This image is embargoed until 00.01 Tuesday 3rd November 2015

From Rainmark Films

The Frankenstein Chronicles on ITV Encore

Pictured: Mary Shelley [Anna Maxwell Martin], John Marlott [Sean Bean] and Nightingale [Richie Campbell].

In the drama’s opening sequences, the Home Secretary Sir Robert Peel, following a successful operation by Thames River Police to apprehend a gang of opium smugglers, recruits Marlott. 
 
As he stands on the water’s edge contemplating the arrest of the smugglers, Marlott makes a shocking discovery.  The body of a dead child is washed up on the shore and on further examination of the corpse he is horrified to discover it’s not actually a child but rather a crude assembly of body parts arranged in a grotesque parody of a human form.  The mutilated child-like body leaves an indelible impression on Marlott and he finds himself unable to shake off the memory of what has happened that fateful night.

This photograph is (C) ITV Plc and can only be reproduced for editorial purposes directly in connection with the programme or event mentioned above, or ITV plc. Once made available by ITV plc Picture Desk, this photograph can be reproduced once only up until the transmission [TX] date and no reproduction fee will be charged. Any subsequent usage may incur a fee. This photograph must not be manipulated [excluding basic cropping] in a manner which alters the visual appearance of the person photographed deemed detrimental or inappropriate by ITV plc Picture Desk.  This photograph must not be syndicated to any other company, publication or website, or permanently archived, without the express written permission of ITV Plc Picture Desk. Full Terms and conditions are available on the website www.itvpictures.com

For further information please contact:
james.hilder@itv.com / 0207 157 3052

Nie jesteśmy w stanie kontrolować naszych koszmarów (The Frankenstein Chronicles, S01)

Tekst zawiera niewielkie spoilery.

Tak, to jest ten serial, po którego obejrzeniu wykrzyknęłam: „Da się!”

Po Wojnie i pokoju BBC z jednej strony (tej, która zdawała się dawać duże nadzieje) i Belle epoque TVN ze strony drugiej (bez wielkich nadziei pomimo szumnych zapowiedzi producenta) miałam spore wątpliwości w kwestii tego, co różne telewizje robią ostatnio z XIX wiekiem. Na dodatek wykorzystanie do fabuły kryminalnej akurat Frankensteina wydawało mi się co najmniej ryzykowne, bo obawiałam się, że okaże się banalne. Ale Sean Bean w roli głównej był wystarczającą przynętą, żeby sięgnąć po ten serial – i dobrze, bo naprawdę warto.

Ostatnim kostiumowym serialem kryminalnym, jaki oglądałam bez nadmiernej irytacji, był Ripper Street, więc po Frankenstein Chronicles spodziewałam się czegoś podobnego. To znaczy miłego dla oka w sensie, że Londyn nie będzie czyściutki jak Kraków w Belle epoque, że kostiumy będą OK, aktorzy od świetnych po dobry drugi plan, a historyjki na tyle wciągające, żeby chcieć oglądać dalej. Mając bowiem nikłe dane, a nie chcąc czytać szczegółowych recenzji, aby uniknąć spojlerów, zakładałam, że jest to – jak Ripper Street właśnie – raczej procedural niż jedna historia rozłożona na kilka odcinków. Że się w tej ostatniej kwestii myliłam, okazało się już w pierwszym odcinku i było to pierwsze pozytywne zaskoczenie.

Serial zaczyna się bardzo zdecydowanie od „dark and stormy night” na Tamizie, a pogodnym rankiem policja rzeczna znajduje wyrzucone na brzeg ciało dziecka. Ciało, które wygląda jak eksperyment kogoś, kto postanowił naśladować doktora Frankensteina z powieści Mary Shelley. Kiedy główny bohater, John Marlott (Bean) pochyla się nad nim, dziewczynka łapie go za rękę, ale moment później jej pozszywane z kawałków ciało jest znów sztywne i nieruchome.

Twórcy zadbali, żebyśmy w to doświadczenie bohatera bardzo szybko zwątpili. John Marlott to człowiek po wielu przejściach, które razem składają się na to, że mógł sobie to wszystko wyobrazić. Sam stracił dziecko oraz ukochaną żonę – to jedno. Ale na dodatek jest chory na dość zaawansowany syfilis – skądinąd sądząc z bardzo wyraźnych napomknień przyczynę śmierci rodziny – który leczy w najlepszym razie (zgodnie z praktyką swoich czasów) rtęcią, więc zaczyna raz za czas miewać halucynacje – to drugie. Te konkretne przyczyny jego niewiarygodności będą mu przypominane i wyciągane, podobnie jak to, co dla miejsca i czasu jest może nawet ważniejsze – jego niskie pochodzenie, brak koneksji, obycia, wykształcenia, a nawet tak naprawdę wiedzy o tym, co jest popularne w jego czasach. Najlepiej streszcza to rozmowa z dziennikarzem Bozem na początku trzeciego odcinka, kiedy Marlott przyznaje się, że nie tylko nie wiedział o istnieniu powieści Frankenstein – ani jej scenicznej adaptacji sprzed kilku lat, którą „wszyscy widzieli dwa razy” – ale nie wie nawet, kim był lord Byron. Niewiele później Marlott zapyta Mary, czy jej mąż Percy był chirurgiem.

Fot. ITV

Fot. ITV

Dla bywalców korytarzy władzy człowiek taki jak on jest przydatny, kiedy jest na swoim miejscu i nie wychyla się poza nie, wygodny jako narzędzie ich własnych intryg, ewentualnie fascynujący dla znudzonych i odważnych dam. Zaczyna być kłopotliwy, kiedy we wszystkich trzech sferach zaczyna mieć własne zdanie i pomysły. Kiedy przydzielony do rozwiązania zagadki – oczywiście tak, żeby rozwiązanie było po myśli zleceniodawcy – zaczyna tropić prawdę. Kiedy jako policjant ma własny pomysł na śledztwo, a jako mężczyzna nie ma ochoty być po prostu erotyczną zabawką bogatej damy. Wtedy pod każdym względem staje się niewygodny. Na dodatek interes w podważaniu jego wiarygodności zaczynają mieć prawie wszystkie zainteresowane strony, ponieważ siatka powiązań – politycznych, naukowych, społecznych – okazuje się w tym serialu niezwykle skomplikowana.

Rzecz dzieje się w roku 1827 i obraca – znakomity pomysł! – wokół pierwszych prób przeprowadzenia ustawy znanej jako „Anatomy Act”, mającej ułatwić lekarzom i studentom medycyny dostęp do ludzkich zwłok. W Anglii obowiązywało wówczas prawo z 1752, stanowiące, że jedynym materiałem do nauki anatomii mogły być zwłoki morderców, na których wykonano wyrok śmierci, wierzono bowiem, że tacy ludzie nie zmartwychwstaną, a zatem taki los był dodatkowa karą za najcięższe zbrodnie. Jak się nietrudno domyślić, nawet w czasach, kiedy podobne wyroki były na porządku dziennym, a przestępczość była relatywnie wysoka, nie wystarczało to na potrzeby szkół medycznych. Początek XIX wieku na dodatek był świadkiem odwrócenia proporcji: wzrostu osób kształcących się na lekarzy przy jednoczesnym spadku egzekucji wyczerpujących wymagania ustawy. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – na tej sytuacji korzystali głównie nielegalni dostawcy trupów do sekcji, zwłok kradzionych z cmentarzy. Proceder teoretycznie był nielegalny, ale długo przymykano nań oko, bo alternatywy były póki co równie nieakceptowalne. Opinia publiczna pozostawała początkowo podzielona w kwestii Anatomy Act: z jednej strony uważano donacje ciał dla nauki za uwłaczające i pozbawiające nadziei na życie wieczne, z drugiej – kradzieże zwłok stawały się plagą. Co więcej, co bardziej przedsiębiorczy porywacze ciał nie ograniczali się do kradzieży ludzi już zmarłych, ale przyspieszali ich podróż na stół sekcyjny. Seria morderstw o takiej właśnie motywacji dokonanych przez zbrodniczy duet dwóch Williamów, Burke’a i Hare’a, wstrząsnęła w 1828 roku Edynburgiem, a w roku 1831 ich ewidentni naśladowcy rozpoczęli podobny proceder w Londynie. W efekcie w roku 1832 ustawa została przyjęta przez brytyjski parlament.

Scenarzyści wybrali rok 1827 zapewne po to, żeby nie mieć jeszcze w tle histerii związanej z „burkizmem”, a zarazem być już blisko realnych dyskusji o nowym prawie (o innym powodzie za chwilę). Lata dwudzieste XIX wieku to okres stosunkowo mało ograny w filmie i ogólnie popkulturze, uznawany za „nijaki”. Epoka napoleońska (tu dyskretnie przywołana poprzez gadżety z Sharpe’a w posiadaniu Marlotta i wzmiankę o tym, że główny bohater walczył pod Waterloo) już minęła, wiktoriańska jeszcze się nie zaczęła, i po prawdzie na dobre, tu mam na myśli motywy najmocniej popkulturowo ograne, jeszcze długo nie zacznie. Europa drzemie w pokongresowym, biedermeierowskim ładzie, niespokojnie jest na razie głównie w Italii, ale Austria sprawnie tłumi wszelkie rewolucyjne zapędy. W Anglii Książę Regent od kilku lat jest królem Jerzym IV, ale liczni recenzenci i tak siłą rozpędu piszą, że serial dzieje się w „Regency period”, co najlepiej podsumowuje popkulturowy brak odrębności epoki.

Fot. ITV

Fot. ITV

I tu właśnie kolejne miłe zaskoczenie, mogące stanowić źródło błędów w osadzaniu serialu w czasie: scenograf nieźle sobie poradził z chronologicznym umiejscowieniem. Kostiumy są zasadniczo takie, jak powinny: pod koniec lat dwudziestych w modzie damskiej nadal królowały fasony bliskie empirowym (= „regencyjnym”), choć zdradzające już powolne przechodzenie ku temu, co stanie się znakiem rozpoznawczym kolejnej dekady: upiornych ogromnych bufiastych rękawów. Tych, które większość scenografów, zwłaszcza dziś, woli omijać szerokim łukiem, nawet jeśli akcja wyraźnie w latach trzydziestych się dzieje. Ale przyznam, że absolutnie nie zdziwiłaby mnie (choć niewątpliwie by zirytowała) dezynwoltura scenografa, który w tym 1827 roku ubrałby panie albo w fasony z lat znacznie późniejszych, albo w ogóle jakieś dwudziestowieczne dziwa w rodzaju ostatniej Wojny i pokoju. A tu proszę – mimo że wysokie stany i zwiewne sukienki kojarzą się z Jane Austen, są na miejscu, jak powinny być. Moda męska przez prawie cały XIX wiek była znacznie bardziej zachowawcza, więc z reguły mniej się jej można czepić, co jest również udziałem Frankenstein Chronicles, ale warto podkreślić, że zadbano o to, żeby bohaterowie należący do różnych warstw społecznych bardzo wyraźnie różnili się nie tylko jakością ubrań, ale też sposobem ich noszenia (to były skomplikowane ubrania): od całkowitej swobody arystokratów po wrażenie sztuczności, kiedy John Marlott zakłada na siebie coś nieco bardziej eleganckiego niż na co dzień, choć nadal odległego od strojów ministrów, lordów, a nawet lekko dandysowatego na miarę swoich skromnych finansowych możliwości dziennikarza. Takiej dbałości o drobiazgi kostiumowe dawno nie widziałam.

Ogólnie zazwyczaj rozglądam się po wnętrzach i ścianach w poszukiwaniu przedmiotów anachronicznych, a tu prawie ich nie ma – wyłapałam jeden zegar i jedną miniaturę. Co oznacza, że jeśli nawet było ich więcej, to nie rzucały się w oczy. Pod względem scenografii – znalezienie miejsc, które doskonale udają Londyn sprzed rozbudowy – tu też w zasadzie nie ma czego twórcom zarzucić, potrafili obejść się bez operowania niezbyt naturalnym oświetleniem czy artystowskimi zdjęciami, żeby osiągnąć realistyczne poczucie brudu i takiej codziennej, zwykłej grozy miejsc niebezpiecznych, kiedy była taka potrzeba. W sumie ten naturalizm operatorski jest wielkim plusem i pokazuje maestrię realizatorów: historia i scenografia bronią się same, bez dodatkowych udziwnień.

Serialowi udało się ponadto uniknąć najgroźniejszej chyba pułapki anachronizmu, mianowicie wpisania w kostiumowy setting problemów stricte dwudziesto- czy dwudziestopierwszowiecznych. Sztandarowym przykładem złapania się w tę pułapkę jest wspomniana Ripper Street, gdzie kostiumy są zasadniczo w porządku, Londyn spowity wiktoriańskim smogiem i odpowiednio brudny, postacie nawet nieźle wpisane w epokę, ale problemy i konkretne kryminalne przypadki już nie. Ale to kwestia na osobną recenzję. Frankenstein Chronicles natomiast dotykają problemów dla nas współcześnie ważnych i nadal dyskutowanych – przede wszystkim granic nauki i jej uwikłania w politykę – ale w taki sposób, że ich ujęcie nie kłóci się z tym, jak dany temat traktowano w pokazywanych czasach. Nawet zagadnienia takie jak aborcja czy stosunek do homoseksualizmu udało się pokazać zgodnie z mentalnością epoki w sposób nienachalnie publicystyczny. Co więcej, i jedno, i drugie, choć w pierwszej chwili może się wydać właśnie wyłącznie wrzucaniem problemów szeroko dyskutowanych w naszych czasach w fabułę, okazuje się mieć swoje bardzo ważne miejsce i uzasadnienie w tejże fabule. Warto dodać, że jedyny czysto późno dwudziesto- oraz dwudziestopierwszowieczny koncept, jaki znalazł się w fabule, napisany został również językiem, jaki był dostępny ówczesnej nauce, bez używania anachronicznych terminów, z całym obciążeniem wciąż jeszcze trwającego mistycznego niemal podejścia do niektórych gałęzi wiedzy. Rozmaite mistycyzmy czy zróżnicowane religijne obsesje głównych i pobocznych bohaterów też są zgodne z przekonaniami epoki.

Fot. ITV

Fot. ITV

Podobnie rzecz się ma z tytułem i wykorzystaniem samej Mary Shelley oraz jej powieści. Niby z początku wydaje się to pretekstem, a okazuje się odgrywać kluczową rolę. I kiedy już sobie myślimy, że owszem, kluczową, ale w sposób dość przewidywalny, choć niekoniecznie banalny, to okazuje się, że… nie.

Zakończenie pierwszego sezonu bywa najczęściej krytykowane na różnego rodzaju forach filmowych z recenzjami widzów. Mnie osobiście wydało się jedynym logicznym (jak już dotarłam do drugiej połowy ostatniego odcinka, okazało się, że wszystkie wątki do niego prowadziły) oraz jedynym mającym sens, zakładając, że w drugim sezonie mamy mieć tego samego bohatera. Ba, uważam, że jest ono błyskotliwe i jeśli ktokolwiek do końca miał wątpliwości, czy tytuł jest adekwatny do całości, teraz powinien je porzucić. Scenarzystom udało się coś jeszcze: idealne podomykanie wszystkich wątków, splecenie ich w misterny wzór, który nabiera sensu dopiero jak zobaczymy całość obrazu. Tak rygorystycznie przestrzeganej zasady, że każdy element musi mieć swoje miejsce w całości i w jej obrębie się tłumaczyć, dawno nie widziałam w żadnym serialu. Podobnie jak bohatera, który popełnia całkowicie niezawinione błędy, wiedziony szlachetnymi pobudkami, wydającymi się na dodatek mieć racjonalną podbudowę. John Marlott nieświadomie sprowadza katastrofę na jedną z bohaterek, cały czas działając dla jej dobra, w zgodzie z moralnością i obyczajowością epoki – w obrębie świata przedstawionego jego decyzje są doskonale uzasadnione, ale nikt nie jest w stanie wziąć pod uwagę czynników nieprzewidywalnych, wymykających się wcześniejszej analizie sytuacji. Na danym etapie zarówno bohater, jak i widz, mają za mało przesłanek, żeby dostrzec potencjalne zagrożenie i nieszczęście.

Bardzo dobrze wypadło też dyskretne, nienachalne wprowadzenie postaci historycznych. Nie jestem specjalistką akurat od historii Anglii i nie sprawdzałam, ile przewijających się w tle nazwisk polityków jest autentyczne (na pewno Sir Robert Peel jako Home Secretary), natomiast znakomicie rozegrano postać i twórczość Williama Blake’a oraz Mary Shelley. Nie udało mi się ustalić, czy ta dwójka kiedykolwiek się osobiście spotkała – nie jest to wykluczone, choć mało prawdopodobne, żeby nie było wspominane w biografiach obojga. Mary na pewno nie było u Blake’a w dniu jego śmierci, nie wydaje się też, żeby należała do grona jego wyznawców. Niemniej wiele studiów na temat Frankensteina z jednej strony, a Songs of Innocence and Experience z drugiej, podkreśla ideowe związki między tymi dziełami, więc połączenie tych postaci na potrzeby lekko alternatywnej historii nie jest bez sensu. Żeby było jeszcze ciekawiej, stosunkowo jeszcze mało znany Blake ilustrował w 1791 roku drugie wydanie książeczki z opowieściami dla dzieci i o dzieciach matki Mary Shelley, Mary Wollstonecraft, zatytułowanej Original Stories from Real Life, co dodaje smaku takiemu fabularnemu zabiegowi, jaki tu mamy; znajomość ta jest zresztą przywołana w znakomitej scenie rozmowy Marlotta z Mary. Scenariusz przywołuje również Johanna Dippela von Frankenstein, jako że urodzonego na zamku o tej nazwie, którego dość powszechnie uważa się za pierwowzór postaci doktora z powieści Mary Shelley. Przywołuje go w dodatku jako inspirację dla prawdziwego producenta monstrów w tym serialu (to nie spojler, bo nazwisko pada, jak już wszystko wiemy, choć pojawia się wcześniej, ale to odkryłam dopiero przy drugim oglądaniu), wygląda więc na to, że autorzy całkowicie świadomie dodali córkę do powiązań z Blake’em.

Fot. ITV

Fot. ITV

Mary Shelley jest w scenariuszu postacią ciekawą i niejednoznaczną, a z pewnością nie tylko ozdobnikiem, jak to nader często bywa w powieściach i filmach dziejących się w XIX wieku, kiedy otrzymujemy mniej lub bardziej przewidywalny zestaw znanych nazwisk i niewiele poza tym. Tu widzimy kobietę silną, jaką niewątpliwie była, mającą własną niełatwą przeszłość i trudne relacje z bliskimi. I mimo iż to ona wypowiada słowa, które posłużyły za tytuł tej recenzji, mimo że usiłuje za pomocą kłamstw i niedopowiedzeń uciec przed odpowiedzialnością, ostatecznie stawi czoła swoim koszmarom i zdoła realnie wziąć odpowiedzialność zarówno za swoje uczynki, jak i za swoją literacką kreację – wprawdzie tylko na tyle, na ile uważa za konieczne i stosowne, ale to akurat jest ładny obyczajowy motyw, dodający postaci realizmu psychologicznego.

To jest zresztą bardzo mocna strona Frankenstein Chronicles – bohaterowie są dalecy od stereotypów, mimo że jakoś na nich bazują. Mamy tu pełny zestaw postaci charakterystycznych dla powieści czy filmów osadzonych w szeroko pojętym XIX wieku (ach, jakże bym chciała, żeby więcej pisarzy i producentów doceniło różnorodność tego stulecia…), czy to „realistycznych”, czy zahaczających o steampunk: policjanta z nizin, zblazowanych lordów, knujących polityków, szalonych naukowców z ich obsesją galwanizmu oraz wścibskich dziennikarzy, ale żadna z tych postaci nie jest wyłącznie personifikacją typu. Motywacje wszystkich głównych bohaterów odkrywają się przed nami powoli, z kilkoma mocno zaskakującymi twistami, które są, gdy następnie zanalizować na chłodno scenariusz, bardzo sprytnie zapowiadane wcześniej – wszystkie przysłowiowe czechowowskie strzelby elegancko wystrzelają. To naprawdę jest serial, w którym warto uważnie przyglądać się szczegółom i wsłuchiwać w dialogi. Właściwie całe rozwiązania zagadki jest wcześniej zapowiadane, a mimo to zaskakuje.

W warstwie obyczajowo-psychologicznej twórcom udało się uniknąć jeszcze jednej pułapki, bardziej zdradliwej niż w przypadku postaci męskich oraz wątków kryminalnych, mianowicie unowocześnienia kobiet. Nie ma nic gorszego niż dość dowolny okres XIX wieku, w którym wszystkie panie są jeśli nie wręcz sufrażystkami albo emancypantkami, to przynajmniej protofeministkami. Ruch emancypacyjny dojrzewał długo, ale nie należy też zapominać, że początek wieku był dla pań znacznie przyjaźniejszy niż jego ostatnie dekady (prawdziwy „wiktorianizm”). I tu właśnie to mamy: kobiety są oczywiście zależne od mężczyzn, ale głównie ekonomicznie. Lady Hervey bierze pod uwagę małżeństwo z bogatym mężczyzną, którego nie znosi, głównie dlatego, że chce wspomóc działalność brata, co wymaga podreperowania rodzinnych funduszy. Niemniej jej rozdarcie, czy poświęcić się w ten sposób, czy też może jednak pójść za głosem serca, nie ma w sobie jeszcze tragedii Anny Kareniny, ponieważ nasza dama poza wszystkim zakłada, że w razie czego po prostu będzie męża zdradzać. Oczywiście, perspektywa tego konkretnego małżeństwa ją odrzuca, ale nie przyprawia o myśli samobójcze. No i mimo nienajlepszej kondycji finansowej rodziny, ona ciągle ma wybór, nawet w bardzo nieprzyjaznej dla kobiet pod względem ekonomicznym Anglii.

Fot. ITV

Fot. ITV

Ważnych postaci kobiecych jest tu kilka i zapewne większość z nich nie zadowoli tej grupy widzów, którzy domagają się równouprawnienia bohaterów i bohaterek, ponieważ zostały napisane tak, żeby wpasowywać się w realia epoki. Ale za to reprezentują w zasadzie wszystkie sfery społeczne i w każdej z nich mają coś do powiedzenia i do zrobienia, choć może do radykalnie feministycznie nastawionych krytyków i krytyczek byłoby to za mało. Niemniej uważam, że przede wszystkim danie Mary Shelley ważnej roli zarówno nieświadomej sprawczyni części wydarzeń, które są w centrum fabuły, jak i osoby, która podejmuje działanie, żeby przynajmniej część błędów swojej młodości naprawić, jest wyjściem salomonowym. Podobnie jak uczynienie z Flory – młodej dziewczyny o dość niejasnym pochodzeniu, ofiary demonicznego króla półświatka – kluczowej postaci dla rozwiązania zagadki. Flora zresztą jest jedną z ciekawszych bohaterek, bo pomimo wszelkich ograniczeń: pochodzenia, sytuacji, w jakiej się znalazła, traumy itd., potrafi działać, potrafi podjąć się trudnej roli narzuconej jej przez śledztwo. A zarazem nie staje się od razu superbohaterką, nie zyskuje nagle dodatkowych zdolności, kiedy zostaje jedną z centralnych postaci akcji. Niejednoznaczna jest też Lady Hervey ze swoją obsesją religijną, uczciwością, naiwnością, ale i erotyczną fascynacją silnym mężczyzną z nizin – powiedzmy od razu, że nie mamy tu prostej historii jakiejś Lady Chatterley czy Mrs. Brown, między innymi dlatego, że ten wątek zrównoważony jest przez niebanalne poprowadzenie postaci głównego bohatera i jego stosunku do próby narzucenia mu erotycznego układu przez pozornie niedostępną dla niego damę.

Poboczne wątki – czarnoskórego pomocnika Marlotta (bardzo sprawnie rozwiązany problem reprezentacji z wielce w duchu epoki historią bohatera) i jego zakochania we Florze, samej Flory oraz gangu, którego pada ofiarą – sprawiają wrażenie zaczerpniętych z współczesnych lub nieco późniejszych pitawali czy doniesień prasowych. Nad dziewiętnastowiecznymi gazetami angielskimi z tych dokładnie lat spędziłam długie godziny, więc tu akurat mówię z własnego doświadczenia. Może postacie Billy’ego czy Pritty’ego są nieco bardziej dickensowskie niż gazetowe, ale Dickens też aż tak bardzo nie zmyślał.

I jeszcze jedno: jakkolwiek różne obyczajowe sprawy są istotne dla akcji, a część wątków na pewno nie jest dla młodszej widowni, nie jest to serial, którego tagline brzmiałby „seks i przemoc”, mimo że jednego i drugiego trochę jest, choć nie ma na ekranie kopulacji. Jest, bo być musi ze względu na fabułę, która jest między innymi o seksualnym wykorzystaniu, o przemocy wobec słabszych, o wykorzystywaniu okrucieństwa dla niecnych postępków najróżniejszej maści i przez osoby postawione na wszelkich szczeblach drabiny społecznej. Ale nie jest dlatego, że tym się przyciąga widza. Jednego i drugiego jest dokładnie tyle, ile trzeba, żeby fabuła była prawdopodobna, a kryminalna sprawa zahaczająca o bardzo podejrzane osobistości zarówno z najwyższych kręgów ówczesnych elit, jak i najgorszej społecznej patologii, była wiarygodna. Przemoc ma tu zarówno brudne ręce ludzi żyjących z wykopywania trupów, jak i białe rękawiczki ministrów czy profesorów.

Tak naprawdę moim głównym problemem jest w tej chwili znalezienie choć jednej wady tego serialu. To, co, jak już wspomniałam, spotyka się niekiedy z krytyką, czyli zakończenie pierwszego sezonu, uważam za błyskotliwe rozwiązanie głównego wątku. Do kreacji żadnej postaci nie jestem się w stanie przyczepić, bo nawet Billy w swoim przerysowaniu jest zaczerpnięty z literatury epoki, a nie wyobraźni XXI wieku. Napiszę więc, że jedynym, co mi zgrzytnęło anachronicznie, acz fabularnie mało istotnie, jest trzymanie się angielskiej wizji Napoleona sprzed 1815 roku, ponieważ już wygnanie na św. Helenę, a następnie dodatkowo śmierć w 1821 roku całkowicie zmieniły stosunek Brytyjczyków do cesarza Francuzów. Rok 1827 to wciąż żywa napoleonomania i mało prawdopodobne, żeby akurat Boz używał jeszcze prześmiewczego określenia sprzed ponad dekady: „Boney” (choć z drugiej strony, mówi to już w chwili, kiedy wie, że ma do czynienia z człowiekiem nieobytym i usiłuje przywołać rozmaite wcześniejsze skojarzenia z Byronem). Napoleon lat dwudziestych to dla angielskiej opinii publicznej, a i większości gazet, bardziej „nowoczesny Prometeusz” i „męczennik ze św. Heleny” niż niegdysiejszy wróg, co tak pięknie można by ograć w serialu zahaczającym o historię Frankensteina, zważywszy podtytuł powieści, wcześniejsze dzieje bohatera, a i jego rozmowę z Mary…

Fot. ITV

Fot. ITV

The Frankenstein Chronicles
period drama
ITV, 2015–

Agnieszka Fulińska

W fandomie siedzi od zawsze, wykształcenie ma humanistycznie wszechstronne, zawodowo zajmuje się wizerunkiem władzy w różnych epokach, obecnie głównie w XIX wieku, a także legendą napoleońską w sztuce i literaturze. Podróżuje po Europie śladami historii starożytnej i dziewiętnastowiecznej, dla chleba tłumaczy fantastykę i poezję, a w rzadkich wolnych chwilach bardzo nieregularnie tworzy kilka blogów, w tym jeden poświęcony XIX wiekowi (Napoleonica).