Recenzja dwójłączna nowych seriali w świecie Star Treka (w sumie): The Orville vs. Star Trek: Discovery

Recenzja dwójłączna nowych seriali w świecie Star Treka (w sumie): The Orville vs. Star Trek: Discovery

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Wstęp

To miała być recenzja samego The Orville, ale doszedłem do wniosku, że w aktualnej atmosferze taka pojedyncza recenzja nie ma sensu, jeśli nie brałaby pod uwagę pierwszych odcinków Star Trek: Discovery. Oba te seriale kontynuują – nie tylko duchowo – spuściznę jednego z najważniejszych multiwersów SF w ziemskiej kulturze. Jednakże, seriale te swoją rolę realizują w różny sposób. To dlatego fani Star Treka w znacznej mierze podzielili się w swojej opinii względem produkcji. Część z nich uznała The Orville wręcz za bardziej trekowe doświadczenie. Ten kontekst jest pierwszym królem, któremu muszę być posłusznym.

Drugim jest kontekst dużo szerszy: polityczno-historyczny. Jakiś czas temu Adam Savage, na pytanie „Jeśli musiałbyś wybierać, którą franczyzę wyeliminowałbyś z egzystencji: Star Trek czy Star Wars?”odpowiedział:

Star Trek wiedzie cię do fałszywego optymizmu, że świat może być utopią, a ostatnie wydarzenia udowodniły, że tak nie jest. Dystopijna wizja Star Wars jest o wiele bardziej realistyczna i lepiej przygotowuje dzieci do ich przyszłości.”

W tym momencie ktoś powinien go pacnąć w łeb portretem Martina Luthera Kinga – który, jak relacjonuje Nichelle Nichols, namawiał ją, żeby nie rezygnowała z roli porucznik Uhury, ze względu na to, jak ważny kulturowo był jej wzorzec dla afroamerykańskich dzieci w Stanach. Powinien go pacnąć i zapytać: „A kto przygotuje nasze dzieci do walki o lepszą przyszłość? I – przede wszystkim – kto da im wizję tej przyszłości; tę, o którą warto walczyć?”.

Fot. CBS

Fot. CBS

Ale intencja tej tezy – wypowiedzianej w kontekście Trumpa, Brexitu, rosnącej ksenofobii i wręcz cofania się rozwoju demokracji nawet w krajach stanowiących pewien ich wzorzec – pozostaje ważna i wymaga popkulturowego odniesienia. W dobie pewnego kryzysu tych wszystkich wartości, które przyświecały trekowej Federacji, warto skonfrontować się z nimi. Sądzę, że należy pokazać historię w świecie Star Treka, która zmierzy się z realnymi wyzwaniami dla tych wartości. Jednocześnie jednak potrzebujemy jakiejś cytadeli, bezpiecznej przystani dla tego klasycznego trekowego optymizmu z Oryginalnej Serii (TOS) czy Nowej Generacji (TNG).

Biorąc to wszystko pod uwagę, rok 2017 obrodził dla spragnionych obydwu tych rzeczy! Oto otrzymaliśmy dwa seriale, które odpowiadają na te dwie fundamentalnie sprzeczne potrzeby. W poniższych recenzjach-na-szybko nie będę dawał jednoznacznych wyroków „hit czy kit”, bo jeszcze na to za wcześnie. Zamiast tego postaram się wskazać, jakie w mojej opinii emocjonalne potrzeby zaspokajają oba te seriale, ewentualnie zaproponuję, z jakim nastawieniem powinno się do nich podchodzić, żeby nie rozczarować się i czerpać z nich tyle przyjemności, ile to możliwe.

The Orville

The Orville to serial, który promowany był jako parodia Star Treka. Osobowość jego twórcy i odtwórcy głównej roli, Setha MacFarlane’a (Family Guy), zdawała się potwierdzać te oczekiwania, sugerując, że czeka nas kawalkada bardzo różnej jakości humoru z silnymi popkulturowymi odwołaniami. Tyle jeśli idzie o marketing i trailery. W rzeczywistości dostaliśmy bardzo pocieszny, optymistyczny serial-laurkę dla tatusia-Star Treka, jaką dziecko umieściłoby na lodówce. Co więcej, jest to dzieło, które nie tylko oddaje hołd oryginalnemu Trekowi, ale wręcz afirmuje jego formułę, zamiast ją ośmieszać. Powodem, dla którego ten serial dla mnie działa, jest specyficzna mieszanka staroświeckiej telewizyjnej formuły, optymizmu złotej ery Federacji i wyraźnego dystansu i humoru. Mamy tu więc TNG, ale z załogą normalsów (zamiast profesorów, ekspertów i generalnie idealnych poważniaków) – bohaterów, którzy ze stresem radzą sobie jak zwykli ludzie: przez dowcip i golnięcie sobie strzemiennego dla kurażu; postaci, które nie są ideałami, popełniają błędy, bywają głuptasami, ale mają przebłyski geniuszu.

Fot. Fox

Fot. Fox

Zaletą The Orville w stosunku to trekowych oryginałów jest brak techopaplaniny i rozwiązań typu deus ex machina w stylu „polaryzacji czegośtam”. Konflikty i trudności techniczne mają rozwiązania odpowiednio zasygnalizowane w samej fabule. Wystarczy nieco uwagi i można z powodzeniem – jak w klasycznych kryminałach Agaty Christie – próbować przewidywać rozwiązania. Dla jednych taka klasyczna struktura będzie wadą, a dla innych – zaletą. Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb w danym momencie, trudno mi więc to autorytatywnie chwalić czy ganić. Uważam natomiast, że w swojej konwencji, realizując postawione sobie cele, serial ten sprawdza się wyśmienicie. W zasadzie wszystko co można by uznać za wadę serialu – czyli bardzo staroświecka telewizyjność (w tym także czas odcinka dłuższy od postulowanych przez recenzentów 30 minut) – stanowi jego zaletę w ramach tej konwencji i nostalgii, którą ma koić. Mam wrażenie, że większość recenzentów nie dostrzega, że „o to chodziło”, oczekując zapewne czegoś bardziej nowoczesnego.

To, co ładnie The Orville dziedziczy ze struktury TOS i TNG to model dylematu lub zagadki tygodnia (zamiast potwora czy planety). Bohaterowie stawiani są każdorazowo przed jakiegoś rodzaju problemem (na razie wyraźnie dominują dylematy różnic kulturowo-cywilizacyjnych), który wymaga jakieś interwencji. Załoga statku staje się nośnikiem pewnego systemu wartości, który jest postulowany i – jak to miało miejsce w odcinku trzecim – nawet przedstawiany w procesie sądowym. Jedyne, co Orvillowi mógłbym zarzucić to brak odpowiednika Pierwszej Dyrektywy (o nieingerencji), przez co prezentowane dylematy są ujmowane nieco zbyt jednostronnie, z pozycji moralnej wyższości – może nawet wręcz neokolonialnie.

Ciekawą sprawą jest, że mimo humorystycznego tonu The Orville nie przesadza z tzw. „batosem”, czyli rodzajem samo-ośmieszającego się patosu (wzniosła chwila i zaraz dowcip, który profanuje to uniesienie). Batos jest współcześnie plagą w kulturze popularnej. O ile w takich Strażnikach galaktyki spełnia swoją rolę adekwatnie do funkcji dzieła, to w innych utworach jest ewidentnie wpychany na siłę przez dział marketingu, bo „jest teraz trendy” i świetnie się nadaje do trailerów. Szczery i względnie mało prześmiewczy ton zaskoczył mnie szczególnie w trzecim odcinku, który dotykał kwestii wymuszanej kulturowo zmiany płci i dyskryminacji kobiet. W odcinku mamy sporą dozę dowcipów, ale nie realizuje się ich kosztem powagi sytuacji w scenach, gdzie właściwe emocje powinny wybrzmieć. Uznałbym taki umiar za sporą zaletę w szerszym kontekście.

Fot. Fox

Fot. Fox

[—Mały spoiler—] We wspominanym trzecim odcinku jest scena, w której jeden z bohaterów zostaje przekonany do akceptacji i afirmacji odmienności dzięki kreskówce o Rudolfie Czerwononosym. Byłem zaskoczony jak szczerze zaprezentowana była ta, w gruncie rzeczy zabawna, sytuacja. Oglądając zaciekawioną i doznającą olśnienia twarz obcego kulturowo przedstawiciela innej rasy – owszem śmiałem się, ale nie z głupoty postaci, tylko raczej cieszyłem się z tego, że argument do niej trafił. Była to autentyczna radość z tego, jak morał bajki ma moc sprawczą w naszej edukacji. Można, oczywiście, marudzić, że to nierealistyczne, że nikt poważnie nie traktuje dziecięcej bajki. Dla mnie jednak sytuacja ta była odegrana świetnie. Dla kogoś całkowicie kulturowo obcego, tego typu film jest artefaktem jak każdy inny i bez naszych własnych przesądów, co do „dziecięcej” roli kreskówek (ukłony w stronę dyskryminowanych fanów anime) taki obcy potraktowałby go jako dzieło o ważnym przesłaniu. Jestem absolutnie w stanie uwierzyć, że tak ta sytuacja mogłaby wyglądać. Dla tego bohatera był to bodziec do ważnej zmiany stanowiska, ale – co istotne w kontekście utrzymania decorum – nie jest on już później argumentem podnoszonym publicznie. Mimo porażki słusznej sprawy odcinek kończy ładny gest nadziei – dziecko, któremu siłą zmieniono płeć dostaje do kołyski małego pluszowego Rudolfa. [—koniec spoilerów—]

W odniesieniu do tegoż trzeciego odcinka pojawiły się głosy, że The Orville jest nietaktowny w podnoszeniu spraw, na których scenarzyści się nie znają (kwestia złożoności tożsamości płciowej). Odpowiem na to w ten sposób: Star Trek zawsze redukował złożone problemy do jakiegoś ich rdzenia i zawsze narażał się na zarzut takiego uproszczenia. Poza tym, jak powiedział klasyk: „Star Trek to filozofia dla dzieci”. Skomplikowanie świata, które badają studia gender może być nieco zbyt trudną wiedzą do przyswojenia bez odpowiedniego przygotowania. Serial nie jest filmem dokumentalnym. Funkcją jego – jeśli w ogóle – jest raczej promowanie pewnego ogólnego katalogu postaw.

Warto wspomnieć o dobrej (zarówno wizualnie jak i muzycznie), energetyzującej czołówce, eleganckim designie statków kosmicznych i przyzwoitych (choć nieco zbyt wygładzonych) efektach specjalnych. The Orville to bardzo – może wręcz do bólu – tradycyjnie telewizyjne doświadczenie: jasno doświetlone plany, kadry, prezentacja dialogów oraz struktura fabuły. Struktura serialu (długość, przypomnienia fabuły) sprzyja temu, by przy jego oglądaniu wykonywać niektóre obowiązki domowe (co jest tradycyjne dla tej formy telewizyjnej). Słowem – jest to klasyczny procedural dla kogoś stęsknionego za TNG, który na ten ostatni spogląda przez grube „gogle nostalgii”. Dla kogoś takiego lekki klimat serialu, spora doza humoru i prostoduszność będą wręcz zaletą.

Fot. CBS

Fot. CBS

Star Trek: Discovery

Discovery to zupełnie inna bestia. To mroczna historia, która skupia się na ciemnych stronach Federacji, postaciach pełnych wad i nienajczystszych motywacjach. Przy okazji to epickie widowisko filmowe w duchu współczesnych seriali HBO. Piękne, długie i dynamiczne ujęcia statków, złożone i wysokiej jakości plany, piękne kostiumy i charakteryzacja – generalnie: imponująca wartość produkcji – składają się na wręcz filmowy spektakl audio-wizualny w na wzór tego, co dostarczył nam J.J. Abrams. Jednak wysoka jakość i aspiracje – razem z gigantycznym balastem świata i licznym gronem fanów – wystawia Discovery na dodatkową, bardziej surową krytykę (a przy okazji i żarty z niefortunnego skrótu tytułu „STD”, który oznacza też „Sexually Transmitted Diseases”).

Zaletą Discovery z perspektywy inspiracji filmami Abramsa jest to, że inspiracje te nie wykraczają poza warstwę wizualną. Nie mamy tu, szczęśliwie, bicia po głowie nawiązanymi do wcześniejszych odsłon Treka (vide Into Darkness), czy wręcz ordynarnym kopiowaniem całych fabuł (vide Force Awakens). Mamy pewne inspiracje klasykami SF, ale pasują one do kontekstu. Jednak duże aspiracje i wspomniana jakość produkcji Discovery czynią drobne potknięcia bardziej widocznymi. Dostrzegałbym tu pewne niedociągnięcia w montażu, fabuła wydaje się mieć jakieś zagadkowe dziury – choć może to intencjonalne w ramach generowania spiskowego klimatu: ([—spoiler—] czy wypadek pilotki promu z trzeciego odcinka był zaaranżowany? [—koniec spoilerów—]). Nieco zbyt kwadratowe i ekspozycyjne wydają mi się też dialogi (to akurat jest problem wielu pilotów, a tym jest także i trzeci odcinek), Chyba relatywnie największą wadą jest pewna trudność w polubieniu głównej bohaterki (wina albo po stronie scenarzystów, albo samej aktorki). Podejrzewam jednak, że ten zabieg może być zamierzony; znowu mamy bohatera ze skazami, który dopiero ma się zrehabilitować. Wielkim rozczarowaniem dla mnie jest ładna wizualnie, ale muzycznie nijaka czołówka. Poza tą ostatnią, są to jednak rzeczy, które mogą ulec poprawie i inne zalety serialu skłaniają mnie do kontynuowania przygody z nim.

Discovery od wielu miesięcy budził liczne kontrowersje. Zarzuty „białego ludobójstwa” i wykorzystania niegdyś – rzekomo – neutralnego politycznie Treka do walki o sprawiedliwość społeczną (pogardliwe social justice) mogą tylko budzić uśmiech politowania (Trek od swojego początku walczył o sprawiedliwość społeczną, duh!). Natomiast oburzenie fanów na zmiany w wyglądzie oraz kulturze Klingonów i inne odstępstwa od kanonu stanowią ciekawe wyzwanie intelektualne. Moje ogólne stanowisko w kwestii takich odstępstw przedstawiłem już w innym tekście, generalnie wskazując, że takie nowe iteracje dzieł kultury świadczą o ich żywotności i kulturowym znaczeniu. W tym miejscu mógłbym się wdać w bardzo scholastyczne rozważania na temat rzekomych i rzeczywistych drobnych nieścisłości z innymi Trekami. Oszczędzę tego czytelnikowi, zastrzegając, że wiele wątpliwości w moim przekonaniu wynika nie z realnych odstępstw od kanonu, ale raczej z wyraźnej zmiany tonu opowieści, o czym więcej za chwilę. Pozostała krytyka wynika często z wyidealizowanych wizji trekowych cywilizacji, takich jak Wulkanie. Wzorowym przykładem byłoby tu oburzenie na Wulkańskie Pozdrowienie ([spoiler] Wulkanie wiele lat wcześniej nauczyli się, że w kontaktach z Klingonami, aby uniknąć wojny i ofiar z tym związanych, należy do ich statków strzelać jako pierwszy [koniec spoilerów]). W moim przekonaniu, tego rodzaju utylitarystyczna kalkulacja (wprost z klasycznego dylematu z wózkiem), byłaby bardzo w charakterze Wulkan („dobro wielu nad dobro nielicznych”), szczególnie we wcześniejszych stadiach rozwoju ich kultury.

Fot. CBS

Fot. CBS

W moim przekonaniu poważny lifting Klingonów, jako klasycznych, dyżurnych szwarccharakterów Treka, wydawał się konieczny. Wynika to z funkcji jaką pełnią: mają być groźnymi wojowniczymi obcymi. Rozliczne seriale i filmy oswoiły nam Klingonów, z czasem czyniąc z nich wręcz pociesznych acz nieprzewidywalnych przyjaciół Federacji (w sumie tzw. frenemies). Rzecz w tym, że przestali być już autentycznie obcymi. O ile w latach 60. dla stworzenia obcego w niskobudżetowym serialu wystarczyła pasta do butów i mongolskie wąsy, to w 1979 roku (The Motion Picture), wypadało już dorobić jakieś bruzdy na czole (potem tę metamorfozę ładnie się udało wyjaśnić w kanonie). Tak i teraz wizerunek tej obcej rasy musiał być unowocześniony i uczyniony bardziej „obcym”. Pod tym względem nowi Klingoni są wyśmienici tak w makijażu, jak i strojach czy kulturze. Problemem może być ograniczona ekspresja aktorów w tak obfitym makijażu. Zaletą jest pogłębianie opisu cywilizacji tej rasy. Discovery bardzo dobrze oddaje silną rolę charyzmatycznych osobowości w polityce i kulturze Klingonów (dlatego jestem w stanie uwierzyć np. w odstępstwo od kanonicznych rytuałów pogrzebowych, czy raczej ich braku). Nie zgadzam się też, że przedstawiono ich jako bezrozumnych, agresywnych rasistów. [—mały spoiler dla dwóch pierwszych odcinków—] Wybornym tego przykładem jest – wprost wzięty od św. Pawła – gest akceptacji jaki wódz Klingonów skierował w stronę Klingona-albinosa o niskim urodzeniu, ale silnej wierze (ni rasa ni klasa, ni Żyda ni Greka). [—koniec spoilerów—]

Serial opowiada historię wykształconej na Wulkanie ludzkiej oficerki Federacji, która została skazana za bunt, a w publicznej opinii posądzana jest o wywołanie wojny z Klingonami. Dwa pierwsze odcinki, które miały stanowić pilota są historią tego, jak doszło do kresu jej obiecującej kariery. Właściwym pilotem serialu był dopiero odcinektrzeci, który zapoznał nas z samym USS Discovery i wprowadził pozostałe postaci serialu. Taka koncepcja od razu wskazuje, że nie będziemy mieli do czynienia z proceduralem, choć możliwe, że kolejne odcinki będą miały bardziej tradycyjnie trekową strukturę. Po pierwszych dwóch serial zapowiadał się na historię odkupienia – postaci, której hubris doprowadziła do upadku moralnego i rozbitego życia. Byłoby to poważne odstępstwo od tradycyjnego modelu Star Treka, którego różne wcielenia rozpoczynały się od kompletowania załogi nieskazitelnych moralnie chodzących doskonałości (odstępstwo nie bez precedensu: vide Tom Paris z VOY, czy Ro Laren z TNG). Trzeci odcinek wzmacnia to wrażenie odejścia od klasycznej formuły. [—mały spoiler dla trzeciego odcinka—] Okazuje się, że USS Discovery to ośrodek wątpliwych moralnie badań naukowych i sekretnych operacji – z makiawelicznym kapitanem, który kompletuje zespół ekspertów gotowych na wszystko dla zwycięstwa. [koniec spoilerów]

Wygląda więc na to, że Discovery koncentrował się będzie na mrocznej stronie Federacji, którą poprzednie seriale tylko sygnalizowały jako element tła lub skazy na ogólnie szlachetnej instytucji: tajne organizacje (słynna Sekcja 31, która jak się wydaje stanowi istotny komponent załogi USS Discovery), szaleni naukowcy, bezwzględni dowódcy, spiski, tajne operacje, itd. Chodzi o tę stronę, którą niegdyś oglądaliśmy głównie przez pryzmat moralizatorskiego denka od szklanki z Earl Greyem. Takiego komfortu oduczał nas wyśmienicie, acz stopniowo, DS9, ale i tam ton wciąż był bardziej optymistyczny. Discovery jest od samego początku pełen tajemnic, spisków, szemranych postaci i niejasnych intencji. Stety/niestety, bardzo to pasuje do współczesnego ducha House of Cards. Sama nazwa statku Discovery może tu być myląca, jeśli ktoś liczył na optymistyczną przygodę z odkrywaniem nowych światów i obcych cywilizacji (symptomatyczny jest brak początkowego „To boldly go…” mimo muzycznego nawiązania). Tak czy inaczej, odstępstwo od oryginalnej formuły Gena Roddenberry’ego z TOS i początków TNG, gdzie bohaterowie nie mają poważniejszych wad, a konflikty między nimi są trywialne, jest zabiegiem koniecznym w dzisiejszych realiach serializowanych opowieści telewizyjnych. Alternatywą byłby wyraźny anachronizm, który akurat uchodzi Orvillowi, ale tylko dzięki jego komediowo-zdystansowanej formule. Najistotniejsza jest ogólna zmiana tonu, jaki wyraźnie wyznaczają pierwsze odcinki. Mroczne historie, które kiedyś były w Treku tylko epizodami, teraz wychodzą na pierwszy plan. To może razić wielu fanów oczekujących „prawdziwego trekowego doświadczenia” utożsamianego z TOS i TNG. Takim osobom – sobie zresztą też, bo również za nimi tęsknię – bardziej rekomendowałbym The Orville, albo bardzo dobrego Star Trek: Continues. Gdy zaś idzie o USS Discovery to, zdecydowanie, „nie jesteśmy już na Enterprise”. And I’m fine with that. Osobiście cieszy mnie takie poszerzenie świata i powiększenie spektrum historii, jakie Treki eksplorują.

Fot. Fox

Fot. Fox

Podsumowanie

Pozostaje mi tylko podkreślić, że do obu seriali należy podchodzić adekwatnie do funkcji emocjonalnej i intelektualnej, którą starają się realizować (tak, wiem to rozróżnienie jest problematyczne, ale wiecie o co chodzi). A w takich rolach swoje zadania wykonują na tyle dobrze, że zasługują na poświęcenie czasu. The Orville dostarcza nostalgicznej wycieczki do klasycznego świata telewizyjnego Treka ze szczyptą dystansu i humoru – bez wyśmiewania się, a raczej z optymistyczną afirmacją trekowych wartości. Discovery to wyprawa do mroków Federacji – serial bardzo nowoczesny formalnie i w treści. Nie jest doskonały, ale warto dać mu szansę. I to ostatnie kieruję zarówno do widzów niebędących fanami, jak i trekowych ortodoksów.

Podziękowania

Przemyślenia w tych recenzjach rodziły się dzięki serii burzliwych dyskusji z moją żoną Agatą, a także Mają Białek, Michałem Jutkiewiczem, Markiem i Moniką Tuszewickimi i Agnieszką Urbańczyk. Żyjcie długo i prosperujcie. _\\//

The Orville
science fiction, comedy
Fox, 2017–

Star Trek: Discovery
science fiction
CBS, 2017–

Michał Zabdyr-Jamróz

Fan Star Treka, Stargate’a, Firefly, Fallouta, Strażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.