Uneasy lies the head that wears a crown (The Magicians, S02)

Uneasy lies the head that wears a crown (The Magicians, S02)

Artykuł zawiera spoilery.

Skończył się drugi sezon The Magicians, który przypieczętował fakt, że oto mamy w telewizji jeden z najlepszych seriali w swojej kategorii, jeśli tą kategorią jest „zabawny, dziwny i trzymający w napięciu”.

Zaciekawił mnie od razu news o powstającym pod sztandarem SyFy serialu i sięgnęłam po książkę Leva Grossmana, na której miał się opierać. Książka najpierw mnie wciągnęła, stanowiąc miks Harry’ego Pottera i Opowieści z Narnii (w pełni świadomy), a potem trochę znudziła, nie zmęczyłam już więc kolejnych tomów. Nie zapadła mi jednak tak w pamięć, żebym mogła wymienić listę różnic między pierwszą częścią a pierwszym sezonem. Gdzieś tam jednak w tle majaczyły mi fakty i wiedziałam, dokąd zmierzamy.

Fot SyFy

Fot. SyFy

Pierwszy sezon był nierówny i szukał jeszcze swojego idealnego środka wyrazu. Miał sporo elementów humorystycznych, ale był też mroczny, poruszając tematy od depresji, poprzez molestowanie nieletnich, na gwałcie kończąc. Z jednej strony twórcy wprowadzali nas w świat magii, który jest przemyślany i oryginalny, z drugiej popychali do przodu akcję. Mieliśmy głównego złego, Bestię, którego trzeba było zneutralizować, wątki nie rozbiegały się więc za bardzo, trzymały głównego nurtu, aż do ostatecznego pojedynku. Z bohaterów stworzył się dość specyficzny team, ale sami w sobie byli jeszcze trochę papierowi, z przypiętymi łatkami.

Akcja drugiego sezonu rozpoczęła się dosłownie minuty po zakończeniu poprzedniego odcinka, a jednak przerwa w emisji sprawiła, że twórcy odnaleźli swój unikalny głos i przepis na dobrą rozrywkę. Nowa formuła to mniej metaplotu, więcej questów tygodnia, jak rabowanie banku czy odwiedziny w zaświatach. Zrównoważył się też poziom między żartami a poważniejszymi tematami. Nie można było po prostu rzucić pewnych wątków, zapomnieć o nich, a jednak podczas oglądania nie przytłacza nas już taki ciężar. Humor oscyluje wokół popkulturalnych nawiązań i absurdalnych sytuacji. Apogeum osiągnął chyba w drugiej połowie sezonu, kiedy Eliot, król Fillory, szykował się do pojedynku, a Margo postanowiła zaczarować cały dwór, by razem z nimi odśpiewali One Day More z Les Mis. Po takiej małej próbce chciałoby się dostać cały odcinek musicalowy, co jak widać w universum czarodziejów jest całkiem prawdopodobne.

Cieszy rozrywkowy ton, cieszą nowe przygody, ale chyba najlepszą rzeczą, którą przyniósł drugi sezon, jest rozwinięcie się postaci. Chociaż szkoda mi, że team się trochę rozpadł, a przygody przeżywają mniejsze grupki, dwójki i trójki, w dość podobnych ciągle konfiguracjach. Dlatego tak bardzo podobał mi się odcinek z rabowaniem banku, kiedy to cały gang był znowu razem. Prawdą jest, że w pierwszym sezonie bohaterowie byli bardziej zmuszeni do pracy ze sobą niż nawiązali jakąś silną więź. Echa tego problemu powracają już na początku w związku ze śmiercią Alice. Quentin jest załamany, Margo i Eliot zastanawiają się zaś, czy powinni jakoś upamiętnić jej śmierć w swoim nowym królestwie, chociaż nie za bardzo się z nią przyjaźnili. Relacje w toku serialu trochę się jednak zmieniają i czekam, że w trzecim sezonie drużyna stanie znowu ramię w ramię, tym razem nie jako luźna grupka, ale paczka przyjaciół.

Fot SyFy

Fot. SyFy

Jeśli chodzi o poszczególnych bohaterów, zacznę może od Alice, która wbrew pozorom nie znika, chociaż jesteśmy świadkami jej zgonu. W książce miałam z nią problem, który serial trochę powielił – wydawała mi się sztucznym tworzywem, które w skrócie można opisać jako „nieśmiałą, cycatą kujonkę”, idealną niemal partnerkę dla równie nieśmiałego Quentina. Jej rola jednak nie tylko się zmieniła, kiedy pod koniec sezonu Q dał jej boską moc, odwracając tym na głowie trop ścieżki bohatera, którą on konsekwentnie kroczył, ale w drugim sezonie Alice przeszła totalny makeover. Dokładnie – wcieliła się w trzy różne postaci. Po pierwsze, nie umarła tak do końca, stała się niffinem, czyli czystą magią, niespokojnym duchem. Na chwilę pojawiła się jako Alice z innego wymiaru, z obsesją na temat „cieni” (ważnych części duszy). Na koniec zaś została wskrzeszona, jak to jednak bywa w takich przypadkach – wróciła nie do końca w tej samej formie, w jakiej zeszła z tego świata. Quentin kurczowo trzymał się Alice podczas całego tego sezonu, trochę z miłości, trochę z poczucia winy, można jednak powiedzieć, że jej metamorfozy mniejszy miały wpływ na akcję, a więcej zabawy przyniosły może grającej ją Olivii Taylor Dudley.

Quentin, nasz protagonista, bardziej daje się w tym sezonie lubić. Sama nigdy nie miałam problemu z Q, ale blakł trochę na tle swoich nowych przyjaciół, chociaż okazało się, że w tej niepozornej osobie kryje się nie tylko talent, ale i przeznaczenie. Quentin był też dość ciekawym bohaterem pod tym względem, że jego spojrzenie na świat mocno warunkowała jego depresja. Wprowadzeni zostaliśmy w świat magii przez kogoś, kto całe życie czekał na taki uśmiech od losu, ale nie był w stanie się nim ciągle cieszyć. Quentin miotał się i szukał, z magicznej Ziemi uciekł w jeszcze bardziej magiczne Fillory, ale na nic się to zdało, bo problem tkwił w nim samym. W drugim sezonie Q się „ogarnął”, wciąż jest dociekliwy i zawzięty, wciąż ulega emocjom, ale chociaż częściowo się wyleczył. Można to tłumaczyć przeżyciami, ale w pewnym stopniu jest to chyba świadome działanie twórców, którzy przekonali się, że protagonista musi wyjść trochę ze swojej własnej głowy. W serialu to działa, a jednak mam jakieś nieprzyjemne wrażenie, że porzucono tu pewną istotną kwestię.

Fot SyFy

Fot. SyFy

Eliot, który ponownie kradnie każdą scenę, zakończył pierwszy sezon w dość nieciekawej sytuacji, mianowicie dużo wskazywało na to, że jego wątek pójdzie tropem – „jestem smutnym, nadużywającym alkoholu gejem, uratuje mnie małżeństwo z niewinną dziewczyną”. Tak się jednak nie stało i beztroski Eliot, chociaż zmuszony do pozstania w Fillory i dzielenia łoża z młodą żoną, nie porzucił swojej natury, połączył ją tylko z nową rolą bycia królem. Z jednej strony oddał się produkcji szampana, z drugiej pomógł wprowadzić do swojego królestwa niemagiczne rolnictwo, po drodze zaś musiał podjąć kilka ważnych decyzji, pokazując, że świat nie kręci się wokół niego. Podobnie nową twarz ukazała Margo, wcześniej the bitchy one, teraz trzymająca w ryzach swojego przyjaciela królowa, która nie ucieka od odpowiedzialności i stara się o poddanych; która wie, że błędy mają swoje konsekwencje – jak oddanie własnego oka. Margo i Eliot nie zawsze się ze sobą zgadzali, dobrze było jednak zobaczyć, że ich przyjaźń nie opiera się tylko na wspólnym imprezowaniu. Mniej do roboty mieli Penny i Kady, przykro było pożegnać się z Mariną, za to Fen, filloriańska żona Eliota, okazała się nie tak niewinną i niby zbędną w życiu bohaterów postacią.

Prawdziwą bohaterką sezonu jest jednak Julia (zasługująca na wszystkie nagrody Stella Maeve). Pisałam, że twórcy serialu spuścili trochę z tonu, w przypadku Julii jednak konsekwentnie trzymali się faktu, że o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć. Julia była ofiarą gwałtu i świadkiem śmierci grupy swoich przyjaciół. Wszystko, co dzieje się po tym, jest konsekwencją zdarzenia, które dla Julii nie jest po prostu jednym z wypadków w biografii. Nieprzyjęta do Brakebills w pierwszym sezonie, dziewczyna uczy się magii na ulicach, nielegalnie, pielęgnuje swój talent. Czasem jej losy splatają się z losami reszty bohaterów, czasem działa sama. Jej historia w drugim sezonie to jednak historia przetrwania i radzenia sobie z traumą. Jest ona co prawda okraszona magicznymi metaforami – utrata cienia z duszy jako pewnego rodzaju odcięcie się od emocji – kto jednak nie chciałby czasem móc po prostu przestać się przejmować? Taka apatia to często naturalny krok w stronę ostatecznego uleczenia. Historia Julii to też historia zemsty, która nie przynosi ukojenia, a dostrzeżenie różnicy między sobą a oprawcą jest tu kwestią kluczową. Jej podróż w tym sezonie była bardzo ciekawa, a to ciągle nie koniec – sezon trzeci zapowiada, że Julia będzie bardzo ważna, a jej umiejętności mogą być kluczowe jeśli chodzi o przywrócenie magii.

Dwie kwestie jeszcze – jak na serial fantastyczny, którego akcja chociaż po części dzieje się w innym świecie, wystrój nie jest tu zbyt bajkowy i kolorowy, co jest miłą odmianą, nie jest też jednak specjalnie mrocznie. Wszystkie kreacje Margo zasługują na nagrody, tak samo jak charakteryzacja np. Embera, z jego rogami i brodą, trochę z przymrużeniem oka, a jednak łatwo uwierzyć, że taka istota istnieje. Wśród kostiumów i żartów ładnie udało się też wpleść elementy reprezentacji i poruszyć ważne kwestie społeczne, bez nachalności, organicznie, by tak rzec, bez poklepywania się po plecach z samozadowoleniem. Dobrym przykładem jest głuchoniema czarodziejka, która spełnia się nie tylko w sferze magii, ale też prowadzi własny, intratny biznes. To powinny robić dobre seriale fantastyczne.

Poziom serialu tylko się podwyższa, polecam więc zapoznanie się z tą trochę może jeszcze niepopularną pozycją, albo powrót do niej, jeśli nie przebrnęliście z jakichś powodów przez pierwszy sezon. Jest lepiej. A każdy potrzebuje w życiu trochę sassu Eliota.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

The Magicians
fantasy
SyFy, 2015–

Melepeta

Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara - jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.