Fot. Sky Atlantic

Mgły Avalonu, albo: to nie są druidy, których szukacie! (Britannia, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Przenieśmy się do roku 43 po narodzinach Chrystusa, na wybrzeże starożytnej Brytanii, na którym lądują właśnie spragnione dalszych podbojów rzymskie legiony. Do czasów i miejsc niezbyt ogranych serialowo, ale dobrze nam znanych z mitów i legend. Do rozpoznawalnych tropów – Rzymianie, wspomnienie wielkiego Cezara, celtyckie plemiona, druidzi – i do konwencji, którą lubimy, czyli pradawnej wojny rozpisanej na wiele epickich wątków i postaci.

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

Niestety, Britanni już na wstępie zaszkodził sposób, w jaki ją próbowano sprzedać widzom. To częsty problem – serial reklamowano „z grubej rury,” jako brytyjską odpowiedź na Grę o tron. A nie jest on ani Game of Thrones (nie ten klimat, nie ten budżet, nie to tempo) ani Wikingami, choć tu podobieństw byłoby pewnie nieco więcej (plemiona mocno zanurzone w religijno-mistyczno-rytualnym uniwersum, w którym kapłani i przepowiednie liczą się na równi z polityką i wojną). Jeśli musiałabym porównywać, przypomina mi się raczej efemeryczne The Bastard Executioner Kurta Suttera, czyli niszowy i prędko skasowany, ale niezwykle poetycki i piękny serial o blaskach i cieniach średniowiecza. Przede wszystkim jednak Britannia „jest sobą” – i jako taka może się podobać lub nie. Mi się podoba, jednak… przyznam, że nie było łatwo.

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

Odcinek pilotażowy uważam na najsłabszy. Świat jest w nim całkowicie niewiarygodny, poznajemy zbyt wiele postaci naraz, a ich wątki są sztampowe, słabo zarysowane, zupełnie mnie nie zainteresowały. Jeśli się jest widzem niecierpliwym – można się zniechęcić. Patrzeć na Czechy udające Brytanię i widzieć, że to jest maskarada, inscenizacja, trik. Przebieranka i mydlenie oczu. Jednak już wtedy pewne elementy historii przykuły moją uwagę – tajemnicza społeczność druidów, przesadnie (z początku nawet karykaturalnie) diaboliczny generał reprezentujący Rzym (David Morrissey, znany z The Walking Dead) i przede wszystkim losy dziewczynki zatrzymanej w stanie liminalnym, czyli granicznym; dziewczynki, którą inwazja Rzymian zupełnie wyrywa z porządku statusu. Rzymianie atakują bowiem w odcinku pilotażowym wioskę podczas ceremonii przejścia tej bohaterki ze świata dziecięcego do kobiecości, co miało zostać ugruntowane poprzez nadanie nowego imienia. Ale rytuał nie dopełnił się, bohaterka (w tej roli świetna Eleanor Worthington Cox) jest bezimienna i nie jest ani dzieckiem ani kobietą – musi też natychmiast uciekać, czyli na dodatek staje się bezdomna. Jej towarzyszem staje się inna postać graniczna, Divis (Nikolaj Lie Kaas) – szalony mistyk, który szkolił się na druida, ale nie dokończył szkolenia i został wygnany, uznano go bowiem za opętanego. Te dwie postacie poruszają się na obrzeżach bardzo mocno ustrukturyzowanego świata i są doskonale zdolne do podważenia istniejącego porządku. Dodatkowo mają ze sobą świetną chemię i w toku odcinków dojrzewają, zmieniają się, jest coraz lepiej. Ich wspólna wędrówka – ten wątek to klasyczna „opowieść drogi” – na swój sposób przypomina mi klimaty wędrówek z uniwersum Ziemiomorza i losy Tehanu i Geda (choć bez wątków romantycznych ;) ) z wspaniałych książek nieodżałowanej Ursuli Le Guin. To wspaniały, wspaniały wątek serialu!

Inny cudownie się rozwijający motyw to druidzi, pokazani tu raczej z dobrodziejstwem późniejszych tradycji, legend i symboli niż z historyczną akuratnością – choć przecież o „prawdziwych druidach” nie wiemy wiele. I tak jak wikingowie kojarzą się popkulturowo z rogatymi hełmami, choć prawdopodobnie ich nie nosili – przyjęło się że druidzi mają sierpy, chociaż historia tego nie potwierdza. W Britanni mają więc złote sierpy i tną nimi nie tylko jemiołę… Ogólnie ktoś odpowiedzialny za rekonstrukcję druidycznego mitu zrobił dobrą robotę jeśli chodzi o sam mit, o klimat, „ducha” legendy. Po emisji serialu w sieci zaroiło się od new age’owców i wiccan mocno „fanujacych” serial, bo druidzi pokazani są tak, że nas ciekawią, fascynują, czuć ich „głębię” i mądrość. Takie przedstawienie odpowiedziało na potrzeby wyposzczonych wyznawców i sympatyków druidyzmu, wrażliwych romantyków spod znaku Mgieł Avalonu. Jest tajemniczo, jest pięknie – czego chcieć więcej?

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

W serialu najbardziej fascynujący okazuje się przywódca kasty druidów, rzekomo istniejący od „tysięcy księżyców” Veran. To postać wieloznaczna, piękna i brzydka, majestatyczna, groźna, intensywna, wzruszająca, enigmatyczna, mądra, o potężnej charyzmie. Dla mnie był to też szok „gatunkowy”. Aktor znany z ról komediowych, szczególnie z Piratów z Karaibów, gdzie wcielił się w rolę pirata ciągle gubiącego oczko, czyli Mackenzie Crook – staje się tu nagle bohaterem, w którym zaczynam się centralnie i na zabój kochać. Z zapartym tchem czekam na kolejne sceny, słowa, kadry. Druid Veran nie ma w sobie nic z komedii, a jego mimika twarzy jest oszczędna. Na widok tej twarzy czuje się dreszcz obcowania z sacrum. Zaczyna się rozumieć, że pogańskie zabobony to w swej istocie prawdziwa, potężna magia. Veran jest zagrany tak dobrze, że sprzedaje mi cały świat, intrygę, konflikt. I na tym właśnie serial zaczyna się nabudowywać – na postaciach, które nas przekonują, by im uwierzyć.

Równolegle rozwija się i zyskuje kolorów także generał Aulus, początkowo jednowymiarowy, ale wkrótce niepokojący, demoniczny, zbyt pewny siebie. Ma w sobie taką pychę, butę i odwagę, a także pewną filozoficzną swadę, że choć jest „złolem” zaczynamy go podziwiać. A Rzym staje się potęgą na podbijanych ziemiach także w sensie metafizycznym, to nie jest starcie między realizmem a magią, ale pomiędzy dwiema duchowymi potęgami. Konflikty i dramaty, które w pierwszym odcinku wydają się wtórne, banalne, prostackie – są z kolejnymi odcinkami pogłębiane, a pierwszemu sezonowi wychodzi na dobre, że zajmuje się jedną sprawą, jedną walką czy strategią, jednym oblężeniem i starciem – a nie, jak w Grze o tron, wieloma różnymi, błyskawicznie się zmieniającymi konfliktami.

Na „terenie gry o Brytanię” mamy też rywalizujące ze sobą celtyckie plemiona i tu zgodnie z przewidywaniami spodziewać się można knucia, zemst, dramatów, czyli typowych „intryg dworskich”. Rzecz w tym, że postacie dworzan, początkowo dość schematyczne i najnudniejsze z całego serialu z czasem także nabierają kolorów, odcieni, trójwymiarowości. Świetny okazuje się więc Ian McDiarmid (Senator Palpatine, hellou!) jako surowy król Pellenor, rozkręca się rudowłosa i niepokorna wojownicza królewna Kerra (Kelly Reilly), świetny jest Julian Rhind-Tutt jako jej ironiczno-melancholijny brat Phelan (ta postać to troszkę taki Tyrion Lannister). Bardzo ciekawą bohaterką jest dla mnie Amena (Annabel Scholey), ambitna młoda żona usiłująca knuć i kombinować, wyobrażająca sobie, że jest mistrzynią intryg, otwarcie pozująca na Największego Mroczniaka, nie wahająca się zdradzać tajemnic, mało subtelnie szafować swoimi wdziękami czy wbijać kij w mrowisko tylko po to, by sprawdzić, co się wydarzy. Moim zdaniem właśnie to jest najlepsze, że ta postać nie jest wcale taką „mistrzynią” za jaką się uważa, że nie mamy do czynienia z geniuszem na miarę profesjonalnych intrygantów w Grze o tron. Wręcz przeciwnie! Dzięki jednak swoim ułomnościom, dziecinnej postawie (ach, stereotyp rozpieszczonej królewny!), niskim pobudkom – staje się ona ciekawsza i… tym niebezpieczniejsza!

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

Przyznaję, serial z odcinka na odcinek wciągał mnie bardziej i bardziej, narastał, świat z papierowego stawał się realny, stawki z banalnych – wysokie, a postacie ze schematycznych – ulubione. Nadal widać, jak bardzo jest koślawy, ciągle sceny i sekwencje genialne (dwóch legionistów znajduje piwniczkę z psychodelikami…) mieszają się z niezręcznymi (wątek Asasynów, dynamika w obozie legionistów). To bardzo, bardzo nierówny pierwszy sezon. Kto wie zatem, czy doczeka się kontynuacji? Ale przekonał mnie do siebie, a wiecie jak to jest, gdy coś polubicie to zaczynacie przymykać oko na niedociągnięcia. Jest w nim więcej ciepła niż kiedykolwiek miało GoT, bardzo ładnie zrekonstruowane zostały mity celtycko-druidyczne, strona wizualna ma sporo uroku, a humor chwilami dotyka absurdalnych klimatów spod znaku Monty Pythona.

Z czasem widać też, że sam świat, choć może niezbyt oryginalny, został starannie przemyślany, nawet jeśli osoba szukająca historycznej akuratności srodze się zawiedzie – ten serial to wszak czysta fantazja. Nie jesteśmy w świecie historii, ale w uniwersum mitycznym. Warto zwrócić tu uwagę na pokazywane na ekranie podejście do tematu słowa pisanego (zakazanego u Celtów, dostępnego tylko druidom, a dla Rzymian – powszechnego). To jeden z motywów, który skradł mi serce. „Magia słowa” staje się w serialu faktyczną bronią. Oglądamy czarowanie, ale inne, subtelniejsze, bliższe „celtyckości” i naturze niż w (uparcie powracającej jako odnośnik) Grze o tron, ze swoimi in-your-face smokami, olbrzymami, bóstwami mórz i płomieni. W Britanni mamy raczej magię typu „to nie są droidy, których szukacie”. Dosłownie! Proste i „organiczne” zaklęcia świetnie się sprawdzają, a manipulacja podatnymi umysłami – czyli autosugestia level pro – jest łatwa, jeśli się zna odpowiednią metodę.

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

Opinie krytyków na temat Britanni wydają się mocno podzielone (bo nie jest tym, czym się wydawała i czym rzekomo być miała), ale moim zdaniem produkcja zasługuje na kolejny sezon i na możliwość skorygowania swoich błędów i nierówności. Wydaje mi się, że to typ serialu, który ma szansę wspaniale się rozkręcić i stać czymś naprawdę niezwykłym i wyjątkowym, nieporównywalnym z żadnym innym tytułem. Tak więc mocno trzymam kciuki, rozrzucam kostki i plotę ochronne kręgi z gałązek i traw!

Fot. Sky Atlantic

Fot. Sky Atlantic

Britannia
historical drama, fantasy
Sky Atlantic, 2018–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.