Ostatni raz, do abordażu (Black Sails, S04)

Ostatni raz, do abordażu (Black Sails, S04)

Artykuł zawiera spoilery.

Nie będę ukrywał, że finał Black Sails to była jedna z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych rzeczy, jakie na szklanym ekranie w 2017 roku mieliśmy okazję zobaczyć. Mam świadomość, że z perspektywy wielu świetnie zapowiadających się premier oraz powrotu Twin Peaks, brzmi to dla wielu dość zabawnie, ale takie są fakty. I zakończenie opowieści pokazało dobitnie, że moje wysokie oczekiwania były w pełni uzasadnione. Dostaliśmy bowiem produkcję kompletną, o której śmiało możemy mówić jako o jednym z najciekawszych seriali ostatnich lat.

Fot. Starz

Fot. Starz

A przecież można było mieć obawy co do tego, czy scenarzyści dadzą radę w satysfakcjonujący sposób zamknąć całą historię. Od początku wiedzieliśmy, że ten sezon jest ostatnim. Z jednej strony jest to sytuacja komfortowa dla twórców, którzy wiedząc, ile mają czasu, mogą spokojnie doprowadzić całość produkcji do końca. Ale choćby dość świeży przykład Banshee, które znalazło się w podobnej sytuacji, a mimo to bardzo mocno rozczarowało swą ostatnią odsłoną, pokazuje wyraźnie, że nie jest to przepis na sukces. W tym przypadku scenarzyści mieli przed sobą niełatwe zadanie połączenia faktów historycznych (na których serial tak mocno się opiera), elementów przygodowych i perspektywę zakończenia historii postaci wykreowanych na potrzeby serialu. Można więc było mieć wątpliwości, czy dziesięć odcinków to nie za mało, aby pomieścić domknięcie tylu wątków.

Zakończenie trzeciego sezonu tworzyło nam nowe status quo, z sojuszem wyzwolonych niewolników i piratów po jednej stronie, a Woodesem Rogersem wspieranym przez Eleanor oraz Max po drugiej. Zastanawiało mnie, w jaki sposób wiedząc, że przecież piraci są mimo wszystko skazani na klęskę, scenarzyści poradzą sobie z tym wątkiem. I zrobili rzecz intrygującą. W pierwszych 15 minutach finałowego sezonu dotychczasowy rozkład sił został bardzo silnie przemodelowany. Patrząc na dość spokojne otwarcia poprzednich sezonów, to co dostajemy w czwartym zaskakuje swą epickością. Nie spodziewałem się tak wielkiej bitwy morskiej już na otwarcie, a twórcy nie dość, że postanowili nam pokazać potyczkę na wielką skalę, to jeszcze znakomicie całość zaprezentowali. Spowodowało to, że walka okazała się nie tylko efektowna, ale także na swój sposób piękna, co szczególnie widoczne było w zdjęciach podwodnych.Najważniejsze jednak, że już od pierwszego odcinka widzimy, że Jonathan E. Steinberg miał pomysł jak umiejętnie poprowadzić opowieść.

Umiejętnie i wielotorowo, bo w tym sezonie chyba najwyraźniejszy jest podział na kilka głównych wątków, które stopniowo się łączą lub przenikają, wpływając na siebie. Całość można wyraźnie podzielić na dwie części. Pierwsze sześć odcinków skupia się na walce o Nassau i trzeba przyznać, że emocji w tym segmencie mieliśmy co nie miara, a prawie każdy odcinek jawił nam się jak finał. Związane to było z systematycznym domykaniem poszczególnych wątków, podprowadzaniem pod zakończenie całej historii, ale przede wszystkim z fabularnym rozmachem. Nie przestaje mnie zadziwiać jak sprawnie twórcy poradzili sobie z tak rozbudowaną opowieścią. To robi wrażenie tym większe, że w zasadzie każdy z elementów kończących dany wątek wypadał bardzo dobrze, a widz był zaskakiwany na każdym kroku. Wystarczy przywołać szokujący odcinek trzeci, który ilością atrakcji mógłby obdzielić niejeden pełnoprawny serial.

Fot. Starz

Fot. Starz

Duża też w tym zasługa wykorzystania podbudowy poszczególnych wątków i postaci, która została zrealizowana w poprzednich trzech sezonach. Silver, Flint, Max, Rogers, Billy Bones, Anne Bonny czy Jack Rackham to nie są te same postaci, które poznaliśmy dawno temu. Zmieniła je wojna, zmieniły się ich cele, zaczęły grać rolę niespełnione ambicje, zawiedzione zaufanie, utracona nadzieja. Rzadko mi się zdarza oglądać dzieło, które tak kapitalnie rozgrywa tego rodzaju elementy. A widać to najdobitniej w wielu małych scenach, choćby kiedy Flint z Silverem, w konfrontacji z wrogiem,wymieniają się spojrzeniami lub paroma zdaniami. Bez kontekstu w postaci całej wspólnej historii tych bohaterów mogłoby się to wydać nieczytelne lub niezrozumiałe. Nie w tym przypadku. A małych-wielkich scen jest w sezonie mnóstwo. Na dowód przywołam sekwencję, która jest bodaj najlepszą tego ilustracją. Silver, w jednym z ostatnich odcinków, wchodzi w trakcie bitwy morskiej pod pokład i w ciemności znajduje jakiegoś marynarza proszącego go o darowanie mu życia. Marynarz ów zwraca się do niego słowami: „Jestem tylko prostym kucharzem”. I kiedy kamera pokazuje nam Długiego Johna – króla piratów, kiedyś występującego w roli takiego samego „prostego kucharza”, to ręce same składają się do oklasków.

Zresztą postaci, i to co z nimi scenarzyści zrobili w tym sezonie, to jest po prostu mistrzowska rzecz. Jeżeli pojawiali się nowi bohaterowie (vide Israel Hands – kolejny świetny smaczek dla fanów historii i Wyspy Skarbów), to byli oni dobrze wprowadzeni i pełnili istotną rolę fabularną. A główne postaci były rozgrywane na tyle umiejętnie, że nawet rewolucyjne zmiany w ich charakterach (które pozornie mogłyby razić) zostały świetnie umotywowane. Spójrzmy choćby na historię Woodesa Rogersa. Już w poprzednim sezonie postać ta robiła wrażenie. Świetnie zagrana, ciekawie napisana, spowodowała, że w końcu po stronie Korony mieliśmy godnego przeciwnika dla pirackiej braci. Ale dopiero w tym sezonie rozwinięto skrzydła. Woodes Rogers w czwartej odsłonie to niesamowita postać, która przechodzi bardzo długą drogę od praworządnego człowieka, który chce zaprowadzić porządek w Nassau, aż po opętanego żądzą zemsty Gubernatora, dla którego walka z piratami to kwestia osobista. Rogers wypada wiarygodnie, a jego wątek sam w sobie jest świetnie poprowadzony, ale to nie wszystko. Przemiana Woodesa to nie tylko kwestia jego zachowania, czy jego czynów. Zadbano aby postępujący upadek odpowiednio i kompleksowo zaprezentować od strony stricte wizualnej. Zwróćcie choćby uwagę w jakich wnętrzach i jak pokazywany jest Rogers w dalszej części sezonu. A wielkość twórców widać także po tym, że choć Gubernator jest postacią, z którą raczej nie sympatyzujemy, to przez to jak dobrze jest ta postać napisana, cały czas jesteśmy w stanie ją zrozumieć, a momentami wręcz jej współczuć.

Fot. Starz

Fot. Starz

Ale wspomniałem, że cały sezon składa się z dwóch dość wyraźnie oddzielonych segmentów. Drugi z nich zaskoczył mnie niezmiernie, bo ostatnie cztery odcinki to ukłon w stronę fanów Wyspy Skarbów. I wypada to znakomicie, poczynając już od strony wizualnej. Cały czwarty sezon jest pod kątem warsztatowym świetnie zrealizowany i widać, że twórcy wycisnęli z budżetu ile tylko można. To, jak została zaprezentowana Wyspa Skarbów to jest rzecz niesamowita. Udało się bowiem stworzyć niezwykły klimat. Wyspa jest dzika, tajemnicza, niebezpieczna i piękna jednocześnie. Ale przede wszystkim finał tworzy bardzo ciekawą podbudowę pod to, co w powieści Stevensona dostajemy. Już nie tylko pod kątem smaczków, które otrzymaliśmy wcześniej, ale rzeczy tak fundamentalnych jak choćby umotywowanie strachu Billy’ego Bonesa przed Silverem i jego ludźmi. Z dość dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że mało kto spodziewał się, że w Black Sails dostaniemy jeszcze jakieś nawiązania do Wyspy Skarbów, a okazało się, że kolejny raz zostaliśmy zaskoczeni. I to pozytywnie.

Nad fabułą, postaciami i poziomem realizacji mógłbym się zachwycać jeszcze długo, ale zamiast tego chciałbym zwrócić uwagę na kilka ciekawych elementów z tego sezonu, zaczynając od śmierci niektórych postaci. Współczesne seriale przyzwyczaiły nas do tego, że nikt z bohaterów, nawet pierwszoplanowych, nie jest bezpieczny. Rozpoczynając finał wszyscy zakładaliśmy, że wielu z naszych ulubionych postaci nie będzie dane dożyć do końca tej opowieści, ale to, jak ta kwestia została w tym serialu poprowadzona także zasługuje na uznanie. Rozstań z postaciami mieliśmy zadziwiająco wręcz mało, a to, co dostaliśmy to były sceny pamiętne, świetnie poprowadzone i świetnie zrealizowane. Pierwsza z nich to egzekucja jednego z pirackich kapitanów, która przejdzie moim zdaniem do historii telewizji. Sekwencja ta bowiem nie tylko poraża swoją naturalistyczną brutalnością, która wykracza nawet poza standardy współczesnych seriali, ale także szokuje samym swym wykonaniem. Jest długa (całość trwa bowiem chyba ok. 7 minut), a podana jest bez muzyki, praktycznie bez dialogów. Jesteśmy my – widzowie, skonfrontowani z czystym cierpieniem i czystym okrucieństwem. I to robi niesamowite wrażenie, nawet (a może należy powiedzieć: w szczególności) teraz, kiedy coraz częściej śmierć postaci w serialu jest tylko tanią zagrywką upatrzoną pod najprostsze szokowanie. Druga to zgon jednej z ważnych postaci kobiecych – i choć w tym przypadku sama sekwencja śmierci nie budzi aż takich emocji, to to, co do niej doprowadziło, cały kontekst sytuacji i wszystko, co wydarzyło się później, już tak. Moment pożegnania postaci przez ukochaną osobę to sekwencja, która naprawdę potrafi dogłębnie poruszyć widza.

Fot. Starz

Fot. Starz

Ale ta sprawność scenopisarsko-warsztatowa jest widoczna także w innych elementach. Jak w przypadku wykorzystania montażu dzielonego, który mogliśmy widzieć już w scenie przy ognisku z finału sezonu trzeciego. W czwartej odsłonie twórcy zdecydowali się na takie rozwiązanie dwukrotnie i w obu przypadkach udało się im wytworzyć dzięki temu kapitalną atmosferę. Lecz jedną z najciekawszych rzeczy w tym finałowym sezonie jest samoświadomość twórców i warstwa metatekstualna tej opowieści. Wspominałem niejednokrotnie, że serial świetnie miesza wątki historyczne i przygodowe, jednakże w czwartej odsłonie na to wszystko nałożono wątek kreacji historii przez zwycięzców, lub szerzej, wpływu specyficznego sposobu mówienia o pewnych kwestiach na ich odbiór przez ogół. Widoczne jest to w kilku momentach. W doskonałej sekwencji z Jackiem Rackhamem, który spotyka (nie bójmy się użyć tego słowa) piracką groupie z dobrego domu. Zafascynowaną „tym słynnym Jackiem Rackhamem” i dopytującą Jacka, z podszytą lękiem ciekawością, czy to prawda, że Charles Vane zjadał swoje ofiary. Albo w jednym z finałowych monologów Flinta, który nawiązuje wprost do kwestii tego, jak o piratach będzie się mówiło przez kolejne dziesięciolecia. I ta warstwa meta to kolejny fascynujący smaczek. Tym większy, że także cała finałowa sekwencja (moment w którym widzimy Gubernatora, piracka flaga Jacka, marynarz Reed wchodzący na pokład) to jest rzecz naszpikowana dodatkowymi podtekstami. Z perspektywy serialu wygląda to na pozytywne zakończenie dla naszych protagonistów i złe zakończenie dla strony Korony. Lecz jeżeli zna się trochę historię, całość staje się wyjątkowo gorzka.

I na sam koniec, zanim dojdę do podsumowania, chciałbym się pochylić na zamknięciem wątku Kapitana Flinta. Jeżeli pamiętacie wcześniejsze sezony, wiecie, że jedną z rzeczy, które ukształtowały Flinta jakiego znamy, był nieszczęśliwie przerwany związek z Mirandą i Thomasem Hamiltonem. I ten wątek powraca jako kluczowy i domykający historię Kapitana. Spotkało się to z dość dużym negatywnym oddźwiękiem w komentarzach części widzów. Czego nie podzielam, choć sam, kiedy w połowie sezonu mamy zasugerowane, że ta kwestia może powrócić, miałem z tym związane poważne obawy. W tamtym momencie mogłoby to wypaść źle i rozłożyć całą dynamikę sezonu. Ale pokazane tak, jak to otrzymaliśmy, jako swoiste post scriptum dla postaci Flinta, sprawdza się wyśmienicie.

Kończąc te przydługie rozważania powiem, że jestem absolutnie zachwycony zakończeniem Black Sails. Choć osobiście jestem jedną z tych osób, którym serial spodobał się od samego początku, to z wielką przyjemnością obserwowałem jego ewolucję i wzniesienie się na wyższy poziom. Sezon trzeci okazał się pod tym kątem przełomowy i z niecierpliwością można było śledzić, co takiego twórcy zaserwują nam na wielki finał. A dostaliśmy chyba zakończenie najlepsze z możliwych. Pełne autentycznych emocji, od śmiechu, wzruszenia, aż po gniew i smutek. Doskonale zagrane i zrealizowane, a przede wszystkim w nadzwyczaj satysfakcjonujący sposób domykające praktycznie wszystkie wątki. Jeżeli dodamy do tego interesującą warstwę meta, która wyjątkowo silnie objawiła się nam w tym sezonie, to widzimy, że otrzymaliśmy dzieło kompletne. I jeżeli jakimś cudem jesteście w tym miejscu, a nie widzieliście jeszcze Black Sails to bardzo polecam nadrobić. I to nie tylko tym, którzy lubią pirackie klimaty. To po prostu kawał telewizji w najlepszym wydaniu.

Fot. Starz

Fot. Starz

Black Sails
drama, adventure
Starz, 2014–2017

Michał Rakowicz

Michał „Jerry” Rakowicz – miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki, komiksu czy filmu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze na swoim blogu Jerry's Tales (jerrystales.blogspot.com), udziela się w licznych projektach podcastowych i jest redaktorem serwisu Carpe Noctem.

Latest posts by Michał Rakowicz (see all)