Star Trek: Discovery okiem laika (S01E01–02)

Star Trek: Discovery okiem laika (S01E01–02)

Tekst zawiera większe spoilery w jednym czy dwóch miejscach. Wyraźnie oznaczone.

Nigdy nie byłam fanką Star Treka. Nigdy nie byłam też antyfanką, ale jakoś nie wychodziło mi wielkie lubienie tego serialu. Mam oczywiście znajomych trekkies; będąc w fandomie fantastyki wszelakiej bardzo trudno jest ich nie mieć, więc co nieco o samym trekkowym kanonie i fanonie wiem, coś tam wchłonęłam przez osmozę. Ale tak naprawdę… Obejrzałam kiedyś trzy pierwsze odcinki serialu. Nie chwyciło. Widziałam też filmy Abramsa – są okej, ale, znów, nie pałam wielką miłością. I poprzez ten kontekst opowiem wam o tym, co widzę w pierwszych dwóch odcinkach ST:D.

Obiło mi się także o uszy to i owo o produkcji tego serialu i o problemach z nim związanych, więc będę się w tej recenzji do tych kwestii w jakimś stopniu odnosić. Zresztą, skoro już tu jesteśmy, powiedzmy sobie o jednej z tych rzeczy. A dokładniej o jednym z tych ludzi. Oto więc jest czołówka serialu – bardzo ładna, choć w tej swojej powolnej senności głównego tematu muzycznego kojarzy mi się dość nachalnie z czołówką Westworld – i w tej czołówce pojawia się nazwisko Bryana Fullera. Który odszedł przecież z serialu, prawda? Ale jak widać, nie do końca. Ile tu zostało ostatecznie Fullera w Fullerze? Trudno powiedzieć, choć na pewno nie tyle, ile by mogło być, gdyby przy produkcji został. Ile będzie go w kolejnych odcinkach i czy w ogóle dalej będzie się w czołówce pojawiać? Jeszcze po tych dwóch odcinkach nie wiem, ale w tym punkcie wygląda na to, że raczej już dalej się nie pojawi. Niemniej ja nie całkiem o tym. Raczej… cieszę się, że Fullera tu jednak nie ma, że go właśnie niespecjalnie widać, jeśli się nie ma ciężkiej obsesji na punkcie jego produkcji. Mimo całej mojej sympatii dla niego jako twórcy, ostatnio jego styl coraz mniej mi odpowiada. Ostatnio w sensie ostatnich jego seriali. Zaczynając od trzeciego sezonu Hannibala i idąc do Amerykańskich bogów, z którymi miałam wiele problemów, ten konkretny styl wizualny staje się nazbyt formalny i nazbyt przewidywalny w swej formie po wielokroć przerastając treść. Obawiałam się więc, że w Star Treku w reżyserii Fullera znów moglibyśmy dostać tę stylistykę, ten sposób kręcenia scen i opowiadania nimi historii – co byłoby nieznośne. Szczęśliwie ostatecznie do tego nie doszło, a wizualnie serialem można się przez te dwa pierwsze odcinki tak najzwyczajniej na świecie zachwycić, bez przedzierania przez barokową wręcz ilość symboliki.

Fot. CBS

Fot. CBS

Tym bardziej, że o fabule póki co mogę powiedzieć tyle, że jest w porządku. Buduje napięcia i budzi pewne wątpliwości wobec dalszego rozwoju akcji. Na poziomie akcji jednak w tej chwili jest w miarę prosto, ale przyjemnie. Co prawda na samym początku dostajemy bolesną ekspozycję, gdzie dwie główne protagonistki dosłownie tłumaczą sobie swoją misję, w momencie, w którym ją wykonują. Takie wprowadzenie uszłoby, gdyby było przedstawione jako briefing do tejże misji, jeszcze przed nią. W swoim faktycznym kształcie prowokuje do głębokiego westchnięcia. Oczywiście skrótowość jest tu zrozumiała, bo to pierwsza scena, która nie ma związku z dalszą częścią odcinka i tylko wprowadza główne bohaterki, ale jestem pewna, że dało się to zrobić lepiej. Potem, szczęśliwie jest jednak lepiej. Niekoniecznie wciska w fotel, ale tak, ogląda się całkiem dobrze.

Nie jestem mimo wszystko pewna konstrukcji fabularnej całego serialu. Zaczynamy w tych pierwszych odcinkach z dwiema kobiecymi protagonistkami – i ja obie właściwie od razu polubiłam – a kończymy te odcinki z całkowitym wywróceniem status quo. I o ile to mogło być zamierzone od samego początku (i niekoniecznie było powodem napięć między producentami a Fullerem, czy cokolwiek działo się w produkcji, a doprowadziło do odejścia reżysera właśnie w tym momencie), o tyle zostajemy w miejscu, w którym z dwóch kobiecych postaci na pierwszym planie robi się nagle jedna. A w każdym razie zwiastun kolejnych odcinków zapowiada, że dostaniemy jedną z nich pod dowództwem ważnego męskiego bohatera. I jasne, dynamika między tą dwójką może być naprawdę dobra, możliwe też, że te kolejne odcinki bardzo mi się spodobają, niemniej żal mi takiego podpowiadanego tym zwiastunem, cofnięcia się o krok. Fabularne rozegranie konfliktu, do którego dochodzi w tych pierwszych dwóch odcinkach jest dobrze poprowadzone i jest to zdecydowanie plot twist, który ma, do pewnego stopnia, ręce i nogi – cieszy wręcz, że naszą bohaterkę spotykają konsekwencje jej czynów. Że nie zostaje oczyszczona z zarzutów tylko dlatego, że my, jako widzowie jej współczujemy i, być może, nawet w pewnym stopniu rozumiemy. Ale… Staram się w tym momencie bardzo usilnie nie spoilerować, ale chcąc omówić kluczową scenę nie da się uniknąć choćby podpowiedzenia losu jaki spotyka inną ważną postać. Zróbmy to więc w ten sposób. Następny akapit będzie spoilerowy, więc jeśli chcecie, możecie go ominąć i przeskoczyć bezpośrednio do dalszej części tego tekstu.

Fot. CBS

Fot. CBS

Otóż drugą kobiecą protagonistkę powinien czekać inny los. Dostajemy niestety scenę, w której pierwsza oficer wpada na genialny pomysł, żeby złapać, ale nie zabijać głównego złego Klingona. I jest to ten wątek, w którym zawsze ktoś stwierdza, że może coś zrobić bez ofiar, po czym w swojej akcji ginie on, albo ktoś mu bardzo bliski. Na bora zielonego, jak ja nie znoszę tego motywu. Jak ja go nie znoszę. I dlaczego zabija się tak świetną postać (mówiącą dodatkowo z tak pięknym akcentem) jak kapitan Georgiou? Dlaczego zupełnie nie daje się nam szansy na zobaczenie tego, jak dalej wyglądałyby relację między nią i pierwszą oficer Burnham, zamiast tego w jej miejsce stawiając generycznego białego kapitana? Żal mi tego, co mogłoby być, gdyby misja potoczyła się inaczej. Co mi się tu w ogóle spodobało, to stwierdzenie, że jeśli zabiją głównego złego, stworzą Klingonom mesjasza, ale jeśli go złapią stworzą zbrodniarza wojennego – i tu serial mógłby pokazać coś więcej niż ot, kolejny konflikt zbrojny. Mógłby, jak Doctor Who pokazać nadzieję na to, że rozmową można dokonać bardzo wiele. Żal mi tym bardziej, że Klingoni nie dali się przekonać. Nie wiem, nie lubię takiego uporu u postaci fikcyjnych, kiedy dążą one do konfliktu w imię tego, że są złe i pełne nienawiści.

W tym, co się faktycznie wydarzyło, podobała mi się taka ludzka rozpacz po przegranej bitwie na twarzach całej załogi statku, jak i rozpacz Michael jeszcze w kosmosie, jak i podczas ostatniej sceny. Ten ciężar emocjonalny tego, co się stało został naprawdę dobrze napisany i zagrany. Wspomniałam już też, że podoba mi się dynamika między pierwszą oficer i panią kapitan, którą ładnie podkreśla postać Saru: drugiego oficera kosmity, którego cały gatunek to tchórze hodowani na mięso przez innych kosmitów z jego rodzimej planety. To w ogóle jest interesujący pomysł, z jednej strony dający nam właśnie takich ewolucyjnych tchórzy, z drugiej każący pytać w jaki sposób doszło do tego, że ci tchórze w którymś momencie zostali naukowcami, pracującymi na statkach takich jak USS Shenzou. I tu na pewno z chęcią dowiedziałabym się więcej o losach samego Saru. Ale nie mam pewności, na ile on sam będzie istotną postacią w kolejnych odcinkach.

Fot. CBS

Fot. CBS

Odnośnie Michael Burnham, czyli głównej bohaterki serialu, interesujący jest wątek jej wolkańskości. Ze strony fanów serialu słyszę raczej głosy, że nie jest ona zbyt wolkańska, ale w moim odczuciu jest dokładnie taka, jak miała być. Na USS Shenzou widzimy ją po siedmiu latach pod wpływem kapitan Georgiou, która miała właśnie uczynić ją bardziej ludzką. Jest więc Michael bardzo ludzka, choć widoczne są w niej pewne wolkańskie odchylenia od ludzkiej normy. Ale to, że cieszy się widokiem łączących się słońc, śmieje się kiedy wylatuje w kosmos, czy wreszcie z zachwytem opisuje właśnie odkryty kosmiczny artefakt jak najbardziej do niej pasuje. Jasne, można zastanawiać się, czy siedem lat to jednak nie za krótko na aż taką zmianę od tego, co widzimy w króciutkiej retrospekcji z jej przylotu na Shenzou, ale to już tylko kwestia stopnia tej przemiany, nie samego jej faktu. I oczywiście, w spotkaniu z Klingonami włączają się jej bardzo silne emocje, tym silniejsze, mam wrażenie, im bardziej Wolkanie przez lata pobytu na ich planecie starali się je w Michael zdusić. Bo mimo całego wychowania na wolkańską modłę, ona jest człowiekiem i na swoje ludzkie, nieprzepracowane traumy będzie reagować po ludzku. Z drugiej strony też, dla mnie ładnie wybrzmiało, kiedy sama w końcu stwierdza, że tak naprawdę nie wie, czy działa logicznie czy emocjonalnie i że to wcale nie zawsze da się oddzielić, odróżnić.

Pojawiały się też głosy o zbrodniach wojennych Federacji w kontekście bitwy do jakiej dochodzi w odcinkach. Ale ja się właściwie zastanawiam, czy na pewno możemy o czymś takim mówić*? Na samym początku Michael reaguje emocjonalnie, ot jak ktoś z traumą nagle stykający się z tym, co tę traumę wywołało. Nawet jeśli przyjąć, że była to zbrodnia wojenna, nie jest to czyn gloryfikowany w odcinku. Przeciwnie, pokazuje się go jako coś, co nie powinno się wydarzyć. Dalsze działania pierwszej oficer też zresztą są nam konsekwentnie pokazywane jako działania osoby niezrównoważonej emocjonalnie. Zostaje jednak sytuacja prowadząca do końcowej sceny odcinka. Tu trochę ponownie spoileruję. Mamy w tym miejscu plan, w którym rolę odgrywa bomba umieszona w ciele martwego już Klingona. Nie zabija go, choć faktycznie może to budzić poczucie dyskomfortu. Nawet jeśli przyjmiemy, że nie ma zabić nikogo, a jej celem jest jedynie oderwanie odpowiedniego fragmentu statku, to jednak po przeanalizowaniu jej, przyznaję, że tu zabrakło twórcom pewnego pomyślenia o szerszym kontekście tej konkretnej sceny.

Fot CBS

Fot CBS

Na koniec napiszę jeszcze, że nie podoba mi się klingoński. Nie wierzę w to, że to jest język, który mógłby gdziekolwiek zaistnieć – z jednego, bardzo prostego powodu. Aktorzy nim mówiący mówią bardzo wolno, tak jak ludzie, którzy muszą długo myśleć, zanim zastanowią się jaki, powinien być następny wypowiedziany przez nich dźwięk. Native speakerzy naparzają jak z karabinu, a nie mówią, jakby nie wiedzieli, czy dożyją jutra. I nawet jeśli to jest ot, specyfika właśnie klingońskiego, to ja jej po prostu nie kupuję.

Ogólnie jednak te dwa odcinki mi się spodobały i pewnie sięgnę wkrótce po kolejne. Czy cały serial również mi się spodoba, to się jeszcze okaże, ale jeśli zastanawiacie się, czy warto dać mu szansę, ja w tym momencie mogę powiedzieć, że tak, jak najbardziej. Nie obywa się całkiem bez potknięć, ale całościowo, mogłoby być o wiele gorzej.

* Przyjmijmy w tym momencie, że Federacja podpisała coś na kształt nowej Konwencji Genewskiej i że rozumie zbrodnie wojenne tak samo jak my.

Star Trek: Discovery
science fiction
CBS, 2017–

ginny358

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.

Latest posts by ginny358 (see all)