I say Vol-, you say... (Voltron: Legendary Defender S01-03)

I say Vol-, you say… (Voltron: Legendary Defender S01-03)

Artykuł zawiera spoilery.

Dla fanów serialowych animacji nadeszły złote czasy. I nie mowa tu tylko o animacjach dla dorosłych, które doczekały się w końcu szacunku, na jaki zasługują – po części dlatego, że zaczęły sięgać po trochę więcej niż satyra prezentowana przez Family Guy, The Simpsons czy South Park. Jeśli jednak uda się na chwilę oderwać od debaty, co jest większym objawieniem – BoJack Horseman czy Rick and Morty – warto przyjrzeć się jeszcze temu, co dzieje się w tym kącie gatunku, przeznaczonym (docelowo) dla młodszego widza. I tak docieramy do serii Voltron: Legendary Defender.

Voltron to produkcja powstała dzięki współpracy Netfliksa i studia Dreamworks, która zadebiutowała na platformie nieco ponad rok temu (niestety ciągle nie w Polsce – co dziwi tym bardziej, że nowe animacje Netfliksa, jak Castlevania i Trollhunters – też we współpracy z Dreamworks! – były u nas dostępne w dzień światowej premiery). Może trochę na fali obecnej nostalgii za ejtisami, jest bowiem rebootem starej amerykańskiej serii i japońskiego anime. Doczekała się jak na razie trzech sezonów. Fabuła pokrótce przypomina idealną bajkę z dzieciństwa naszego pokolenia przełomu: piątka młodych ludzi trafia w sam środek intergalaktycznego konfliktu i jako wybrańcy pilotują wielkie mechaniczne lwy, które razem mają zdolność przemiany w jeszcze większego, potężnego mecha, Voltrona. I jeśli samo to was nie zachęca, postaramy się przekonać was do przyjrzenia się serialowi, który zdecydowanie należy do kategorii produkcji nieznających barier wiekowych. Jeśli zaś już oglądacie, zapraszamy na zachwyty i przegląd najświeższych teorii dotyczących przyszłych wątków.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Zacznijmy od tego, że wojna, w której używany jest Voltron, nie jest zarysowana tylko pretekstowo, jako tło do efektownych scen, w których wielki robot ściera się z drugim wielkim robotem. Nasi piloci, tak jak i my, widzowie, poznają powoli kontekst konfliktu między Alteanami i Galrą, chociaż od razu znajdują się w samym jego środku. Te dwie kosmiczne nacje, niegdyś żyjące w przyjaźni, stoją teraz po przeciwnych stronach barykady, czy też niegdyś stały – Alteanie przegrali i zostali unicestwieni, za to Galra podbiła wszechświat, czyniąc ze zdobytych planet swoich niewolników. Zaangażowanie naszych bohaterów powoduje, że ostatni żyjący Alteanie – księżniczka Allura i jej przyboczny, Coran – wybudzają się z trwającego dziesięć tysięcy lat snu i proszą nowospotkanych Ziemian o zostanie Paladynami, potężnymi obrońcami i pilotami Lwów. Nawet jeśli w pierwszym sezonie fabuła wyjaśnia nam dość jasno, kto jest kim, komu kibicować, a kto jest przeciwnikiem, z biegiem czasu robi się to coraz mniej czarno-białe. A pomijając nawet dylematy moralne – Voltron jest bardzo dobry, jeśli chodzi o world-building. Planety, które odwiedzamy, różnią się od siebie, nawet krótkie odcinki pozwalają na zarysowanie odmiennych kultur, a świat z dala od Ziemi szybko staje się zrozumiały. Cieszą nawet małe szczegóły – kiedy nasi ziemscy bohaterowie z czasem porzucają znane sobie jednostki czasu i zaczynają się posługiwać tymi używanymi przez Altean.

Jednym z najsilniejszych punktów Voltrona są właśnie bohaterowie, których mamy – dosłownie i w przenośni – do wyboru do koloru. Tak protagoniści, jak i antagoniści, mają nam wiele do zaoferowania pod względem swoich historii, charakterów czy wątków, które ich otaczają. Mamy oczywiście naszych Paladynów, pięcioro młodych ludzi, którzy zostają wybrani przez Lwy, tworzące mecha, obrońcę wszechświata. Każdy z magicznych kocich robotów pełni inną rolę w Voltronie, a wybierając pilotów o specyficznych cechach, pokazują swoje własne charaktery.

Głowę i korpus Voltrona tworzy Czarny Lew – największy i najwolniejszy z Lwów. Jego pilot musi charakteryzować się charyzmą prawdziwego lidera. Nie jest żadnych zaskoczeniem to, że to Takashi Shirogane (zwany Shiro) zostaje jego pilotem. Jako najstarszy i najbardziej doświadczony z głównych bohaterów, bez najmniejszego wysiłku zyskuje ich posłuch. Oczywiście, Shiro nie jest po prostu perfekcyjnym przywódcą – jest młodym mężczyzną, którego czasem łatwo irytują wygłupy jego towarzyszy, ale traktuje ich jak równy równych. Ponadto przez cały czas boryka się z PTSD po wydostaniu się z uprzedniej niewoli, którą pamięta tylko wyrywkami. Droga Shiro do objęcia w pełni roli pilota Czarnego Lwa nie jest najprostsza, dzięki czemu dowiadujemy się różnych rzeczy o przeszłości Lwów.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Za sterowanie prawym ramieniem odpowiada za to Czerwony Paladyn. Czerwony Lew jest najbardziej upartym i impulsywnym z kosmicznych kotów – tych samych cech oczekuje od swojego Paladyna. Jako prawa ręka Voltrona, musi jednocześnie lojalnie wspierać Czarnego Paladyna oraz być na tyle prędkim w decyzjach, żeby bez wahania tworzyć i używać miecza, który jest najskuteczniejszą z jego broni. Nie jest żadnym zaskoczeniem to, że ta rola dostaje się Keithowi. Nie brakuje mu żadnej z cech wymaganych przez Czerwonego Lwa – po zniknięciu Shiro uparcie dążył do odkrycia prawdy na tyle, żeby zostać wyrzuconym ze szkoły za niesubordynację. Keith raz po raz przypomina nam swoim zachowaniem, że jest tak samo skory do bójki i wybuchów ognistego temperamentu jak jego Lew, który bardzo szybko się do niego przywiązuje. Czerwony Lew tak jak jego pilot bez wahania wyruszy na pomoc, jeśli bliska mu osoba znajduje się w niebezpieczeństwie.

Lewe ramię to Zielony Lew wraz z Pidge za sterami. Ich rolą jest tworzenie tarczy Voltrona i chronienie jednocześnie wszystkich pozostałych. Jest to idealna rola dla Pidge, która od samego początku pokazuje, że najbardziej zależy jej na zapewnieniu swoim bliskim bezpieczeństwa. Pidge potrafi analizować sytuację w logiczny sposób, jej zdolności informatyczne i technologiczne nie raz wyciągają pozostałych Paladynów z kłopotów, nawet jeśli akurat nie znajdują się w swoich Lwach. Ponadto Pidge jest jednym z najbardziej tajemniczych bohaterów na początku – jak za tarczą skrywa swoją prawdziwą tożsamość. Ciekawe jest też to, jak Zielony Lew utożsamia jednocześnie technologię i naturę, pokazując, że obie kategorie mogą być używane wymiennie (zwłaszcza w odcinku, w którym bohaterowie trafiają na planetę zasiedloną przez lud Olkari, żyjący w zgodzie z otaczającym ich środowiskiem).

Nogami, a więc filarami Voltrona, są Niebieski i Żółty Lew. Po prawej mamy Lance’a, który bez chwili namysłu zostaje wybrany na Niebieskiego Paladyna przez ukrytego na Ziemi Lwa. Co ciekawe, wciąż nie jesteśmy pewni, jakimi cechami powinien charakteryzować się ten pilot. Lance, tak jak Blaytz (pierwszy z oryginalnych pilotów), jest duszą towarzystwa, wesołkiem, który potrafi rozbawić wszystkich wokół, przepadającym za flirtowaniem. Jednak jeśli to miałyby być wszystkie cechy, które powinien posiadać Niebieski Lew, to kłóciłoby się z późniejszym wyborem Allury na pilota. Szybko okazuje się też, że Lance to nie tylko comic relief – jest też świetnym strzelcem, co idzie w parze z tym, że to Niebieski Paladyn odpowiada za broń palną Voltrona, a jego flirty i głupie żarty to przykrywka dla tęskniącego za rodziną chłopaka z kompleksem niższości, który czuje się piątym kołem u wozu, zamiast jedną z nóg podtrzymujących w pionie całą operację.

Hunk, któremu przypada prowadzenie Żółtego Lwa, drugiej z nóg, nie ma takich obaw. Jako najlepszy przyjaciel Lance’a, zawsze wspiera jego i pozostałych Paladynów. Mimo bycia lekko znerwicowanym, łagodnym inżynierem i pasjonatem kuchni, w sytuacjach stresogennych udowadnia, że potrafi uziemić zbyt rozochoconych towarzyszy. Jego instynkty objawiają się brakiem ufności wobec nowo spotkanych osób, co powinno dawać do myślenia pozostałym, bo zazwyczaj okazuje się, że ma rację. Żółty Lew jest drugim co do wielkości po Czarnym Lwie – to na nim głównie opiera się Voltron i, tak jak Hunk, jest dla wszystkich skałą… która czasem służy jako taran i ciężkie działo.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Co ciekawe, jak pokazuje trzeci sezon, wymienianie się przez Paladynów Lwami jest możliwe. Nie jest to dla nich łatwe, destabilizuje całkowicie wypracowaną pierwotnie strukturę, ale pokazuje, że nasze postaci nie są tak jednowymiarowe jak przypisane im kolory. Keith po przejęciu roli Czarnego Paladyna musi nauczyć się brać odpowiedzialność za całą grupę, nie tylko za siebie, natomiast Lance z bólem serca żegna się ze swoim pierwszym Lwem, żeby jako Czerwony Paladyn przyjąć rolę pomocnika i głosu rozsądku nowego przywódcy.

Allura, która do tej pory pełniła tylko rolę księżniczki, spadkobierczyni całej cywilizacji Altei, a w szczególności dziedzictwa swojego ojca, jako nowy Niebieski Paladyn uczy się patrzeć na toczoną przez nich walkę z perspektywy żołnierza, części drużyny, a nie głównodowodzącego podejmującego decyzje i obserwującego potyczki z Zamku – latającej fortecy i głównej bazy Voltrona. Jest dla niej ciosem to, że nie zostaje wybrana przez Lwa, którym latał jej ojciec, ale na szczęście odnajduje z Niebieskim Lwem wspólny język. Ta zmiana jej służy, zmęczona rolą władczyni nieistniejącego królestwa, która głównie ma się dobrze prezentować w czasie pertraktacji i sterować Zamkiem (którego rola ogranicza się zazwyczaj do ofensywy), może wreszcie uczestniczyć w pełni aktywnie w toczonych walkach. Jest to dla niej na równi lekcja pokory, co sposób na poczucie, że wreszcie wzięła los wojny w swoje ręce. W ten sposób Allura zaczyna budować swoją własną ścieżkę, nie będącą jedynie naśladowaniem poczynań jej ojca.

Na pogotowiu w Zamku Lwów zostaje na szczęście Coran, dawny druh króla Altei, który był jednym z opiekunów Allury na ich ojczystej planecie, by w końcu zostać razem z nią zahibernowany na dziesięć tysięcy lat. Jest inżynierem i mechanikiem, ekscentrycznym typem z rudym wąsem, który zawsze ma na oku swoich młodych podopiecznych. Może nie zawsze udaje mu się przekazać w zrozumiały sposób swoje rady lub historie z przeszłości, ale robi to w tak zabawny i sympatyczny sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Ta szczęśliwa siódemka musi stawić czoła Imperium Galry rządzonym przez Zarkona, który dąży do objęcia władzy nad całym wszechświatem i przejęcia Voltrona na własność. Z początku imperator i jego wojska oraz wspierający go, pod dowództwem wiedźmy Haggar, druidzi są typowymi złymi: zachłanny tyran i jego totalitarna armia, którzy bez konkretnego powodu robią to, co robią, chyba tylko po to, żeby utrudnić życie głównym postaciom. Dopiero po czasie poznajemy ich motywacje i historię, która wyjaśnia, jak to możliwe, że Zarkon wciąż żyje po dziesięciu tysiącach lat i jak doszło do powstania jego imperium. Odkrywamy też, że nie wszyscy Galranie są źli: poznajemy Ostrze Marmory, tajną organizację dążącą do rozbicia imperium od środka, czy mniej znaczących żołnierzy, którzy nie są socjopatycznymi pionkami w wojskach Zarkona i jego maszynami do zabijania. Jest to ściśle związane fabularnie z drogą, którą przechodzi Keith, żeby poznać prawdę o swoim pochodzeniu, a także z dopiero zaczętym wątkiem nowego antagonisty: Lotora i jego frakcji dowodzonej przez generałów będących pół-Galrami.

W odwrotności do Zarkona, swojego ojca, Lotor kieruje się mniej jednoznacznymi pobudkami, a jego działania charakteryzują się większym wyrafinowaniem i sprytem. Jego pojawienie się wprowadza nową, ciekawszą dynamikę w przeszkody, które przed Paladynami stawiają ich przeciwnicy. Nie jest kwestią wygranej już tylko to, kto ma większą moc, Voltron czy nowy potwór stworzony przez druidów. Lotor ze swoimi gierkami i pułapkami stawia przed bohaterami dużo bardziej skomplikowane wyzwania, zwłaszcza w kontekście braku zgrania ekipy po przetasowaniu Lwów wynikłym po ponownym zaginięciu Shiro. To pokazuje też wzrastający potencjał serii – każdy kolejny sezon robi się coraz bardziej skomplikowany, przechodzimy płynnie między efektownymi pojedynkami a salonowymi gierkami, których nie powstydziłyby się produkcje live-action skupione wokół tej tematyki. Kosmiczne House of Cards w wydaniu młodzieżowym? Bo jak inaczej nazwać scenę, w której Lotor gorącą przemową przekonuje do siebie całą rzeszę poddanych, by chwilę potem przyznać swoim towarzyszkom, że jego plany diametralnie się różnią. Voltron nie uchyla się też od trudnych tematów, a niejeden odcinek, poza rozrywką, daje i do myślenia – jak zachowują się ludzie w sidłach reżimu, co są skłonni poświęcić, jak mocno zakorzenione są dawne antagonizmy. Nie ma nic złego w oglądaniu wielkiego robota w kosmosie, ale o wiele lepiej ogląda się jego wyczyny, gdy fabuła jest naprawdę angażująca. Uwagę zwraca też pewna dystynktywność poszczególnych odcinków, szczególnie podczas typowego ostatnio binge-watchingu. Epizody nie zlewają się nam w jedną całość, a większość z nich można opisać w jakiś charakterystyczny sposób – ten z syrenami, ten o centrum handlowym, ten o wielkim robalu. Autorzy próbują wielu rzeczy, czasem podkręcają tempo akcji, czasem pozwalają rozwinąć się relacjom między bohaterami. Scenariusze są tu bardzo spójne, zasadzone początkowo ziarna wkrótce kiełkują i z satysfakcją można powiedzieć sobie, że przewidziało się niektóre elementy, inne zaś zupełnie nas zaskoczyły.

Co sprowadza nas do oczekiwań i teorii na temat przyszłych sezonów, których zaplanowano jeszcze trzy (albo sześć, biorąc pod uwagę nową strategię wypuszczania krótszych sezonów, ale częściej). Jak na serial istniejący w tej najnowszej odsłonie dopiero od kilkunastu miesięcy, Voltron już zdążył pokazać, że fani doszukujący się teorii spiskowych – niczym Keith i Pidge próbujący wyjaśnić zagadkę tragicznie zakończonej Misji Kerberos – nie są w błędzie. Pierwsza z teorii pojawiła się zanim pierwszy sezon ujrzał światło dzienne: były nią słuchy, że Pidge (postać, która zawsze w poprzednich wersjach Voltrona była płci męskiej) będzie dziewczyną. Przemawiały za tym wpadki aktorów, którzy mówili o Pidge’u „ona” oraz fakt, że głos tej postaci miała podkładać kobieta. Jak wiemy, „nowy Pidge” to Katie Holt, która zmieniła tożsamość w celu prowadzenia śledztwa w sprawie zaginięcia jej ojca i brata. Postać Pidge w zasadzie wciąż pozostaja pod pewnymi względami niewyjaśniona, przede wszystkim może jeśli chodzi o jej tożsamość płciową. My traktujemy ją jak dziewczynę (choćby dlatego, że w serialu brakuje trochę postaci kobiecych innych niż Allura), ale np. dylemat Pidge w wyborze łazienki w odcinku o kosmicznym centrum handlowym może sugerować, że ta postać może być osobą niebinarną, co byłoby bardzo progresywnym posunięciem ze strony produkcji. Przyszłość pokaże, co zostanie z tym zrobione – w tej materii może okazać się przydatnym to, co nas na 99% czeka w czwartym sezonie, czyli odnalezienie brata Pidge, Matta. W zwiastunie ich postaci pojawiają się walcząc obok siebie, co daje wielkie nadzieje na to, że to będzie jeden z wątków, które już zaraz znajdą swoje rozwiązanie.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

W zwiastunie mamy także Shiro… który wygląda inaczej niż Shiro, odnaleziony w trzecim sezonie. Tutaj wnikliwe analizy fanów przywodzą na myśl inną teorię, która okazała się prawdą: Keith będący pół-Galrą. Tajemnicza przeszłość Keitha i jego sztylet od razu zwróciły uwagę, zwłaszcza że w oryginalnej kreskówce Akira (czyli Keith) także był półkosmitą. Na dodatek w jednej ze scen pierwszego sezonu, dłoń Keitha po styczności z magiczną Kwintesencją robi się fioletowa… Przypadek? Oczywiście, że nie!

Tak więc co z tym Shiro? Czemu Shiro, który w niewyjaśnionych okolicznościach po prostu zniknął w finale drugiego sezonu, w trzecim bez problemów ucieka z bazy wojsk Galry? Jak to możliwe, że jego włosy w nieokreślonym czasie, ale na pewno niewystarczająco długim, odrosły na tyle, że sięgają ramion? Czemu wygląda nieco inaczej? Te wszystkie pytania mogłyby zostać zignorowane – w końcu nie takie rzeczy w kreskówkach się dzieją, błędy rysunkowe czy zmiany wyglądu postaci nie są niczym zadziwiającym, zawsze przy tego typu produkcjach pracuje ekipa rysowników, którzy mają swoje style i bywają omylni. Jednak w przypadku Shiro istnieje jeszcze kilka innych powodów, które wzbudzają podejrzenia: Czarny Lew odrzuca go jako pilota (mimo że dopiero co w drugim sezonie udało im się zżyć tak bardzo, że wspólnie odzyskali Bayard, broń oryginalnego Czarnego Paladyna), zachowuje się nieco inaczej niż Shiro znany z poprzednich sezonów (jest weselszy, mniej ostrożny i rozważny na tyle, żeby wzbudzić niepewność dobrze go znającego Keitha) oraz ma wspomnienia, w których pojawia się termin „Operacja Kuron” i wizja innego Shiro leżącego na stole operacyjnym w czasie jego ucieczki. Jak to szybko zauważono, „Kuron” może być po prostu słowem „klon” z japońską wymową (nowy Voltron często odwołuje się do swoich dawnych wersji, z których pierwsza oczywiście była japońska). To, że na zdjęciach promocyjnych i w zwiastunie widać „starego” Shiro, towarzyszącego Mattowi, wskazuje, że najprawdopodobniej ta teoria potwierdzi się w nadchodzącym sezonie.

Wracając do Keitha i jego rodowodu, ten temat na pewno także wróci. Nie bez powodu dowiedział się, że jego matka była związana z Ostrzem Marmory, a generałowie Lotora są pół-Galrami, tak jak i najprawdopodobniej ich przywódca. Od drugiego sezonu trwają spekulacje na temat Galry, której Keith pomógł wydostać się z Webluma, w trzecim sezonie poznaliśmy ją jako Acxę, najwierniejszą generał Lotora. Ta postać na pewno jeszcze powróci w wątku Keitha – może właśnie jako jego krewna? Niekoniecznie matka, ale przyrodnia siostra, ciotka, kuzynka… Przypomina go z wyglądu: mają podobne, ostre rysy twarzy, duże oczy i fryzurę. Z jednej strony to może być jedna z tych rzeczy, które nic nie znaczą… Ale z drugiej, patrząc na Matta i Pidge, czy Allurę i jej matkę, można się zastanowić, czy podobieństwa między postaciami nie są tylko i jedynie dziełem przypadku.

Mamy także wciąż niewyjaśnioną relację między Keithem i Shiro. Warto zwrócić uwagę na to, jak bardzo Shiro przypomina ojca Keitha, którego widzieliśmy w jego wspomnieniach. Czy był to świadomy wybór animatorów? Sam Keith nie przypomina swojego ojca – dużo bliżej mu do Acxy, za to Shiro posiada podobną budowę ciała, identyczny podbródek, brwi i nos. Rzecz jasna, może to być kwestia rysowania w ten sposób dorosłych mężczyzn, w odwrotności do chuderlawych nastolatków. Naprawdę ciężko powiedzieć, czy kierowanie się jedynie kwestiami estetycznymi stanowi wystarczająco silną podstawę dla snucia tego typu rozważań.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Ostatnią teorią, o której warto wspomnieć, jest możliwość powrotu alternatywnej rzeczywistości z odcinka czwartego trzeciego sezonu. Jest to świat, w którym to Imperium Altei trzyma w ryzach wszechświat w miejsce Imperium Galry. Tego typu wątki zazwyczaj pojawiają się w jakimś celu – tutaj miał on pokazać, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej, strony konfliktu mogłyby zamienić się rolami. Ma to z jednej strony za zadanie dać do myślenia Allurze i naszym Paladynom, a jednocześnie wprowadza motyw wszechświatów równoległych, między którymi można podróżować… Co w finałowym odcinku sezonu trzeciego, w którym wracamy do genezy Voltrona, okazuje się być źródłem zła, które doprowadziło do tragicznych wydarzeń sprzed dziesięciu tysięcy lat. Trudno powiedzieć, czy w przyszłych sezonach powróci akurat dokładnie ten sam wszechświat z odcinka czwartego. Jednak wydaje się, że multiwersum jest na tyle szeroką i ciekawą ideą, że grzechem byłoby jej nie wykorzystać, czy do pokonania istniejących antagonistów, czy do zaproponowania nowego konfliktu.

Wśród tego gdybania nie sposób też zapomnieć o relacjach między bohaterami, tych obecnych i tych przyszłych. Miło jest patrzeć na budowanie drużyny, na ojcowskość Corana, biorąc jednak pod uwagę to, jak traktowane są inne wątki, trudno nie snuć domysłów na temat ewentualnych zawiłości romantycznych, które (na)rodzą się między postaciami. Jeśli sięgniemy po pierwowzór, czeka nas związek Allury i Keitha, dotychczas serial nie dał nam jednak wystarczających powodów, żeby wybór ten wydawał się trafny. Prawdą jest, że najbardziej dynamiczną relacją jest ta pomiędzy Keithem a Lancem – co rozpoczęło się od rywalizacji jest teraz wzajemnym wspieraniem się, trudno nie zauważyć też, że ich interakcjom poświęcono o wiele więcej czasu ekranowego niż jakiemukolwiek innemu duetowi (pomijając zupełnie, czy to na sposób romantyczny, czy bardziej koleżeński). Można tylko trzymać kciuki i czekać, czy twórcy odważą się pójść tą drogą lub chociaż zaserwować nam zakończenie podobne do tego z Legend of Korra

Mamy nadzieję, że bijący z tekstu entuzjazm zachęci was do sięgnięcia po tę produkcję, właśnie teraz, na zbliżającą się jesień i jeszcze przed czwartym sezonem. Tak jak w każdej niemal telewizyjnej sferze, i wśród animacji mamy teraz wielki wybór, żeby nie powiedzieć przesyt. Voltron nie przygniata jednak egzystencjalnymi dylematami, nie atakuje zmysłów psychodelicznymi obrazami i kolorami, wciąga za to niesamowitymi przygodami i pozwala je przeżyć wraz z bohaterami, których chciałoby się mieć za przyjaciół w prawdziwym życiu.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Voltron: Legendary Defender
animation
Netflix, 2016–

Ororcia
Z wykształcenia filolożka i literaturoznawczyni, z powołania szpieg z krainy SJW. Weekendami z pasją oddaje się maratonowaniu seriali, pochłanianiu książek i obserwowaniu poczynań swoich ulubionych fandomów. Kolekcjonuje lisie gadżety, sukulenty i zdjęcia chmur na instagramie.

Marianna Rospond
Koneserka krakowskiego powietrza. Żyje przecząc ruchom wskazówek zegara – jest edytorką za dnia, w nocy zamienia się w entuzjastkę popkultury. Wie, co piszczy w fandomowej trawie i posiada pokaźną kolekcję kubków o tematyce okołofilmowej. Pisze do szuflady, wenę podtrzymując paliwem składającym się z herbaty i miłości do bohaterów fikcyjnych.