Fot. Starz

Żebrolajki (American Gods, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

U podstaw American Gods leży nieszczególnie nowa idea, że to ludzie wymyślili bogów, a ludzka wiara jest paliwem, dzięki którym postacie z panteonów istnieją, funkcjonują i – napełniają się mocą. Relacja między bogiem a wyznawcą jest więc obustronna. Gdy ostatnie dziecko przestanie wierzyć we wróżki – te umrą bezpowrotnie. Jeśli Bastian nie nada nowego imienia Dziecięcej Cesarzowej, nie tchnie nowego życia w starą formę – forma się rozsypie i nie zostanie już nawet ziarenko piasku z dawniej potężnego królestwa i świata. Wszystko marność.

W systemie RPG Changeling: The Dreaming (czyli w uniwersum bliskim Sandmanowi i z wzajemnością Sandmanem zainspirowanym) duchową walutą jest „glamour”, blask, uwielbienie ludzkości, albo starannie projektowany lęk – tremendum et fascinans. I dotyczy to zarówno pradawnych, przedchrześcijańskich bóstw, całkiem dobrze się trzymających postaci biblijnych czy hinduistycznych, jak i zupełnie świeżych a ubóstwianych zjawisk współczesności, takich jak celebryci czy nowoczesne technologie. Brzmi znajomo?

Tak, jeśli czytaliście lub oglądaliście Amerykańskich bogów (albo kontynuującą opowieść książkę Chłopaki Anansiego). Serial pokazuje nam bowiem współczesną Amerykę z jej różnorodnymi mitami i wierzeniami. Pokazuje ją okiem bohatera, który na początku historii znajduje się niejako w punkcie wyjścia, pozbawiony celu i statusu, a który szybko orientuje się, że na amerykańskiej szachownicy ścierają się i walczą o „rząd dusz” rozliczne, skłócone ze sobą bóstwa. Głównie te archiwalne, wyrwane z kontekstu, osierocone byty, których chwała i sława dawno przeminęły. Bóstwa walczące o przetrwanie w trudnym, multikulturowym świecie. Przetrwają przecież tylko najsilniejsi, zgodnie z prawem ewolucji – jak w finałowym odcinku słusznie konstatuje rozkosznie antypatyczny Technical Boy.

Fot. Starz

Fot. Starz

Nasz główny bohater, Shadow Moon, czyli Cień, będzie, przynajmniej w pierwszym sezonie, przykładową duszyczką, tym symbolicznym „ostatnim człowiekiem” zderzonym z zabiegającymi o niego (i o jego „walutę wiary”) nadnaturalnymi bytami. Rozgrywka jest więc następująca: stara gwardia versus nowi bogowie, a w tle – świat ludzi.

Zacznijmy jednak od początku. Po śmierci żony i wyjściu z więzienia, pozbawiony zupełnie wartości, celu i sensu Cień trafia pod krucze skrzydła Wotana/Odyna i na ścieżkę klasycznej, amerykańskiej „opowieści drogi”, na której spotka całą plejadę indywiduów, cały zlepek słabszych i silniejszych wyobrażeń, lepiej i gorzej radzących sobie z rzeczywistością, wchodzących w sojusze, toczących wojny, adaptujących się do nowoczesności, „żebrzących o lajki”. Poznawanie tego świata, wgryzanie się w potężną i mocną mitologię serialu to spora przyjemność dla widza, o ile oczywiście nie jesteśmy na to zbyt cyniczni, i o ile nie wzbudzają w nas śmiechu sceny i obrazy żywo „epatujące mitem”, arsenałem rytualnych akcesoriów, obrazkami z bestiariuszy. I o ile się nie znudzimy powolnym, gawędziarskim tempem narracji. Warstwa wizualna akurat mi się podoba, bo nawiązuje do łączącej się w mojej głowie nierozerwalnie z Gaimanem, operującej mocnymi barwami stylówki Dave’a McKeana. Ale nie będzie się podobać każdemu. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej American Gods wydają mi się serialem „nie dla każdego”.

Kim jest w tym wszystkim Neil Gaiman, oprócz tego, że producentem wykonawczym? Nie zrozumcie mnie źle, lubię twórczość Neila (komiksy i seriale bardziej od książek, bo w tandemie z warstwą wizualną jego fabuły nabierają głębszych znaczeń), zgadzam się, że ma ogromny talent, ale nie uważam, by kiedykolwiek w czymkolwiek był oryginalny. Jego siła polega na odświeżaniu kanonu, na lekkiej dekonstrukcji, błyskotliwych pomysłach, dobrze się czytającej narracji – Gaiman jednak dla mnie niekoniecznie jest wizjonerem, niekoniecznie dodaje coś nowego do puli globalnej wyobraźni. Jest opowiadaczem – historii, które już znamy. Bajarzem, bardem. I dobrze! (Ale jeśli szukacie nowych jakości, eksperymentów, zawrotnego tempa, serialu innego niż wszystko co kiedykolwiek widzieliście – źle!).

Fot. Starz

Fot. Starz

Tak samo jest w Amerykańskich bogach. Serial jest dla mnie lepszy od książki, bo jest serialem. Bo dokleja obraz do słów. Bo mamy wartość dodaną do powieści, która owszem, zrobiła furorę i jest ciągle wznawiana, ale nie wywarła na mnie jakiegoś kolosalnego wrażenia.

Serial jest soczysty, pełny, przemyślany, jak przystało na kompilację zdolności Neila Gaimana i Bryana Fullera. Połączenie dwóch silnych osobowości twórczych zaowocowało konkretną, efektowną formą, która czerpie to co najlepsze z uniwersalnej opowieści, z klasycznych tropów.

W Amerykańskich bogach równie ważna jak bogowie jest Ameryka, amerykańska historia, a przede wszystkim popkultura, powielająca mity. Popkultura jest kluczem do serialu – nie będzie tu niuansów, wątki są podane łopatologicznie, bez specjalnej finezji, to nie jest metafizyczna czy uwznioślona wersja (po metafizyczne mity zapraszamy do Miasteczka Twin Peaks). To raczej wersja skrócona, skompresowana do kilku cech, oparta o znajome skojarzenia. Mit Ameryki góruje nad fabułą – szczególnie mit „opowieści drogi”. Opowieści o przybyciu do Nowego Świata i o podróży poprzez jego pyliste, niekończące się szosy. W narracji pojawiają się przysłowia i ludowe mądrości, od „oko za oko, ząb za ząb” po „screen is the altar. Time and attention – better than lamb’s blood”. Nie brakuje efektowych one-linerów i cytatów gotowych do wrzucania na fejsa czy twittera. Bon motów, jakby pewnie powiedziały bóstwa nieco starszej generacji…

Fot. Starz

Fot. Starz

Pierwsze odcinki – stosownie – przedstawiają pożegnanie bohatera ze starym, ludzkim życiem i wkroczenie na ścieżkę nowego wyzwania. Shadow, troszkę tak jak jego „odpowiednik” z Nigdziebądź, przechodzi ze zwyczajnego świata na obrzeża, dostrzegając i stopniowo rozumiejąc to, co zwykle marginalne i niewidoczne, ignorowane. Wierząc w trudny do uwierzenia świat na granicy świata, świat pod światem – under a world – czyli liminalny. Bohater nie ma nic do stracenia (Odyn już o to zadbał, żeby sobie spreparować bohatera idealnego), i to właśnie czyni go przydatnym do wielu, wielu celów reprezentowanych przez przeróżne osoby i osóbki. Pierwsze odcinki to także wyklarowanie się relacji między szefem a jego podwładnym – i zarówno postać Iana McShane’a jak i Ricky’ego Whittle’a w roli Cienia – dają radę. I jeśli gdzieś w tym serialu jest subtelność, to dzięki kunsztowi aktorów – właśnie tu. Filozoficzny cynizm pierwszego i siła spokoju drugiego bardzo miło się komponują.

Mądry trickster-gaduła i ostrożny, oszczędny w słowach heros-śmiertelnik toczą ciekawe rozmowy, a ich znajomość rozwija się i rozkwita. Relacja nie jest podobna do tych, które znamy z małego czy dużego ekranu, jest jedyna w swoim rodzaju, swoista. To ważne. Gdyby nie ta relacja serial byłby pewnie miałki, jego fabuła i mitologia działałyby znacznie słabiej, wyraźniej odsłoniłyby swoje braki, swoją wtórność. Szczególnie Shadow – he grows on me. Z odcinka na odcinek bardziej czuję tę postać i obdarzam coraz cieplejszymi uczuciami i coraz większym zainteresowaniem. A tymczasem – postacie tła także dają radę. Pochwalić można w zasadzie całą obsadę. Radę daje uparta Laura – „dead wife”, radę daje wspaniały leprechaun Mad Sweeney, który ma z Laurą niesamowitą ekranową chemię, radę dają nowe bóstwa na czele z boską Gillian Anderson w roli Mediów i równie królewską Kristin Chenoweth w roli Wielkanocy.

Fot. Starz

Fot. Starz

No właśnie, drugi wątek (oprócz wprowadzenia bohatera i jego bromansu z Wotanem) to zbieranie drużyny i rozciągnięte na wiele odcinków zapoznawanie się widza z kolejnymi boskimi postaciami. Przyjaźnie, animozje, długi wdzięczności, zastraszanie, negocjacje. Szczerze, oprócz tego niewiele się w pierwszym sezonie dzieje. To takie rozwleczone (dla niektórych – niemiłosiernie rozwleczone) „set the scene”. Amerykańscy bogowie – kochaj albo rzuć!

Podsumowując – pierwszy sezon, choć odchodzi od książkowego oryginału i rozciąga, rozsmarowuje pewne wątki jak masło na zbyt wielu kromkach – niczym mnie nie zaskoczył. Jego tempo jest niespieszne, a serial jest – w stosowny do tematu sposób – przegadany. W końcu to opowieść o opowieściach! Mimo że snuje historie o bóstwach i walce o rząd dusz na światową skalę – wydaje mi się kameralny. Zdaję sobie doskonale sprawę, że pod względem oprawy i stylu prowadzenia narracji nie jest tym, za co na etapie trailerów być może chciał uchodzić. Nie jest efektownym, przygodowym widowiskiem z wartką akcją i wysokim budżetem, stojącym w jednej lidze z Grą o tron. Więcej tu opowiadania niż pokazywania, intymności i immersji niż ekstrawertyzmu. Dostarczył mi sporo radości, ale nie oszalałam z uwielbienia. Wzbudza ciepłe uczucia. Najlepszy serial roku? Na pewno nie. Ale sprawia przyjemność (przyjemność to słowo-klucz), niczym mnie nie drażni, więc będę oglądać dalej!

Fot. Starz

Fot. Starz

American Gods
drama, fantasy
Starz, 2017–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Latest posts by Pirjo Lehtinen (see all)