Fot. STARZ

Lord John (Outlander, S03)

Artykuł zawiera spoilery.

Nareszcie naszła mnie ochota na kontynuowanie przygody z Outlanderem i hurtowo nadrobiłam zaległości. A oto moje niezbyt ustrukturyzowane refleksje.

W trzecim sezonie serial żegna się z pewnym etapem fabularnym, ze Szkocją, „szkockim poletkiem”, i otwiera na nowe lądy, nowe przygody, szerszą perspektywę patrzenia, wizualny rozmach – bohaterka podróżuje już nie tylko w czasie, ale i przestrzeni, lądem i morzem. Żegnamy się więc z bohaterami którzy stanowili oś intrygi i emocji w poprzednich sezonach – umiera Randall, a w Bostonie, symetrycznie, Frank. Pożegnaliśmy Geillis. Szkocki klan w zasadzie przestaje istnieć jako grupa, „grupa nacisku”, przynajmniej w fabule. Pojawiają się inne postacie, młody Ian, Brianna czy wreszcie, największe zaskoczenie i najjaśniejsza gwiazda sezonu – Dave Berry jako Lord John Grey.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

No właśnie, zatrzymajmy się tu na chwilę. Są takie twarze, które, choć niewątpliwie miłe dla oka i obiektywnie przystojne, szlachetnieją obramowane kostiumem. Doprawione długimi falującymi włosami, bladością lica skontrastowaną z dopasowanym mundurem o kroju surduta. Twarze pociągłe i nieco kobiece w rysach, o wyrazistym profilu. Sylwetki raczej smukłe, twarze raczej pociągłe. Takie oblicze pokazał nam na przykład Alex Vlahos w Wersalu – w żadnej wcześniejszej roli wrażliwość, delikatność jego buzi nie została równie mocno podkreślona. W Outlanderze o perfekcję ociera się Lord John, idealnie ubrany i uczesany, jakby się urodził w chustce pod szyją, peruce i z łagodnymi oczami zaszklonymi łzą niemożliwej miłości. Ta postać jest – a raczej mogłaby być z łatwością – ckliwa, a cały wątek nazbyt melodramatyczny. Melodramą jednak wieje w tym sezonie raczej od naszych głównych protagonistów, Claire i Jamiego, to ich romantyczne wyznania i zapewnienia sprawiały, że przewracałam oczami i zamiast się wzruszać, cierpłam nagle, jakbym się wgryzła w nieznośnie tłusty pączek z lukrem. Lord John, choć dostał karkołomne zadanie wcielenia się w postać „na jedną nutkę”, doskonale pokazał romantyczne rozdarcie – nie ocierając się o kicz. Ta tragiczna i piękna postać porwała za sobą fanów, także mnie. Jest ogromnie sentymentalna, idealistyczna, ale broni się. Ma w sobie pewną czystość. Lord Grey uratował dla mnie ten sezon.

Pozostańmy po jasnej stronie i skupmy się na pozytywach. Jeśli chodzi o odcinki, moim ulubionym był bodaj przedostatni, z balem u gubernatora, gdy Jamie i John spotykają się niespodziewanie, tym razem będąc „na równi” – obaj są gośćmi na przyjęciu – ale między nimi stoi ona: „niemożliwa dziewczyna”, Claire. Wzajemna nieufność, zazdrość, napięcie, ostrożne badanie sytuacji, wspomnienia wszystkiego co się wcześniej między nimi zdarzyło i co sobie nawzajem zawdzięczają i co czują – złożyły się w cudownie skomplikowany miłosny trójkąt, rozegrany w miejscu publicznym. Love it! W tej scenie zauważamy, że Jamie na swój sposób odwzajemnia głębokie uczucie Johna – z którym, w pewnym sensie, dzieli też syna! – choć żonę kocha bardziej. Z żoną ma córkę, więc symetria jest zadziwiająca. Jest między panami mocna, trudna, okrutnie romantyczna więź, pełna dramatów, czułości, bliskości odradzającej się od pierwszego zerknięcia na siebie po długiej rozłące. Pojedynki spojrzeń, krzyżujące się w tym epizodzie rywalizacje bez słów – wzbudziły we mnie więcej emocji niż trwające sezon reunion rozdzielonych dwustuletnią przepaścią kochanków. Doskonała jest też sekwencja, w której John po raz kolejny ratuje swojego platonicznego ukochanego, twardo stając w jego obronie, wykorzystując zmyślnie rolę gubernatora. Jeśli jakaś scena w sezonie „dała mi” ekscytujące feelsy, to właśnie ta jedna.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Tu pozwolę sobie westchnąć, wypadając na chwilę z chmurki entuzjazmu. Oglądając sezon – jednym tchem, bo poczekałam, aż się skończy – miałam trochę wrażenie, że losy Jamiego i Claire zrobiły się dla mnie drugoplanowe. Wiemy, że się kochają na zabój i że są sobie przeznaczeni. Wiemy, że będą razem, los będzie ich do siebie pchał, co najmniej jeszcze przez dwa sezony (bo trwają nad nimi prace). Czasem pewnie coś ich rozdzieli, czasem coś będą przed sobą ukrywali, ale ich miłość jest mocna, pewna i znajoma. A w tym sezonie, dla mnie, także nieco nudna. Zamiast pożerania pączków wolałam się skupić na wątku lorda Johna, przypominającym wykwintne ciasteczko, na perypetiach Fergusa, Willougby’ego czy młodego Iana. I konsumując te wątki czułam satysfakcję wynikającą z kosztowania czegoś świeżego w smaku.

A skoro główna para mnie nużyła, skupiłam się na śledzeniu samej tkanki, konstrukcji sezonu, razem z dobrze zaplanowanymi detalami, symbolami. Całe te Karaiby czy przygody na morzach i oceanach mniej mnie obeszły niż choćby powracający motyw królika – kojarzącego się z Brianną, widzianego przez Jamiego na polu bitwy, wreszcie króliczej łapki, która miała przynieść szczęście Eliasowi. Bardziej niż nowe, rozległe krajobrazy uderzyła mnie scena, w której Claire, obserwując z ukrycia tańce „tubylców” przypomniała sobie czarodziejski krąg z rodzinnych stron. Przyglądanie się, jak pięknie dorósł Jamie, z naiwnego nieco „chłopca z prowincji” stając się oczytanym, biegłym w wielu językach, „światowym” mężczyzną, doskonale się odnajdującym w każdej sytuacji. Takie tam, z pozoru drugorzędne sprawy. To one przykuwały uwagę.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Podsumowując, liczyłam, że w sezonie trzecim serial zrobi się już pełną parą przygodowy. Przed oczami przewijają się nam kolejne lokacje, bohaterowie są ciągle w ruchu, jest epicko i z rozmachem. Bardzo lubię świat Piratów z Karaibów... Niestety, dziwnym trafem zamiast awanturniczej żyłki przy Outlanderze czułam melodramatyczny sugar rush. Rozumiem, że ten sezon to było rozpisane na wiele odcinków Ponowne Połączenie kochanków, rozumiem próbę pokazania kolejnych etapów wracania do siebie po rozłące… ale… napięcie siadło.

Dlatego oceniam ten sezon jako (naj)słabszy, paradoksalnie tęsknię za Szkocją i Szkotami, wydaje mi się, że stawki były tam wyższe, sytuacja poważniejsza… no i liczę, że w kolejnym rozdziale zajmiemy się czymś ciekawszym niż nabrzmiałe od pustych kalorii melodramatyczne pączki.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Outlander

drama, fantasy, romance
STARZ, 2014–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.