukiwania kostiumów do tej produkcji i szczerze odpowiadały na (bezpodstawne) zarzuty o kopiowanie Tabu. Oprócz paneli związanych z konkretnymi serialami odbyło się kilka bardziej ogólnych, o ewolucji polskich seriali, o rosnącym nam młodym telewizyjnym pokoleniu aktorów, o pracy nad ekranizacjami literatury. Z fanowskiego SerialCon przerodził się w wydarzenie bardziej profesjonalne, nie tracąc wcześniejszego uroku.

Fot. Agnieszka Fiejka

Fot. Agnieszka Fiejka

Gości zagranicznych mieliśmy w tym roku czterech, tworzących akurat męskie grono. Z Ameryki przyjechał David J. Peterson, twórca konlangów, czyli fikcyjnych języków. To on jest odpowiedzialny m.in. za język Dothraki i Valyrian z GoT, pracował także przy Penny Dreadful, The Defiance, The 100 czy Kronikach Shannary. Opowiadał o swoich metodach, pracy z aktorami, a także wypytywał publiczność o interesujące go kwestie z języka polskiego. Co ciekawe, nie był pod wrażeniem filmu Arrival, opowiadającego o lingwistce i jej kontakcie z obcymi (chociaż chwalił Amy Adams). Dowodem na jego przywiązanie do szczegółów była np. historia o tym, jak musiał przetłumaczyć w języku Dothraki zdanie „bring the horses”. Dothraki, których istota kręci się właściwie wokół koni, mają w swoim języku bardzo specyficzne sformułowania, dokładnie określające wiek, namaszczenie czy płeć konia, pracując nad scenariuszem trudno jednak przewidzieć, jakie zwierzęta pojawią się akurat na planie, tak więc idealistyczne czy precyzyjne podejście zderza się z realiami produkcji.

Kolejni trzej goście to scenarzyści – James Moran, Toby Whithouse i Tom de Ville. Moran pisał do Torchwood, Spooks czy Primeval, spod jego pióra wyszedł też odcinek Doctora Who pt. Fires of Pompeii. Na SerialConie opowiadał o swojej nowej produkcji, Mina Murray’s Journal – adaptacji Draculi w formie vloga. Tym samym w swoim wystąpieniu kontynuował wątek rozpocząty przez zaproszonych w zeszłym roku twórców webseries – Rochelle Dancel, Jona Airda, Rachel De Lahay. Wspominał między innymi o prowadzeniu twittera w imieniu swojej bohaterki, zastanawianiu się nad jej opiniami na temat oglądanych produkcji. Tom de Ville, zajmujący się horrorem, pracował między innymi przy trzecim sezonie Hannibala. Miło było usłyszeć z jego ust zdanie, że twórcom naprawdę chodziło o przejście z procedurala w stronę love story. Obaj panowie, wraz z Tobym Whithouse, showrunnerem Being Human, a także scenarzystą odpowiedzialnym za kilka odcinków Doctora Who (w tym z najnowszej serii), odbyli również ciekawą rozmowę na temat Władcy Czasu, z perspektywy produkcyjno-fanowskiej. Moran i Whithouse podzielili się różnicą w podejściu do scenarzysty za czasów RTD i Moffata – Moran dostał więcej wytycznych, bo np. część pompejskich dekoracji została już zbudowana, Whithouse usłyszał dwuzdaniowy pomysł (np. hotel i poruszające się korytarze przy God Complex). Panowie zdradzili też, że Steven Moffat nie cierpi tego, że zapewne zostanie zapamiętany za napisanie zwrotu „timey-wimey”, za to Moran wyraził swoje zdziwienie tym, jak kultowa stała się wypowiedź Ianto na temat linii telefonicznych z jego odcinka Torchwood.

Fot. Agnieszka Fiejka

Fot. Agnieszka Fiejka

Nowością w tej edycji były również przeprowadzane warsztaty, które cieszyły się dużym zainteresowaniem. Krakowska Szkoła Charakteryzacji FAM zorganizowała pokaz horrorowego make-upu, Jacek Milczanowski pracował z uczestnikami nad ich kunsztem aktorskim, natomiast ekipa Jakbyniepaczeć uczyła pisać i mówić o serialach. James Moran zaś stworzył dla warsztatowiczów prawdziwy brytyjski writing room, gdzie uczestnicy mogli poznać proces pracy nad scenariuszem i wymieniać się nawzajem pomysłami. Patronat Canal+ zaowocował zaś nocnymi maratonami Belfra i dugiego sezonu Wersalu, na które można było odebrać bezpłatne wejściówki i rozsiąść się wygodnie w salach kina Ars. Wieczorem 1 maja odbył się tradycyjny już pub quiz. Ponownie żadnej z drużyn nie udało się przekroczyć pułapu 50 punktów (na 100), zwycięzcy byli jednak już całkiem blisko. Trudno się jednak dziwić, skoro jedna kategoria poświęcona była niewyemitowanym pilotom seriali, inna zaś w całości krążyła wokół imion psów z różnych produkcji. Może następnym razem pójdzie lepiej.

Trzy dni minęły w okamgnieniu, a i tak pozostał żal, że nie można było być obecnym na wszystkich panelach, prelekcjach i wydarzeniach towarzyszących. Z roku na rok impreza się rozwija, budując sobie unikalną markę – coś pomiędzy konwentem, konferencją a wydarzeniem branżowym. Powrót do korzeni, jeśli chodzi o miejscówkę, i bardziej widoczna współpraca z Off Camerą wyszły jej tylko na dobre. Nie pozostaje nic innego jak powiedzieć: Do zobaczenia za rok!

Fot. Agnieszka Fiejka

Fot. Agnieszka Fiejka

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.