Fot. BBC

Smakołyki (Little Women, The Miniaturist, Howards End)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Seriale, o których tu dziś mówimy, obejrzałam w okresie świąteczno-noworocznym i pewnie dlatego zlały mi się w jedną, przyjemną dla oka całość, okraszoną muzyką fortepianową, z widoczkami sielskiej, brytyjskiej prowincji i zamożnych, ozdobionych drewnianymi boazeriami domów. Ba, nawet dwa z tych seriali miały tego samego amanta – Jonah Hauer-King zagrał młodego panicza Paula w Howards End i… młodego panicza Lauriego w Małych kobietkach.

Od nich może zacznijmy. Od Kobietek, nie od paniczów ;) Małe kobietki to klasyka literatury dla młodych dziewcząt, historia znana i lubiana, a filmowa ekranizacja z 1994 była satysfakcjonująca i stała się po równi z książką – ponadczasową klasyką. A jednak, przynajmniej moim zdaniem, serialowa adaptacja wniosła do kanonu wiele nowego i warto było ją obejrzeć. Jeśli nie dla fabuły, to dla obsady. Stara, brytyjska gwardia, czyli Emily Watson, Michael Gambon i Angela Lansbury spisała się wspaniale, podnosząc poprzeczkę dla młodszej – i głównie amerykańskiej – części obsady, która, zmotywowana do działania, dotrzymała im tempa. Ogląda się to z przyjemnością. Prawie nie widać, że Irlandia udaje tu Amerykę ;) Owszem, zgodnie z przewidywaniami śledzimy przygody i miłosne perypetie czterech córek państwa March, ale akcenty zostały położone nieco inaczej niż zwykle. Konflikty i małe okrucieństwa między siostrami pokazano wyraźniej, mocniej, realistyczniej, w związku z czym ich więź nie była aż tak „pocztówkowa” i nadmiernie gloryfikowana jak poprzednio.

Fot. BBC

Fot. BBC

Na szczęście, twórcy w swojej dekonstrukcji nie poszli tak daleko, jak osoby stojące za niedawną adaptacją AniAnne with an E. Twórcy, a raczej – twórczyni, bo za Kobietki zabrała się Heidi Thomas, odpowiedzialna choćby za Call the Midwife i Upstairs, Downstairs. Na lekkim uwspółcześnieniu sposobu pokazania relacji między postaciami i ich charakterów zyskała główna oś romantycznego dramatu. Przyznam się, że po raz pierwszy nie było mi ani trochę smutno, że Jo nie „skończyła” w związku z Teddym. Serial pokazał nam bowiem Jo (w tej roli Maya Hawke, córka Ethana i Umy Thurman) jako samodzielną, ciekawą świata dziewczynę, najbardziej z całego rodzeństwa przywiązaną do często nieobecnego ojca (a nawet powiedziałabym: Nieobecnego Ojca) i w ewentualnym partnerze szukającą mentora, wzoru, wsparcia. Teddy od początku do końca był tylko dzieciakiem, przyszywanym bratem, trudno powiedzieć, żeby kiedykolwiek imponował naszej ambitnej heroinie. Nie tego szukała, nie tego potrzebowała. Dlatego ta historia nie zraniła mnie zupełnie, nie rozczarowała, i przez cały czas kibicowałam raczej rezolutnej Amy! A Tobie jak się podobało?

Marianna: Jak już przy Amy jesteśmy, podobało mi się postarzenie jej o parę lat (w stosunku np. do Kirsten Dunst z ekranizacji z 1994 roku). Jej zachowanie jest przez to może trochę bardziej nieznośne, ale reakcje bardziej siostrzane. Trudno być najmłodszą z czwórki rodzeństwa, jeśli ta różnica już nie jest tak mała, by cała reszta uważała cię za dziecko. Ciekawy był też motyw Beth, w której to postaci znaleźliśmy coś więcej niż tylko tą najmilszą, najukochańszą i najspokojniejszą z córek. To dość współczesne ujęcie, a jednak bardzo mi się podobało.

Fot. BBC

Fot. BBC

Serial jako serial przypadł mi do gustu, chociaż miałam spore obawy co do brytyjskiej adaptacji tej bardzo amerykańskiej klasyki (akcja dzieje się przecież w środku wojny secesyjnej). A jednak udało się i nawet ta Irlandia tak nie kłuła w oczy. Szybko przekonałam się też do castingu, chociaż stara wersja bardzo mocno siedzi w mojej głowie. Młode aktorki naprawdę zachowywały się jak siostry, a i Jo była bardziej nieposkromiona niż niezaprzeczalnie śliczna Winona Ryder. Pewnie to damskie spojrzenie od strony produkcyjnej pozwoliło jej być naprawdę tą, która się wyróżnia, nie jest piękna jak z obrazka i bardziej to tym razem widzimy niż nam o tym mówią. Odrzucenie zaręczyn Lauriego to zawsze był cios, ale przebolałam to szybko, po pierwsze dlatego, że Hauer-King nie ma charyzmy Christiana Bale’a… Ale przede wszystkim historia od początku jest prowadzona tak, że widzimy, co dla Jo byłoby większym szczęściem. Element romansowy, chociaż ciągle istotny, odchodzi na bok względem relacji siostrzanych i kobiecej perspektywy. Na taki update warto było czekać. Ciekawe, czy Amerykanie są zadowoleni z tego, że Brytyjczycy ich ukochaną lekturę zekranizowali tak dobrze?

Pirjo: Rzeczywiście, ciekawe! Nie wiem nawet, czy mini-serial miał już amerykańską premierę? No ale lećmy dalej. Miniaturzystka, na podstawie bestsellerowej, ale dla odmiany współczesnej powieści Jessie Burton (książka jest z 2014 roku) przenosi nas do siedemnastowiecznego Amsterdamu. Śledzimy losy młodziutkiej dziewczyny, Neli (w tej roli przykuwająca uwagę, znana z horroru The Witch Anya Taylor-Joy), która zostaje żoną zamożnego kupca i trafia do nowego, pełnego tajemnic domu. Ciągle mówi się tu o Prawdzie, takiej przez duże P, czyli jest dużo alegoryzowania, moralizowania, co kojarzy mi się z Margaret Atwood i serialami na podstawie jej książek, jest też kilka mrocznych, zmysłowych Sekretów w stylu kojarzącym się z kolei z książkami i adaptacjami dzieł Sary Waters, szczególnie omawianej już kiedyś na Pulpozaurze Złodziejki (Fingersmith). Troszkę też odnoszę wrażenie, że poprzez wprowadzenie domku dla lalek i różnych ezoterycznych symboli opowieść miała być w duchu Angeli Carter, wiesz, realizm magiczny, a wyszedł co najwyżej Dan Brown. Cóż.

Fot. BBC

Fot. BBC

Nastrój jest duszniejszy niż w Małych kobietkach, doroślejszy, ale dwuczęściowy serial wydaje mi się tak ładny i tak estetycznie zrobiony, że oglądało się go z podobną przyjemnością. Towarzyszymy prześlicznej bohaterce, jak inne bohaterki uwikłanej w konwenanse, etykietę, grę pozorów i stereotypy związane z rolą kobiety w społeczeństwie. Książka jest przyjemnym „czytadłem” i uważam ją za leciutką, miniserial robi dokładnie to samo. Podoba mi się w nim szczególnie ukazanie wartości takich jak przyjaźń, szczerość, lojalność. Tak jak w Małych kobietkach, w The Miniaturist największym skarbem jest rodzina, mimo trosk i dramatów – bezcenna; a Teddym podglądającym rodzinę z fascynacją, zaglądającym z zewnątrz do środka domu i wyobrażającym go sobie jest tu tytułowa miniaturzystka. Jednak z całej trójki ten serial spodobał mi się najmniej, jest jednowymiarowy, niewiele po nim zostaje w pamięci, nie zmusił mnie do myślenia. Jednowymiarowy i jednorazowy, bo szanse, że będę miała chęć obejrzeć go ponownie oceniam jako zerowe. A Ty, co myślisz?

Marianna: Też nie widzę szans na ponowny seans, może głównie dlatego, że serial mimo wszystko jest dość ciężki? Nie ugina się pod ciężarem mądrości w nim przekazanych, tak jak wspominasz, ale trochę przykrości nas podczas oglądania spotyka. W ogóle to dość ciekawe, że BBC w te święta wylądowało w swojej ramówce z dwoma produkcjami kostiumowymi, z których żadna nie jest typowo brytyjska (przynajmniej jeśli chodzi o miejsce akcji) i w których główną rolę odgrywają młode panie. Planowo krajobrazu tego miała dopełniać ekranizacja kolejnego kryminału Agathy Christie, ale zdecydowano się na wstrzymanie emisji z powodu zarzutów dotyczących jednego z aktorów (a teraz serial przejdzie gruntowne poprawki z ponownie obsadzoną rolą). Czekałam na Ordeal by innocence, ale jednak cieszę się, że te święta spędziłam z paniami.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pierwsze minuty Miniaturzystki dały mi dość silne uczucie déjà vu. Bo czy nie wszystkie (a przynajmniej większość) historie dziejące się w Amsterdamie (czy szerzej, Niderlandach/Beneluksie) nie zaczynają się od małżeństwa z kimś nieodpowiednim i przeprowadzki do nowego domu? Szybko jednak to wrażenie się zatarło, bo pojawia się w tej produkcji parę bardziej oryginalnych wątków niż np. romans za plecami męża. Podobało mi się szczególnie to, że Nela nie była bierna i chociaż z początku nie orientowała się zbytnio w sytuacji, w odpowiednim momencie wzięła sprawy w swoje ręce. Kombinowała od samego początku, próbując dowiedzieć się, co tak właściwie dzieje się w domu, którego jest panią, zbierała informacje, wyciągała nie zawsze trafne wnioski, aż w końcu naprawdę znalazła swoje miejsce. To dość miła wizja, że może nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, ale pewne marzenia zamieniają się w drugie. To optymistyczne koniec końców przesłanie oraz bardzo świąteczne wypieki, kostiumy i domek dla lalek, który chciałaby pewnie znaleźć pod choinką niejedna osóbka, ostatecznie pozwoliły mi zaakceptować ten serial jako odpowiedni na ten krótki czas bożonarodzeniowego odpoczynku. Nawet mimo owładniającej go dość mocno atmosfery śmierci i obłudy.

Pirjo: Porozmawiajmy… a raczej powróćmy ;) do Howards End, miejsca także znanego nam już z obsypanego Oscarami filmu i z klasycznej powieści – moim zdaniem arcydzieła – E.M. Forstera. Czteroczęściowy serial próbując dorównać poprzedniej wersji zgromadził sporo dobrych aktorów i aktorek, w tym frapującego Matthew Macfadyena (wiadomo, pan Darcy z Dumy i uprzedzenia, tej z Keirą), enigmatyczną Julię Ormond i sympatyczną Hayley Atwell, która zagrała trochę inaczej, różnorodniej niż zwykle i muszę przyznać, że to moja ulubiona rola tej aktorki. Po raz kolejny poznajemy siostry, rodzeństwo pod opieką ciotki, i obserwujemy brzemienne w skutki zderzenie dwóch rodzin – zderzenie, w którym niebagatelną rolę odegra też trzecia, uboga rodzina, traktowana trochę jak eksperyment społeczny, albo w najlepszym wypadku – z litością. Moralne ideały polemizują z pragmatyzmem i praktyką, uprzedzenia klasowe i sztywne konwencje mieszają się tu ze skrywanymi aktami pasji i pożądania, z „instynktami” nie baczącymi na głos rozsądku. Ulega im nawet bohater uchodzący za wyrocznię tego, co stosowne.

Fot. BBC

Fot. BBC

Piękne suknie, niekończące się przechadzki i przejażdżki, proszone herbatki – nie są w stanie przesłonić pewnego mroku, pewnego brudu kryjącego się pod lakierowaną powierzchnią. I ta gra, napięcie między pozorami a banalną, ludzką kondycją stanowi niewątpliwie sedno tak literackiej, filmowej, jak i serialowej adaptacji. Napięcie które, podobnie jak w Miniaturzystce, ma swoją złowrogą kulminację. W adaptacji BBC postacie są ewidentnie młodsze niż w filmie Jamesa Ivory’ego, dzięki czemu romans Henry’ego i Helen ma zupełnie inny klimat, inną chemię niż ta sama relacja w nobliwej interpretacji Antony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. Serialowa forma pozwoliła na niespieszne rozwinięcie wątków, historia toczyła się swoim tempem i podobnie jak w przypadku ekranizacji dzieła L.M. Alcott była uwspółcześniona, odmłodzona, choćby przez kobiecą perspektywę i podkreślenie niuansów nierówności płciowej. Nic dziwnego, za reżyserię odpowiada kobieta – Hettie MacDonald, znana mi do tej pory głównie jako reżyserka kultowego odcinka Doctora WhoBlink. Ode mnie „łapka w górę”, miło spędziłam czas, ale poziomu oraz głębi książki czy filmu nie udało się przeskoczyć.

Marianna: To ciekawe, jak szybko Brytyjczycy zaczynają uważać swoje produkcje za przestarzałe i potrzebujące liftingu, bo jak widać nadchodzi kolejna fala ekranizacji. Nie narzekam, bo to zawsze dobry powód do porównań i drobiazgowego przyglądania się różnicom między książką a filmem tym, tym czy tym. W Howards End tych dodatków nie ma aż tak dużo, chociaż forma serialu na pewno pozwoliła historii rozwijać się trochę wolniej. Czego dobrym przykładem jest pierwszy odcinek, który buduje tak dobre podwaliny pod resztę historii. Leniwy początek, z opisem mieszkańców Howards End, czy przypadkowe spotkanie Helen i Henry’ego na ulicy, gdzie już widzimy jakieś zaciekawione spojrzenia, „coś więcej”. Różnica wieku między aktorami jest tu na tyle mała, że może kibicujemy im bardziej. Macfadyen zaś, chociaż nawet w materii tych wszystkich ekranizacji posuwa się w latach, ciągle ma w sobie coś z tego głównego amanta z Dumy (a i Little Dorrit, jeśli ktoś pamięta) i nawet posiadanie dorosłych synów i bycie wdowcem nie umniejsza jego charyzmie, chociaż usilnie nas do tego przekonują.

Fot. BBC

Fot. BBC

Z miłych zmian podobało mi się też umieszczenie w historii większej ilości postaci o odmiennym niż biały kolorze skóry. Wiadomo, że główna oś fabuły to ciągle młode białe kobiety i jeśli chodzi o warunki historyczne, trudno w tym przypadku coś zmienić, jak się okazuje jednak – wcale nie trudno było umieścić takie postaci w tle. Nie jest to jakiś diametralny krok naprzód, bo ciągle nie opowiadamy historii tych osób, ciągle są raczej na marginesie, a jednak nie neguje się przynajmniej, że zaludniały tamten romantyczny, piękny świat. Mamy więc pokojówkę w domu Schleglów, ale też i koleżanki Helen, zaproszone na herbatkę z panią Wilcox. No i oczywiście szerszy już wątek Jacky Bast. Nie ma co zbytnio poklepywać po plecach, ale warto zwrócić na to uwagę – mam nadzieję, że trend się utrzyma.

Miło było też zobaczyć w serialu bardziej rozbudowane relacje między rodzeństwem. Wspólne siedzenie w łóżku i rozmowy, bardzo przypominało to w gruncie rzeczy zżycie się wspominanych wyżej małych kobietek :) Na takie rzeczy nie było miejsca w filmach, więc na pewno nie można powiedzieć, że serial jest w tym momencie zbędny. Ot, miła produkcja, sięgająca po troszkę inny okres historyczny niż zazwyczaj (bo nie czasy wiktoriańskie i nie regencję). I bezradny Tibby :)

Pirjo: No właśnie. Jedną z cech charakteryzujących wszystkie trzy omawiane seriale jest „zwyczajność” ich treści. Rozgrywające się w nich wydarzenia i zwroty akcji są w gruncie rzeczy perypetiami codzienności, to nic przesadnie szokującego. Nieodwzajemniona miłość, panna spodziewająca się nieślubnego dziecka, konflikty między siostrami, problemy finansowe, choroba. Opowiadanie o rzeczach zwykłych w taki sposób, by nas poruszyć, by przypadki codzienności wydawały nam się ważne i aby nam mówiły o życiu jako takim i skłaniały do refleksji – nie jest ani łatwe ani częste. Bo nie chodzi tu o miałką telenowelę. Chodzi o ten rodzaj szacunku do detalu, czułości i skupienia na bohaterze jaki spotykamy właśnie w literackich pierwowzorach. Wydaje mi się, że w każdym z trzech miniseriali wyraźnie czuć ich „literackość”, często też ukazaną poprzez epistolarność – czyli obecność na ekranie listów, liścików, korespondencji – i owocującą uszlachetnieniem ukazanych problemów i trosk. Ten rodzaj immersji i zaangażowania w detal charakteryzuje często prozę skierowaną do młodych dziewcząt. Przypomina mi się Ania z Zielonego Wzgórza, sztandarowy przykład fabuły, w której zdarzenia banalne i pozornie niegodne papieru urastają do rangi centralnej. Marzenie o sukience z bufiastymi rękawami, przypadkowe zafarbowanie włosów na zielono czy upicie się z koleżanką domowym winem – to sedno historii, nie margines. Te sprawy nie są tylko drobiazgiem, antraktem czy wypełniaczem. Marzenie o bufiastych rękawach potraktowane jest z całą powagą, jako sprawa dla młodej dziewczyny kluczowa, sprawa nad którą się warto pochylić. Lubię ten pietyzm, lubię gdy ktoś tak pisze albo tak kręci filmowe adaptacje. Omawiane tu dziś seriale obfitują w pokazaną z uwagą i szacunkiem codzienność. To nie są dramaty z pierwszych stron gazet, to nie są historie o końcach świata i o tego świata ratowaniu. Przestrzeń, w której działamy, którą poznajemy jako czytelnik i widz stanowi dom, rodzina, sąsiedztwo. Przestrzeń znajoma, przytulna, swojska. To uspokaja. Prawda?

Fot. BBC

Fot. BBC

Marianna: Takie produkcje przypominają nam przede wszystkim, że ludzie zawsze byli ludźmi, że nasze problemy się nie zmieniły, zmieniły się tylko czasy, a sukienka z bufiastymi rękawami to teraz np. sukienka z tiulu albo w najmodniejszym pantonowskim kolorze roku (chociaż o ile mi wiadomo, i bufiaste rękawy przeżywają renesans). Albo nowy iPhone. Siostra zaś ciągle może ci lokówką spalić włosy, bo chociaż technika poszła naprzód, akurat ten element się szczególnie nie zmienił. Myślę, że wszystkie trzy seriale balansowały dobrze na granicy uwspółcześnienia i anachronizmu psychologicznego, po który nierzadko sięga się w takim wypadku, chcąc przyciągnąć do ekranu szybko tracącego skupienie widza. Sęk tkwi chyba w tym, że poza tym czymś podobnym, produkcje jak te kostiumowe dramy dają nam też jeszcze ten element magiczny, piękniejszy, bardziej romantyczny. I to dopiero ten miks sprawia, że tak chętnie oglądamy przeciętne problemy, ale jednak trochę odleglejsze od naszych. Te ze świata, w którym dobre zakończenie jest naprawdę dobre, niby historyczne, a trochę bajkowe.

Pirjo: Właśnie. Druga, pokrewna cecha wspólna to stylowość przedstawionego życia i świata. Skupiamy się na codzienności, ale troszeczkę ją gloryfikujemy. Nieważne, czy bohaterowie są bogaci czy biedni – bogate jest ich życie. Gdy oglądamy siostry March walczące na śnieżki w przydomowym ogródku, roześmiane i idealne w swoich ręcznie szytych płaszczykach – jesteśmy jak ich młody sąsiad, zazdrośnie podglądający z okna naprzeciwko. Chcemy być częścią tego świata, chcielibyśmy do niego uciec. Produkcje BBC oferują nam sporą dawkę wizualnego piękna, obrazy zmieniającej się przyrody, kolejnych pór roku, piękne panoramy prowincji i miasta, Londynu, Amsterdamu, sielankowego Massachusetts, wnętrza domu, w którym natychmiast chciałoby się zamieszkać. Najpyszniej wyglądające ciastka. Najdelikatniejsze materiały, z których uszyto ubrania. Najgładsze loki i najbardziej rumiane policzki na świecie. A miniaturzystka robi bezbłędne figurki i wszystko pakuje w najdelikatniejsze pergaminy, przewiązując najdoskonalszymi złotymi sznureczkami. Jak ktoś coś pisze, to pismo ma jak zawodowy kaligraf, perfekcyjne niczym dzieło sztuki. Żadnych kleksów i bazgrołów. Jeśli panna haftuje na tamborku, to wzór okazuje się być miły dla oka, zero kiczu czy koślawości, poplątanych nitek, zwierzątek i roślinek „z wyglądu podobnych do nikogo”. Nawet jeśli bohaterowie borykają się z ubóstwem, chorobą czy zdradą – ich świat to idylla. W takim świecie nawet cierpienie się uszlachetnia. To „inne, lepsze czasy”. Oglądanie przynosi komfort. Jak comfort food – for thought. Nieprawdaż?

Fot. BBC

Fot. BBC

Marianna: Tak jest, i chciałabym, żeby tak pozostało. Nie jestem zwolenniczką specjalnego brudzenia filmów kostiumowych. Tak, to prawda, że ten obraz jest często zakrzywiony, podkolorowany, za to właśnie jednak lubię te produkcje. Za pokazywanie mi świata idealnego, a jednak niepozbawionego trosk, czyli bardziej namacalnego. Między innymi dlatego nie podobała mi się stylistyka Taboo (fabuła właściwie też nie). Śmialiśmy się z idealnych ulic Krakowa w Belle epoque, ale Taboo każe nam uważać, że w XIX wieku nikt nigdy nie wpuszczał do pomieszczeń światła przez okna. Jasne, że oba sposoby przedstawiania mają swoje uzasadnienie i pomagają historii, nie lubię jednak przesady w żadną stronę. A chociaż omawiane przez nas produkcje wydają się na pierwszy rzut oka bardzo pocztówkowe, to nie brakuje w nich scen, które trochę burzą, a trochę ożywiają ten sztuczny obraz. Byłam naprawdę w szoku (ale takim bardzo przyjemnym), kiedy w Małych kobietkach rozmowa Meg i Jo na balu odbyła się w damskiej toalecie. Kiedy ostatnio widzieliśmy coś takiego jak toaleta w produkcji kostiumowej? Tymczasem dostaliśmy scenę rodem z wieczornych wypadów przyjaciółek i krzyczenie do siebie przez drzwi kabin. Wiem, to mała rzecz, ale bardzo cieszy.

Miło było spędzić święta w tym radosnym klimacie i cieszę się, że gatunek nie umiera. A na poparcie swojej tezy o brytyjskim poprawianiu starszych ekranizacji, przytoczę parę produkcji, które zobaczymy jeszcze w tym lub przyszłym roku, a które widzieliśmy ostatnio w latach 90. Na pierwszy ogień pójdzie Vanity Fair, dwadzieścia lat temu ze scenariuszem Andrew Daviesa, mistrza ekranizacji. W fazę produkcji weszli też w końcu Nędznicy tegoż właśnie Daviesa, przygotowywani na fali sukcesu Wojny i pokoju (bo z tej samej stajni produkcyjnej). Steven Knight (odpowiedzialny za Peaky Blinders, ale i właśnie Taboo) podpisał zaś z BBC kontrakt na ekranizację paru dzieł Dickensa, od trzyczęściowej Opowieści wigilijnej zaczynając. Będzie więc co oglądać.

Pirjo: Ale super! Już się nie doczekam, szczególnie ekranizacji Dickensa – to jeden z moich najulubieńszych pisarzy, wygrywa dla mnie z Tołstojem czy Jane Austen. Podsumowując, święta spędzone w towarzystwie opowieści o dziewczynach napisanych lub nakręconych przez dziewczyny nie były czasem utraconym. Kobietki podobały mi się najbardziej i będę do nich wracać, nie obraziłabym się, gdyby pokuszono się o ekranizację kolejnych części, książek jest jeszcze kilka – ale wszystkie trzy propozycje przyjemnie się oglądało. Moim zdaniem jest jeszcze bardzo dużo miejsca w ramówce na dobre seriale w tym guście, nawet jeśli są kolejnymi adaptacjami czegoś, co znamy i co w przeszłości już zrobiono dobrze – a trzy omawiane okazały się wystarczająco solidne, by wnieść powiew świeżości. Mam więc nieustające zapotrzebowanie na ujęcia liści targanych wiatrem, chmur sunących po niebie, ptaków na gałęzi, a wszystko to w tempie delikatnie zwolnionym i z gustowną, klasyczną muzyką w tle, nieco rzewną. Zwolnienie tempa może tu być nawet kluczowe, pasowało do świątecznego lenistwa, jakby te seriale wołały – zwolnij, rozejrzyj się, odetchnij, ciesz się chwilą! Więc może za którymś razem, zainspirowane, rzeczywiście zaczniemy się tą chwilą cieszyć i celebrować nasze własne Teraz?

Fot. BBC

Fot. BBC

Little Women, The Miniaturist, Howards End
period drama
BBC, 2017

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)