Kłótnia o węgiel (Altered Carbon, S01)

Kłótnia o węgiel (Altered Carbon, S01)

Druga część artykułu zawiera spoilery.

Pirjo: Zacznijmy pozytywnie – i bezspoilerowo. Podoba mi się świat serialowego Modyfikowanego węgla, jest bogaty i wielokulturowy, stosownie cyberpunkowy; mieszają się języki, środowiska, poznajemy bohaterów z bardzo różnych miejsc i czasów. Cieszy mnie, że meandry tego świata nie są prezentowane łopatologicznie, nie słyszymy pięć razy tego samego, nie ma wyjaśnień aż do skutku, tak żeby nawet najgłupszy widz się zorientował. Dowiadujemy się o czymś i akcja pędzi dalej. Nie ogarniasz? Twoja strata! Niektórych rzeczy trzeba się domyślać, inne mogą umknąć za pierwszym razem, ale nikt nie traktuje widzów jak idiotów, jak to się zdarza w nieznośnej ilości seriali i filmów. Twórcy wrzucają nam wiele ciekawych motywów, które pobudzają wyobraźnię. Można też powiedzieć, że w obrębie sezonu wyjaśniają się (lepiej lub gorzej, ale JEDNAK) wszystkie wiodące tajemnice i wątki i że w tym sensie rzecz jest logicznie poukładana, co zawdzięczamy pewnie literackiemu pierwowzorowi. A jak Wam się podobało, tak z lotu ptaka patrząc na całość, na ogólną „jakość produktu”?

Ginny: Dla mnie ten serial to trochę taki cyberpunkowy popcorn dla mózgu. Mamy owszem, bogaty świat, z interesującą historią i może trochę mniej interesującą teraźniejszością, ale to wszystko już każdy, kto się cyberpunkiem interesuje, gdzieś widział. I to widział w lepszym, mniej przewidywalnym wykonaniu. Owszem, serial nie tłumaczy wszystkiego łopatologicznie, ale wrzuceniem w całkowicie obcy świat, który z początku zdaje się wręcz niemożliwy do pojęcia, bym tego nie nazwała. W kwestii podobieństw narzuca mi się tu Dukaj. Jeśli chodzi o miasto głównej akcji, będą to Czarne oceany (choć tu Dół, mam wrażenie jest o wiele ciemniejszy), jeśli chodzi o technologię, która w ogóle pozwala tej fabule zaistnieć to już jest jednoznaczne przełożenie na Perfekcyjną niedoskonałość. Gdybym spodziewała się po Altered Carbon wyjątkowości to by mnie to mocno gryzło, ale od momentu zobaczenia drugiego zwiastuna nie miałam aż tak wysokich oczekiwań, ostatecznie cały ten świat był przyjemnym wejściem w lubianą przeze mnie konwencję. I owszem, tajemnice się wyjaśniają w miarę składnie, choć ja mam poważny problem z jednym, spajającym wszystko wątkiem, ale o tym powiem więcej już w spoilerowej części naszej dyskusji. Oglądając jednak nie miałam poczucia – jak zdarza mi się całkiem często – że za strukturę serialu odpowiada książkowy oryginał. Ale jeśli już coś takiego się pojawiło (w samym epilogu), było to raczej irytujące i mało satysfakcjonujące.

Piotr: Kiedy Netflix wrzucił pierwszy trailer Altered Carbon, użył polskiego tytułu, zasiedziałego od kilkunastu lat Modyfikowanego węgla. Spotkało się to z bardzo negatywnymi reakcjami: protestowali ludzie ledwo piśmienni (mój ulubiony komentarz na youtube’ie: kolejny tytół tumaczony na siłe dla jakiegoś Janusza :/ Tak ciężko jest zostawić orginalny tytół ? — pisownia oczywiście oryginalna), jak i opiniotwórczy blogerzy w rodzaju Catusa Geekusa (której „węgiel” w tytule serialu brzmiał nie wiedzieć czemu idiotycznie). Netflix chyba to zauważył, bo od tej pory stosuje wyłącznie tytuł angielski. To był chyba pierwszy sygnał, że nie należy nastawiać się na zbyt wiele. Na szczęście nie jestem fanem książek Richarda Morgana: to sprawnie napisane powieści sensacyjnie, nie aspirujące do niczego więcej niż opowiedzenia nam o strzelaninach i mordobiciach. Serial postanowił pójść o krok dalej: po dziesięciu minutach podziwiania ładnej strony wizualnej zostaje nam czerwienić się z zażenowania. Więcej w części spoilerowej, ale mamy mocnego kandydata do rozczarowania roku.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Kurczę, w takim razie zupełnie się tu nie zgadzamy! Ale zanim przejdziemy do meandrów fabuły – pomówmy o gatunkowym osadzeniu serialu wśród innych produkcji o podobnym klimacie. Wszystkie odcinki zaczyna filozoficzna narracja z off-u, zapewne zapożyczona z książki, która nieco górnolotnie (a czasem mętnie) rozwija jakiś wątek, stawia problem, rysuje perspektywę. Postacie „filozofują” też rozmawiając ze sobą, właściwie w każdym odcinku znaleźć można rozmowy o duszy, Bogu, wolności, meandrach rozwoju technologicznego, o dobru i złu, moralnym kompasie, wyzwaniach nieśmiertelności, ekstremalnego bogactwa i władzy, o zmianach ciał/formy, i tak dalej. Ten specyficzny, nieco wzniosły klimat przypomina mi niedawne Westworld i jego konstrukcję, gdzie wartka akcja zawsze była komentowana przez postacie starające się zrozumieć albo wyjaśnić komuś swój świat i swoje postępowanie, a tematy poruszano tam bardzo podobne. Również  Westworld odwoływało się w swojej narracji do formy baśniowej czy legendarnej przypowieści, wracało do tej poetyckiej nieco konwencji – tutaj mamy choćby baśń, którą rodzeństwo opowiadało sobie w dzieciństwie. Czy widzicie podobieństwa? A może Altered Carbon warto porównać z czymś jeszcze innym?

Ginny: Gatunkowo Altered Carbon jest ciekawą mieszanką, mylącą tropy tego czym jest i czym nie jest. Mamy więc cyberpunk i jego wyznaczniki – z historią o buncie przeciwko systemowi wplecionym w tło a, jednocześnie, zdającą się wciąż motywować bohatera. Na pierwszym planie jednak pojawia się kryminał noir, przysłaniający w pewnym momencie cyberpunkowość fabuły, z głównym bohaterem w roli detektywa. Jego z kolei przełamuje scena rozwiązania zagadki, żywcem wyjęta z Agathy Christie, gdzie nasz detektyw gromadzi grono osób i wyjaśnia im, co się wydarzyło. Ostatecznie jednak okazuje się, że to przede wszystkim opowieść o rodzinie. Ten wątek też niestety jest najmniej satysfakcjonujący.

I tak, są tu i te wątki, o których ty piszesz Pirjo. One są tą częścią cyberpunkową serialu. Jednakże, skoro przywołujesz Westworld myślę, że warto zaznaczyć, że tam jest to zrobione o wiele lepiej. Postaci są tam przede wszystkim mniej jednowymiarowe, mniej archetypiczne niż w Altered Carbon, więc i ich rozmowy są pełne nie tylko ścierających się silnych poglądów, ale i wątpliwości, niepewności, o wiele bardziej zagmatwane w swojej filozoficzności.

Piotr: Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby szukać w Altered Carbon jakiejś wzniosłości. Raczej klisz na kliszy poganiającej kolejne klisze. Mamy kapitalistów tak złych i zepsutych, że nie jedzą niemowląt tylko dlatego, że w epoce klonowania zdobycie kilograma dziecięciny nie ma w sobie nic krawędziowego. Mamy cynicznego bohatera-twardziela, który pod maską (czy raczej powłoką) ukrywa twarz bojownika o sprawiedliwość i troskliwego brata. I oczywiście jedynego w swoim rodzaju, ostatniego z emisariuszy. Jak Superman albo Riddick. Mamy standardową detektyw o latynoskich korzeniach, której nowoczesny tryb życia sprawia problem w kontaktach ze stereotypową latynoską, tradycyjną rodziną. Motywacje bohaterów są standardowe: jeśli nie wiesz, o co chodzi, to chodzi o rodzinę. Nawet świat, chociaż ładny jako obrazek, jest setną wariacją na temat Blade Runnera pomieszanego z Deus Ex. Najgorsze, że nie jest to pierwszy przypadek takiego leniwego serialotwórstwa, które nie licuje z milionami włożonymi w produkcję i rozbudzonymi oczekiwaniami publiki. Ten nurt doczekał się już nazwy „bad quality TV” i chyba nie raz o nim usłyszymy.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Hmm… to chyba naprawdę zależy od tego, czego od danego serialu oczekujemy, jakiego poziomu głębi i oryginalności? Pomówmy więc, nadal bez spoilerów, o proporcji plusów i minusów. Serial spotkał się bowiem ze sporą ilością negatywnych recenzji, jak widać także Wy jesteście raczej rozczarowani. Część krytyków, nawet jeśli zgadza się ze mną, że świat został świetnie przedstawiony, marudzi, że historia, zagadka kryminalna, główna oś narracji – jest słaba. A przecież postacie same po wielokroć przyznają i mówią do nas z ekranu, że szalony rozwój technologii nie zmienił najprostszych ludzkich reakcji i atawizmów, że pod wieloma względami ludzie/bohaterowie są przewidywalnym, przestarzałym, nieuniknionym niewolnikiem swojej natury. Nie udało się wykrzewić religii, mimo rozwoju nauki wierzenia religijne przetrwały, a różne dawne ideologie są silniejsze niż kiedykolwiek, ludzie lgną do nich, niezbyt przekonani do tego, co ich otacza. Nieśmiertelność i oderwanie od ciała – brak ograniczenia życia jednostki czasem i przestrzenią – tylko wzmacnia negatywne instynkty, niskie pobudki i miałkie cele. To ponura konkluzja, warto więc zaznaczyć, że wizja świata i ludzkości w tym serialu nie jest zbyt optymistyczna –  ale takie podejście, wizja „przestarzałego hardware’u” oplecionego najnowszymi „programami” – tłumaczy moim zdaniem pewną sztampowość intrygi i usprawiedliwia ją. Dlatego ostrożnie napiszę, że nie było tak źle, pewna przewidywalność jest tu do obronienia. Jak dla mnie serial, choć nie zachwyca tak jakby może mógł, wychodzi jednak na plus. Sprawił mi przyjemność. A Wy, co myślicie?

Ginny: W ogólnej ocenie chyba zgodzę się z tobą. To nie jest wybitny serial – i może szkoda, bo dobrze byłoby zobaczyć wybitny, niesztampowy serial cyberpunkowy – ale też oglądałam go, w większości, bez wielkiego bólu. Oczywiście jest tu trochę/sporo niezbyt dobrych elementów, gryzących np. gdy patrzę przez pryzmat feminizmu. Mamy tu całkiem dużo kobiecych postaci ważnych dla fabuły, ale ile z nich nie służy za motywację lub nagrodę dla głównego bohatera i ile z nich jest poprowadzonych w naprawdę intrygujący sposób? Tak, są te, które nie wpisują się w kategorię motywacji/nagrody, ale tych, które się wpisują jest zbyt dużo. Z innej strony z kolei, jakkolwiek wspomniana Góra jest prawie bez wyjątku biała, tak Dół (i historia) pełne są niebiałych postaci, w tym także dwujęzycznych czy mocno wierzących. Choć może to też jest stereotypowe i przerysowane. Największy problem jaki mam z tym serialem to jednak wspomniana archetypizacja postaci, która nie pozwala opowiedzieć ciekawszej historii. I tu się rozchodzimy, bo w moim odczuciu sam hardware nie ma wiele wspólnego z tym, co i w jaki sposób sobie o nas funkcjonujących w takim, a nie innym softwarze moglibyśmy opowiedzieć. Nasz główny bohater mógłby być tutejszym Geraltem, pozostaje jednak typowym cynicznym męskim protagonistą.

Piotr: Już pół wieku temu Jefremow flekował powieści fantastyczno-naukowe, które choć dzieją się w odległej przyszłości i w świecie olbrzymiego rozwoju naukowo-technicznego, to zaludnione są przez bohaterów cofniętych w rozwoju, płasko ironicznych, zmagających się z jeszcze większymi niedostatkami niż my, współcześni. Altered Carbon jest dokładnie taką SF, jaką Jefremow krytykował. Można się kłócić, że to antyutopia, ale szybkie spojrzenie na mieszkanie Ortegi (wielki loft, którego postindustrialny wygląd to efekt wzornictwa, a nie biedy) czy ulice (niby epoka korporacyjnej wszechwładzy, a handel detaliczny wrócił do bud i straganów – gdzie podziały się wszystkie Wallmarty i Żabki?) wskazują, że świat w serialu to nie wizja pewnej przyszłości, ale zabawa w retro, powrót do lat 80 XX wieku i tego, co pokazywało wtedy kino. Losowe ujęcia z Altered Carbon można wrzucić do najnowszego Blade Runnera (i na odwrót). Nikt nie zauważy różnicy. Podobnie płytka okazuje się warstwa problemowa. Przerysowanych matów nie sposób traktować jako poważnego ostrzeżenia przed nierównością. Od wątków religijnych bolą zęby. Morgan przynajmniej załatwił sprawę jednym „katolicy to świry, których nikt nie bierze na poważnie”, a tutaj musimy oglądać szczegóły: pobożni Latynosi (nota bene to bardzo amerykańskie i protestanckie targetować konkretne wyznania klasowo i etnicznie) zachowujący się, jakby stosy korowe były wynalazkiem ostatniej dekady, i szalony asasyn deifikujący matów. Takie prostackie wytłumaczenie przeszłoby w jakiejś SF z lat 50., ale nie dziś. Kwestie społeczne też są straszne. Ziemia pod władzą ONZ zaskakująco łatwo stała się wielką globalną Ameryką, jakby nie było innych rozwiązań. Ani śladu po europejskim systemie socjalnym. Z Chin została chyba tylko obowiązkowa dla estetyki cyberpunkowej obecność Azjatów i street food. Straszne to wszystko. Głupie i płytkie.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Przejdźmy do części spoilerowej, żeby pomówić już bez ogródek. Z miejscówek najbardziej podobał mi się Raven Hotel razem ze swoim właścicielem/duchem, czyli Poe. Zamieszkałabym tam w mgnieniu oka! Z relacji i sytuacji – och, wbijając dalej kijek w nasze Wielogłosowe mrowisko – podobało mi się bardzo wiele, choć nie wszystko… Dynamika między Kovacsem a Ortegą wydała mi się szczególnie ciekawa i właśnie niesztampowa, o wiele ciekawsza niż powiedzmy flashbacki do terrorystycznych czasów czy płaska i przerysowana relacja bohatera z jego głupawą i mało wiarygodną evil siostrą. Czyli, jeśli miałabym narzekać, to opowieść o bracie i siostrze i ich dramatycznej przeszłości, oraz o wiszącej nad nimi jako „duchowy przewodnik” sprawczyni całego nieszczęścia, próbującej siłowo cofnąć to, co sama zainicjowała wiedziona naukową ciekawością – męczyła mnie, pełna klisz, oczywistości i niewystarczająco jak dla mnie pogłębiona. Ten wątek, wątek genezy „ludzkiej nieśmiertelności”, szalonej naukowczyni-turned-terrorist i uwikłanego w to rodzeństwa – mógłby nie istnieć. Albo zostać inaczej pokazany. Podobał mi się za to temat wyjaśniania morderstwa zblazowanego bogacza – tu postacie wydały mi się nieco subtelniejsze, a rozwiązanie zagadki nie było rozczarowujące. Podobał mi się tok śledztwa i w zasadzie wszystkie zaangażowane w tę sytuację postacie – bogacz, jego żona, syn, szef policji, aspirująca asystentka. No i, jak już wspomniałam, pasowała mi dynamika centralnego romansu: najpierw ona się za nim ugania, nie wiedzieć czemu, a on udaje niewzruszonego. Potem, gdy on też powoli zaczyna się angażować okazuje się, że jej chodziło w sumie o coś innego – o opiekę nad ciałem, które się mu „dostało”, a do którego ona ma uzasadniony sentyment. I niby przez chwilę są razem, zależy im na sobie, ale w gruncie rzeczy oboje kochają kogoś innego. A ich partnerska relacja (również w sensie partnerstwa policjantka-detektyw) jest tylko epizodem. Cool! A Wam, co najbardziej się podobało w fabule, a które rozwiązania uważacie za słabe?

Ginny: Poe ze swoim hotelem zdecydowanie jest najlepszą – bo i najbardziej zniuansowaną – postacią w całym serialu i chyba nie dziwi nikogo, że zaskarbił sobie sympatię tylu widzów. Jego koniec jednak rozczarowuje po tym jak zasygnalizowano nam, że AI w tym serialu miałyby być czymś o wiele potężniejszym od ludzi, mającym swoje własne, większe od ludzkich plany, intencje, potrzeby. Szkoda, że tego jakoś mocniej nie rozwinięto. Jeśli chodzi o relacje – Ortega w ogóle jest postacią, której wątek śledzi się całkiem przyjemnie, choć jednocześnie wpisuje się w archetyp zdeterminowanej policjantki i trochę nagrody dla Kovacsa. Niemniej w relacji z Kovacsem od początku czuć złożoną chemię. W pewnym momencie bałam się też, że ją zabiją, dodając do grona kobiet w lodówkach, ale na szczęście tego nie zrobili.

Co do wątku historycznego: owszem, był on dość sztampowy i właściwie nie do końca rozumiem, o co cały ten szum z Envoyami – traktuje się ich jakby byli jakimiś superżołnierzami i nadludźmi, tymczasem flashbacki pokazują nam ich jako po prostu zwykłą partyzantkę – ale podobał mi się idealizm Quell i (w całej ich prostocie), jej motywacje. A dodatkowo mogliśmy dzięki niemu widzieć sporo Taka w jego oryginalnym rękawie. To w ogóle też był dla mnie pewien problem z tym, że w serialu głównego bohatera przenosi się z jego oryginalnego ciała Azjaty do ciała białego mężczyzny i to je każe śledzić w głównej nitce fabuły. A potem jeszcze, w mniejszym wątku, przenosi się umysł pewnej kobiety w rękaw innego białego mężczyzny. Tu oczywiście dochodzi wątek transpłciowości – rozegranie chwilowego oburzenia Evy a później przejścia nad stanem rzeczy do porządku było bardzo ładne – niemniej znów: wsadza nam się marginalizowaną grupę w ciało białego mężczyzny… Największy problem mam jednak właśnie ze złą siostrą. Oto cały czas we wspomnieniach Taka przedstawia się nam ją po prostu jako członkinię rebelii, albo – wcześniej – małą dziewczynkę, siostrę, którą Tak kochał, a która umarła. I kiedy Rei wróciła, ja się tak zwyczajnie ucieszyłam, że ją nam odmrozili. Ale na krótko, bo serial zaraz zrobił z niej czarny charakter. I choć rozumiem gdzieś na poziomie fabularnym taki rozwój postaci, to nie, nie kupuję tego. Raz, że robi to z kobiety główną złą, która stoi za śmiercią (ponownie: białego) mężczyzny, a dwa, że osobiście jestem zmęczona i znudzona postacią villaina jako takiego. To mógłby być o wiele ciekawszy wątek, gdyby Rei nie okazała się przeżarta złem do cna, gdyby owszem miała swoje bogactwo, ale naprawdę była po stronie rebelii – cokolwiek, byle jak najdalej od tego co faktycznie dostaliśmy.

Mówiłaś też Pirjo, że wszystkie wątki się w serialu mniej więcej sensownie splatają, ale dla mnie serial ma jeden dziwny przeskok. Oto dostajemy wyjaśnienie – bodaj w czwartym odcinku – że to syn Bancrofta go zabił i ja w tym momencie zrozumiałam, że sprawa zamknięta, Kovacs jest wolny i dalej będzie robił już co innego. A potem, parę odcinków później okazuje się, że jednak nie, to nie było jeszcze rozwiązanie. To zdecydowanie nie zostało rozegrane płynnie.

Piotr: Siódmy odcinek jest na pewno skokiem przez rekina, momentem, w którym przestałem liczyć na cokolwiek i końcówkę oglądałem z przymusu. Przedtem to był wysokobudżetowy, ale płytki serial SF udający serial wysokobudżetowy i mądry. Potem jednak pojawiła się Quellcrista Falconer i jej partyzantka. Czy raczej wesoła kompania mieszkająca pod drzewem w jakimś obcoplanetarnym Sherwood. Fale żenady spływały na mnie, kiedy widziałem bojowców wystylizowanych na boho z elementami etno i ich dzieci bawiące się między korzeniami śpiewodrzewa. Quellizm okazał się prostym „kapitalizm tak, nieśmiertelność nie”, a cała historia skręciła w kierunku melodramatu o bracie idealiście i siostrze-psychopatce.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo:  No, to są rzeczywiście leniwe rozwiązania… Na koniec zapytam, z kronikarskiego obowiązku, bo ten wątek już się tu przetoczył: jeśli czytaliście, to jak ma się serial do książki? Będziecie czekać na ewentualne dalsze części, oparte o kolejne tomy? Czy to jest serial, który warto polecić, a jeżeli tak, to dlaczego i komu?

Ginny: Nie czytałam książki, więc na pytanie o to jak się ma do niej serial nie odpowiem. Na ewentualne dalsze sezony… Nie, nie będę czekać. Możliwe, że włączę, jeśli się pojawią, ale to tyle. Co do polecenia, myślę, że Altered Carbon poleciłabym fanowi cyberpunku, który szuka czegoś mniej wymagającego w gatunku, przy czym mógłby spędzić kilka przyjemnych wieczorów.

Piotr: Serial a książka… zasadniczo jest tak, że nawet jeśli nie znasz książki, łatwo rozpoznasz, co jest zaczerpnięte z oryginału, a co dodane w adaptacji. Jeśli coś jest niemożebnie durne albo sztampowe, to 99% zostało dopisane przez scenarzystów. Powieść Morgana nie jest wcale jakimś arcydziełem SF, bywa wręcz sztampowa, ale to sztampa sympatyczna, którą autor starał się niesztampowo rozegrać. Serial natomiast odbębnia wszystkie zasady kiepskich fabuł. W oryginale emisariusze nie byli rewolucjonistami ruchu quellistycznego, ale siłami specjalnymi Protektoratu, które rebelię Quell stłumiły. Kovacs na oczy nie widział słynnej rewolucjonistki, bo urodził się kilka dekad po jej śmierci. Nie był też troskliwym bratem chroniącym siostrę przed złym światem, ale chłopaczkiem z młodzieżowego gangu ze Świata Harlana, którego zwerbował Protektorat; ani też buntownikiem przeciwko systemowi. Był żołnierzem, który po odejściu ze służby zbandyciał. Siostry-psychopatki też nie było. Ani jej pobożnego inaczej hitmana. W ogóle zastanawiające jest, że serialowi emisariusze bardzo przypominają powieściowych katolików. Z tym, że Morgana katolicy nie obchodzili, widzowie zaś muszą się męczyć z Kovacsem, szlachetnym bojownikiem skrytym w powłoce cynicznego twardziela. Przyznam, że wolę tego z powieści, zimnego profesjonalistę, przy którym matowie wychodzą na racjonalnych ludzi, z którymi można się dogadać (Bancroft, w przeciwieństwie do Kovacsa, nie rozdaje prawdziwej śmierci na lewo i prawo).

W Modyfikowanym węglu nie było też rodziny Ortegi, Kadmin nie traktował swojego klona jak brata (zauważyliście, że każdemu dopisują tu wątek rodzinny), ani mylnego wątku ze zbuntowanym synem Bancrofta, który pragnie, aby tata był z niego dumny. Zamiast neokatolików byli zwykli katolicy, a muzułmanami Morgan zasiedlił fundamentalistyczną planetę Sharię. Żadnego sympatycznego Abbouda. Poego też nie było. Kovacs zajmował apartament w Hendriksie, Jimim Hendriksie. Wszystkie te zmiany nie tylko spłycają fabułę i zmieniają wydźwięk książki, ale wyraźnie sugerują, że w drugim sezonie nie zobaczymy adaptacji Upadłych aniołów, lecz od razu Zbudzone furie.

Na pewno nie będę Altered Carbon nikomu polecał. Chcę więcej fantastyki naukowej, ale nie kosztem sensu, logiki i oryginalności. Dziwi mnie tylko, że tylu osobom ten serial jednak się podobał. Naprawdę mamy takie niskie oczekiwania?

Pirjo: Ja od seriali oczekuję przyjemności, a ten serial był dla mnie bardzo miłym doświadczeniem i oglądałam go ze sporym zaangażowaniem. Zgódźmy się więc, że się nie zgadzamy – a widzowie i czytelnicy niech ocenią serial według swoich kryteriów!

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Altered Carbon
science fiction
Netflix, 2018–

Ginny N.
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl i na blogu ziemniak i Dinozarły.

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.