Korona z tombaku, albo czego może nas nauczyć telenowela (Korona królów, S01E01-13)

Korona z tombaku, albo czego może nas nauczyć telenowela (Korona królów, S01E01-13)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Jeszcze niedawno myśleliśmy, że na pofragmentowanym między niezliczone stacje i platformy rynku nie ma już miejsca na serial, który oglądaliby w s z y s c y. Że końca dobiegła epoka, gdy najnowszy odcinek był tematem rozmów w zakładach pracy, na szkolnych korytarzach i przy rodzinnym obiedzie. Że dziś nowy tytuł może liczyć co najwyżej na dobrą pozycję w jednej z niezliczonych baniek kulturowych, a szeroka popularność to koncepcja wymarła gdzieś na przełomie dekad. Myśleliśmy tak aż do 1 stycznia 2018 roku, kiedy Korona królów, kostiumowa telenowela TVP 1 opowiadająca o młodości Kazimierza Łokietkowicza, znalazła się na ustach całego kraju.

Powszechne zainteresowanie nie wiąże się jednak z powszechnymi zachwytami. Koronie królów wypomina się inscenizacyjną biedę, słabe aktorstwo, historyczne uproszczenia i przekłamania, kiepski scenariusz z intrygami szytymi grubą nicią oraz przeraźliwe dialogi, których nie da się słuchać, a co dopiero uwierzyć, że mogliby jest wygłaszać żywi ludzie. Być może przyczyną tego wszystkiego jest skomplikowana droga Korony królów na ekran. Pierwsze zapowiedzi historycznej telenoweli padły z ust przedstawicieli TVP dwa lata temu. Jej roboczy tytuł brzmiał Złoty wiek, a opowiadać miała o czasach ostatnich Jagiellonów. Był to całkiem perspektywiczny pomysł. Trudny charakter Bony Sforzy, romanse jej syna Zygmunta Augusta (w tym najsłynniejszy i najtragiczniejszy — z Barbarą Radziwiłłówną), kwestia zamążpójścia licznych jagiellońskich księżniczek, polityczne i obyczajowe intrygi na dworze — wszystko to jest doskonałym materiałem na melodramatyczne intrygi. Sporym ułatwieniem realizacyjnym byłoby istnienie trzech dużych rezydencji z epoki: pałaców królewskich w Krakowie i Niepołomicach oraz zamku w Pieskowej Skale.

Fot. TVP

Fot. TVP

Decyzja o gruntownych zmianach w projekcie została podjęta bardzo późno, bo jeszcze jesienią 2016 prezes TVP zapowiadał, że serial o Jagiellonach pojawi się na ekranach wiosną 2017, a jego scenarzystką będzie Maria Ciunelis. Ostatecznie Złoty wiek stał się Koroną królów, czas akcji przeniesiono z XVI do XIV wieku, na dwór młodego Kazimierza Wielkiego. Maria Ciunelis zniknęła z listy płac (o co ma dziś żal, którym chętnie dzieli się z mediami), zastąpiona przez całą drużynę scenarzystów (filmpolski.pl podaje 8 nazwisk), nad którą opiekę literacką sprawuje caryca polskich seriali, twórczyni Klanu, M jak Miłość czy Barw szczęścia, Ilona Łepkowska. Wywiad udzielony przez Łepkowską „Dziennikowi” mówi sporo o trybie, w jakim powstała Korona królów. Pospiesznie dopisano dwa pierwsze odcinki (pierwotny początek ma teraz numer 3), kolejnych 16 przepisano praktycznie od nowa. Ciekawa jestem, co by zarzucono, gdyby zostały zrealizowane tamte dialogi z pierwszej wersji — skomentowała showrunnerka.

Problemom w nadaniu serialowi kierunku towarzyszyły problemy z komunikacją. Nie jest to nowość w polskiej telewizji. Zeszłoroczne TVN-owskie Belle epoque zaczęło się od ogłoszenia przez dyrektora programowego stacji, że powstaje „polski Sherlock” (w domyśle: remake serialu BBC z Cumberbatchem), późniejsze zdjęcia ze stylizacją głównego bohatera sugerowały polskie Taboo, a użycie w trailerze muzyki rockowej — coś na kształt Peaky Blinders. Ostatecznie Belle epoque okazało się niczym z wymienionych, zaś dezorientacja widzów tylko pogorszyła niezbyt pochlebny odbiór. W przypadku tytułu TVP iskrą zapalną było pierwsze upublicznione zdjęcie z planu. Kiepska jakość fotosu sprawiała, że kostiumy i dekoracje wyglądały fatalnie. Potencjalni widzowie, zamiast czuć zainteresowanie, dowcipkowali, że to fragment Świata według Kiepskich. Sytuację tylko pogorszyły tłumaczenia prezesa TVP, że jego serial nie będzie Grą o tron, bo jest robiony za 250 razy mniejsze pieniądze: w Internet popłynął przekaz, że włodarz z Woronicza porównuje Koronę królów do hitu HBO. Ten fatalny PR trwa po dziś dzień —  satyryczny Aszdziennik naśmiewa się z tego, jak bardzo z nieprzychylnymi opiniami nie radzi sobie administracja poświęconemu telenoweli profilu na Facebooku.

Co jeszcze można powiedzieć o Koronie królów przed wgłębieniem się w meandry fabuły i gry aktorskiej? XIV-wieczny Wawel gra od zewnątrz zamek w Bobolicach, czy raczej jego współczesna rekonstrukcja, bo jeszcze dekadę temu to kazimierzowskie orle gniazdo było malowniczą ruiną. Dodatkowo plenerów użyczyły ruiny zamku (częściowo odbudowane) i romański kościół (rekonstrukcja przedwojenna) w Inowłodzu. Wnętrza z epoki odtworzono w studio TVP — telewizja realizuje serial własnymi siłami, zamiast zamówić go, jak to bywało w poprzednich latach, u zewnętrznych firm produkcyjnych. Konsultantką historyczną jest dr hab. Bożena Czwojdrak, adiunkt w Instytucie Historii UŚ. Specjalizuje się w historii XIV i XV wieku, autorka książki Zofia Holszańska. Studium o dworze i roli królowej w późnośredniowiecznej Polsce. Pytana o tę kwestię Ilona Łepkowska wyjaśnia, że scenariusz każdego odcinka jest przez doktor Czwojdrak sprawdzany dwukrotnie (zaś jak sprawa wygląda z perspektywy pani doktor można przeczytać w wywiadzie udzielonym przez nia Histmagowi). Z kolei rolę konsultanta od spraw liturgii pełni Piotr Szukiel, doktorant IH UWr.

Fot. TVP

Fot. TVP

Wbrew towarzyszącej Koronie królów opinii amatorszczyzny, w pionie produkcyjnym znalazło się kilka osób z dorobkiem. Twórca scenografii, Andrzej Haliński, pracował między innymi przy Ziemi obiecanej i Królowej Bonie. Pierwszy tytuł jest uznawany za najlepszy polski film wszech czasów, drugi — za doskonały serial historyczny, wielokrotnie przedstawiany jako wzorzec (w przeciwieństwie do „złej” Korony królów). Teresa Gruber, dekoratorka wnętrz, ma na koncie Bożą podszewkę, Czas honoru, Królewskie sny (kolejny wybitny serial historyczny PRL — tym razem o starości Jagiełły) i Najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy. Kostiumografka Elżbieta Radke zaczynała od Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny, żeby potem pracować przy dziesiątkach filmów, seriali i spektakli — w tym historycznych. Montażysta Paweł Laskowski jest stałym współpracownikiem Wojciecha Smarzowskiego. Joanna Lacher, której wokalizę słyszymy w czołówce, to wokalista Percivala Schuttenbacha.

Przy takiej plejadzie specjalistów pracujących nad Koroną królów, nawet pośpiech z trudem tłumaczy liczbę błędów i przekłamań wytykanych przez uważnych widzów. A wytykali ich sporo: królowa modli się pełną wersją Zdrowaś Mario, która wykształci się dopiero kilkadziesiąt lat później, a do brewiarzy trafi w wieku XVI; na dworze tańczą taniec, który również powstanie dopiero w końcu XIV wieku; księżna Anna Giedyminówna ma chustę zabarwioną barwnikiem z końca XIX; litewski ser, którym się zajada, wyprodukowano w dwudziestoleciu międzywojennym; miłośnicy hippiki zauważyli elementy współczesnego rzędu końskiego. Nie pasują też zbyt reprezentacyjne stroje noszone w sytuacjach codziennych.

Powyższe zarzuty świadczyłyby, że wbrew powszechnej w branży opinii polscy widzowie nie dorośli do produkcji na poziomie zachodnim, a krajowym wybaczą bardzo dużo, ci są w rzeczywistości bardzo wymagający. Dynastia Tudorów potrafiła skleić dwie siostry Henryka VIII w jedną (podczas gdy Kazimierz wciąż ma Kunegundę i Elżbietę, które pojawiają się na ekranie ), a Wikingowie luźno podchodzić do chronologii (podczas gdy Korona królów trzyma się jej kosztem rytmu fabuły — odcinek 1 i 2 dzieli 7 lat). By nie wspomnieć o tym, co robi się ze strojami i fryzurami. Po wyliczeniu wszystkich anachronizmów w popularnych serialach kostiumowych, Korona królów z pewnością wyszłaby obronną ręką — chociażby dlatego, że tamte mają za sobą po kilka sezonów emisji, podczas gdy serial o ostatnich Piastach nadawany jest dopiero od Nowego Roku.

Może więc chodzi o fałszywe obietnice? Nic tak nie złości odbiorców, jak produkt okazujący się czymś innym, niż był w zapowiedziach i reklamach. Tudorowie nie oszukują, że nie są serialem erotyczno-obyczajowym z dodatkiem obowiązkowej u Anglosasów hagiografii pierwszych anglikanów. Wikingowie od samego początku byli krwawą baśnią o legendarnym Ragnarze Włochate Portki. Korona królów natomiast wprawdzie od samego początku była telenowelą historyczną, polskim Wspaniałym stuleciem, jednak, jak już było wspomniane wyżej, nikt nie potrafił tego wytłumaczyć, a zamiast tego wplątano się w nieszczęsne porównania z Grą o tron.

Trzecim wreszcie problemem Korony królów jest lęk przed dosadnością. Dzieje Kazimierza Wielkiego są pełne skandali i awantur. Już jako dwudziestolatek przyszły władca stał się bohaterem wielkiego skandalu. W najgorszej wersji zgwałcił Klarę Zach, dwórkę swojej siostry, królowej Węgier. Według wersji bardziej przychylnych „tylko” ją uwiódł, a próbującą się zemścić rodzinę Klary wymordowano. Potem jest tylko lepiej: mniej (Cudka) i bardziej (Esterka, Krystyna) udokumentowane romanse władcy, jego kolejne małżeństwa, problemy z zapewnieniem królestwu i rodowi prawowitego następcy, reformy państwa, klątwy rzucane przez biskupa krakowskiego, czy wreszcie trudny do oceny całokształt (przyjął się przydomek „Wielki”, ale już np. Cat-Mackiewicz nazywał Kazimierza „rozbiorcą”, dowodząc, że kraj przetrwał jego zgubne decyzje tylko dzięki przypadkowi i determinacji kilku odpowiedzialnych ludzi). Na kanwie takich faktów dałoby się spokojnie stworzyć akceptowalny serial — byleby wybrać pasującą konwencję.

Fot. TVP

Fot. TVP

TVP zdecydowała się na telenowelę. Był to bezpieczny wybór, za którym stały poważne argumenty. Pierwszym jest szalona popularność Wspaniałego stulecia. Turecki serial spodobał się widzom, wywołując modę na produkcje znad Bosforu. Za drugim argumentem nie stoją twarde dane, ale w jego prawdziwość zdaje się wierzyć cała krajowa branża telewizyjna. Padał z ust dyrektorów i producentów, ludzi mediów publicznych i prywatnych, a nawet samej llony Łepkowskiej. Brzmi on następująco: polski widz nie dorósł do oglądania zachodnich seriali jakościowych. Krwawy, dosadny realizm (tak lubiany przez nieliczną elitę widzów HBO, abonentów Netfliksa czy czytelników Pulpozaura) tylko by ich zniesmaczył, głębszą psychologię postaci czy wprowadzanie dylematów moralnych odrzuciliby jako dramatyczne umoczenie w życiu. Trzeba więc zapomnieć o polskim Outlanderze czy Poldarku, a robić Koronę królów. Przy tak postawionej sprawie Ilona Łepkowska wydaje się showrunnerką idealną. Bezpieczna bezbarwność, uczuciowa i ideowa letniość są znakiem rozpoznawczym każdego jej serialu. Wprawdzie niekiedy próbowała na przykład wprowadzić wyrazistego antagonistę (czy ktoś jeszcze pamięta, że Monika z Klanu miała być „polską Alexis”?), szybko się jednak z tego wycofywała. Wszystko w imię zasady, że widz chce przed telewizorem odpocząć, a nie daj Boże poczuć jakieś gwałtowniejsze emocje.

Co jednak doskonale sprawdza się w operze mydlanej (której świat przedstawiony to homeostat), nie pasuje do telenowel, dla których paliwem są melodramatyczne emocje i złość na czarne charaktery. Dlatego Korona królów, w odróżnieniu od swojego tureckiego pierwowzoru i anglosaskich produkcji z wyższej ligi finansowej, razi letniością. Halina Łabonarska jest bardzo dobrą aktorką (jej talent można podziwiać w niedawnych Listach z Rosji Teatru Telewizji) i jej interpretacja Jadwigi Kaliskiej mogłaby się stać wielką antagonistką, której nienawidzimy za sekowanie biednej Anny Aldony, a jednocześnie podziwiamy za styl, w jakim snuje intrygi i fakt, że jest w gruncie rzeczy godną swojego królewskiego tytułu. Zamiast tego mamy trochę surową, ale jednak współczującą kobietę, która nie dogaduje się z synową tylko dlatego, że jej scenarzyści nie pozwalają. Podobnie ugrzeczniony jest Kazimierz, rycerze, dworzanie, biskupi. Nudne w swojej letniości jest przedstawienie chrześcijaństwa: ani zinstrumentalizowane przez politykę jak w Wikingach, ani żarliwa wiara jak u Huizingi i Le Goffa. Religijność na Wawelu przypomina religijność u rodziny Lubiczów. Lekkie pogrożenie palcem rytualizmowi, lekkie pochwały pod adresem dobroludzizmu.

To wszystko razem zamula serial, odbiera energię aktorom, gubi atrakcyjność epoki. W efekcie powstała bezbarwna, niskobudżetowa, infantylna telenowela. Na szczęście nie tak straszna jak odcinki noworoczne. W porównaniu z epizodami od 6 wzwyż, to, co zobaczyliśmy w pierwszym tygodniu emisji wygląda jakby zostało nakręcone na pospiesznego ostatniego dnia zdjęć, kiedy wszyscy są zmęczeni i chcą już do domu. Ta zmiana poziomu potwierdza słowa o dzikim tempie produkcji, pokazując przy okazji, że polska telewizja (nie tylko TVP – to powszechny błąd) po raz kolejny strzela sobie stopę, zaczynając serial od najsłabszych epizodów. Realizacja dobrego pilota to umiejętność, którą polski przemysł serialowy powinien sobie przyswoić jak najszybciej. Inaczej nieustannie zrażani na starcie widzowie raz na zawsze dadzą sobie spokój z krajowymi serialami, od telenowel, po jakościową ofertę kablówek i platform cyfrowych.
Najważniejszą jednak wiadomością, stojącą w kontrze do wszystkich zarzutów i żali, jest to, że Korona królów jednak odniosła sukces. Przynajmniej komercyjnie. Tak się właśnie stało: odsądzana od czci i wiary telenowela pobiła rekordy oglądalności. Premierę obejrzało 3,7 miliona widzów, co stanowi jedno z najlepszych otwarć w polskiej telewizji od lat. W normalnej tygodniowej emisji liczba widzów jest mniejsza o milion, lecz wciąż oznacza to, że Jedynka jest liderem pasma, wyprzedzając komercyjną konkurencję. Najbliższe tygodnie zadecydują, czy oglądalność jednak spadnie (ku radości krytyków), czy ustabilizuje się na satysfakcjonującym poziomie.

Trudno powiedzieć, czy tylu widzów napędził internetowy hejt (w co zdaje się wierzyć Łepkowska), głód obrazów historycznych, czy też polski widz reprezentuje tak niski poziom intelektualny i kulturalny, że łapie się na pierścionek z tombaku (też dość powszechna opinia, zwłaszcza osób, dla których standardy wyznacza Netflix i HBO). Na razie Korona królów ma status podobny do disco polo i pornografii — oficjalnie nikt nie ogląda, ale każdy szczegół jest na ustach całego społeczeństwa. W prasie ukazują się artykuły badające kulisy powstania serialu, a internet jest pełen memów. Prezes TVP jest chyba zadowolony z obrotu sprawy, skoro nie tylko nie wycofuje się, ale jeszcze zwiększa nakłady. Podobno już od dwudziestego odcinka zacznie się dziać. Łepkowska obiecuje większy rozmach, Zjazd Wyszehradzki i biskupa Grota biorącego łapówki. Dokąd to poprowadzi nas widzów, serial z jego twórcami i polską branżę telewizyjną (w zeszłym roku własny serial o Piastach zapowiadał Smarzowski; przebąkuje się również o ekranizacjach powieści Cherezińskiej)? Zobaczymy pewnie za kilka miesięcy.

Fot. TVP

Fot. TVP

Korona królów
telenowela historyczna
TVP, 2018–

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.