Przygody ludzi z depresją (Rick and Morty)

Przygody ludzi z depresją (Rick and Morty)

Artykuł zawiera nieco spoilerów.

Michał Zabdyr-Jamróz: Ok. Dostaliśmy zadanie wypełnienia pewnej istotnej luki w Pulpozurowym kontencie. Mamy mianowicie omówić Ricka i Morty’ego. Na pierwszy rzut oka to zmyślny, dobrze zrobiony serial animowany będący wariacją na temat bohaterów Powrotu do przeszłości: Doca i Marty’ego, gdyby ten ostatni był zakompleksionym nastolatkiem a pierwszy – kompletnym socjopatą. Dochodzą do tego bardzo wyraźne nawiązania i jawne zapożyczenia z kultury popularnej. Nie ma tu raczej odniesień do aktualnych wydarzeń czy trendów, więcej jest za to nerdowskich dyskusji filmoznawców i krytyków filmowych (vide odcinek o Titanicu). Wyłania się z tego serial łączący elementy Futuramy i Doktora Who (chciałoby się powiedzieć: Doktor Whoy – badum tss – sory za okropny dadpun). Serial stał się już fenomenem kulturowym. Wywołał sporo zamieszania w momencie, gdy jego fandom dokonał bezpardonowej inwazji do świata realnego. Powstało chyba coś na kształt sekty, która ogłosiła, że Rick Sanchez jest Bogiem, wzorem nadczłowieka na miarę naszych czasów, Johnem Galtem XXI wieku, itp. itd. Memem stała się już ta niesławna copypasta jednego z fanów – komentarz, który wypada przytoczyć w całości:

To be fair, you have to have a very high IQ to understand Rick and Morty. The humour is extremely subtle, and without a solid grasp of theoretical physics most of the jokes will go over a typical viewer’s head. There’s also Rick’s nihilistic outlook, which is deftly woven into his characterisation – his personal philosophy draws heavily from Narodnaya Volya literature, for instance. The fans understand this stuff; they have the intellectual capacity to truly appreciate the depths of these jokes, to realise that they’re not just funny – they say something deep about LIFE. As a consequence people who dislike Rick & Morty truly ARE idiots – of course they wouldn’t appreciate, for instance, the humour in Rick’s existential catchphrase “Wubba Lubba Dub Dub,” which itself is a cryptic reference to Turgenev’s Russian epic Fathers and Sons. I’m smirking right now just imagining one of those addlepated simpletons scratching their heads in confusion as Dan Harmon’s genius wit unfolds itself on their television screens. What fools… how I pity them. And yes, by the way, I DO have a Rick & Morty tattoo. And no, you cannot see it. It’s for the ladies’ eyes only – and even then they have to demonstrate that they’re within 5 IQ points of my own (preferably lower) beforehand. Nothinpersonnelkid

W tym tekście jest wszystko, co najgorsze i najbardziej toksyczne we współczesnym fandomie. Syndrom nadczłowieka, narcyzm, seksizm, nastolatkowe głuptactwo i ogromna arogancja, a wszystko razem skrywające jakieś poważniejsze problemy z samym sobą. W pewnym sensie nie dziwię się, że tak trudno było nam zabrać się za R&M. Nawet bez tego fandomu czuć było, że w tym – skądinąd świetnym – serialu jest coś toksycznego…

Fot. adultswim

Fot. adultswim

Agnieszka Urbańczyk: Przez ostatnie pół roku Internet został zalany Rickiem i Mortym. Widziałam wypowiedzi o konieczności obejrzenia tego serialu w grupach poświęconych Star Trekowi i pod duchową adopcją dzieci poczętych. Widziałam wiadomości o zamieszkach wywołanych przez sos seczuański w amerykańskich Makdonaldach i doniesienia o fanach dźgających ludzi nożem, które stały się kolejnym przyczynkiem do krytyki fandomu jako toksycznego. Widziałam nagranie chłopaka tarzającego się po ziemi, wrzeszczącego „I’M PICKLE RIIIIICK!”. Przede wszystkim jednak widziałam nieskończone inkarnacje pasty i myślę, że ona daje najlepszą odpowiedź na pytanie o przyczynę popularności serialu. Sama spędziłam ostatnich parę miesięcy, oglądając Ricka i Morty’ego w kółko, łapiąc wszystkich Mortych w należącej do franczyzy podróbce Pokemona, czytając wszystkie komiksy i spin-offy, dobre i – z braku dobrego – złe fanfiction. Sama od października narysowałam Ricka więcej razy niż jakąkolwiek inną ulubioną postać przez całe życie. Ale dlaczego? Na czym polega fenomenem serialu?

Michał: No właśnie. Weźmy samą jego wartość artystyczną.

Agnieszka: Jest rewelacyjny. Pod względem światotwórstwa potrafił dokonać na przestrzeni odcinka rzeczy, które uznawałam dotąd za możliwe tylko w Adventure Time. Ricklantis Mixup, dwudziestominutowe arcydzieło i koncert jednego aktora (Justin Roiland dubbinguje tu wszystkie postaci) ogłoszono najlepszym animowanym odcinkiem ubiegłego roku.

Michał: O tak. Zdecydowanie. Widać tu doskonały warsztat filmoznawczy. Ponoć struktura każdego odcinka z założenia opiera się na strukturze tzw. podróży bohatera opisanej przez Josepha Campbella w książce Bohater o tysiącu twarzy (FYE: za swojego najlepszego ucznia Campbell uznał George Lucasa – choć to pewnie było przed prequelami). Widać to także w starannym unikaniu podróży w czasie, które tak wiele seriali i filmów doprowadziły do mielizn fabularnych (vide tekturowe pudło w warsztacie Ricka z napisem „time travel stuff”). No ale samo rzemiosło to tylko część fenomenu R&M. Jego fani doszukują się w nim filozoficznej głębi godnej najważniejszych dzieł ludzkiej kultury.

Fot. adultswim

Fot. adultswim

Agnieszka: Im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że serial nie dorównuje szumowi, jaki wokół niego wytworzono. Czy rzeczywiście jest tak odważny? Czy  obrazoburczością odpowiada South Parkowi? Albo chociaż Adventure Time, które – pozostając serialem puszczanym na Cartoon Network, więc przeznaczonym dla dzieci – już kilka lat temu ogłosiło śmierć Boga i problematyzowało jej konsekwencje? Czy Rick i Morty jest choć w połowie tak przygnębiający jak równolegle święcący triumfy BoJack Horseman? Ja na wszystkie te pytania odpowiedziałabym bez wahania „nie”. Rick i Morty jest złagodzoną wersją kontentu jaki codziennie wyrzuca mi Fejsbuk podczas scrollowania. Miliony millenialsów śledzi fanpejdże typu “Nihilist memes”, “When I shitpost I feel no pain at all”, “I don’t like shit I don’t go outside”. Rick Sanchez nie jest wielkim filozofem, jest wcieleniem memów o pustce, pragnieniu śmierci i alkoholizmie. Rick i Morty ma kilka przytłaczających momentów, które nadają wszystkiemu posmaku faktycznej transgresji, ale jako całość sprawia, że czujemy się lepiej ze sobą. Mój przyjaciel ujął tę kwestię szczególnie trafnie: to masturbacja depresją. Serial stawia znak równości między optymizmem czy motywacją a idiotyzmem, jednocześnie ukazując „najinteligentniejszego ssaka w galaktyce” jako absolutnego nihilistę na krawędzi samobójstwa. W świecie Ricka i Morty’ego ludzie inteligentni są smutni, a równanie to łatwo prowadzi do uznania, że smutni są inteligentni. Nasze przygnębienie, zwątpienie i porażki czynią nas wedle tej aksjologii lepszymi, wybranymi spośród stada pogodnych słuchaczy mówców motywacyjnych. W końcu trzeba mieć niezwykle wysokie IQ żeby zrozumieć Ricka i Morty’ego.

Michał: Tak. To chyba celna diagnoza. Tu upatrywałbym tego toksycznego elementu, który ostatecznie może szkodzić naszej recepcji serialu w przyszłości. Dla kogoś w depresji czy chandrze niby ma mieć walor terapeutyczny – przywracający poczucie własnej wartości, ale właśnie zostawia takiego widza z poczuciem mocy, ale bez poczucia sensu. Co więcej – z resentymentem wobec całego wrogiego i głupiego świata. To taki nihilistyczny Nietzscheanizm, który ma obnażyć resentymenty innych, ale sam resentymenty podsyca. Po pierwsze (jak zauważyłaś), kultywuje fałszywy i krzywdzący – dla samego kogoś, kto chciałby się nim pocieszać – mit, że ludzie wartościowi i inteligentni muszą cierpieć, muszą mieć ciężko w życiu, że będą niezrozumiani i że właśnie dlatego mają prawo – muszą! – być amoralnymi bucami. Rick jest geniuszem i czyni wielkie rzeczy, więc ma prawo traktować wszystkich instrumentalnie, ma prawo nimi pogardzać. Po drugie, serial propaguje martyrologię bucerii – mit, że wynikające z takiej postawy odrzucenie, wykluczenie przez innych (więc i niedobrowolny celibat!), jest świadectwem cnoty. Wszystko to tworzy kłamstwo, w którym żyje tak wielu współczesnych społecznie niedostosowanych fanów Ayn Rand czy innej toksycznej ideologii. To kłamstwo, które mitologiczny bohater Campbella powinien odrzucić na początku swojej podróży, a nie kurczowo się go trzymać. Mam wrażenie, że Rick jest kimś na kształt „depressed man’s happines scoach” (parafrazując dość celne podsumowanie Jordana B. Petrsona, że jest on “the stupid man’s smart person”). W tym sensie R&M jest nie tylko symptomem, ale wzmacniaczem współczesnej społecznej anomii – tak mocno cechuje go (przynajmniej powierzchniowy) kult geniuszu i mocy oraz pogarda dla „zwyczajnego życia”, tego które jest realnym, doświadczanym przez wszystkich zmaganiem się ze światem.

Fot. adultswim

Fot. adultswim

Agnieszka: To w gruncie rzeczy przedziwne, jak bardzo spychamy w naszym odbiorze postaci Beth i Jerry’ego na drugi plan. Większości widzów wiekiem bliżej jest właśnie do pokolenia trzydziestolatków niż do czternastoletniego Morty’ego (a nawet siedemnastoletniej Summer) czy do zaślinionego dziadka, jakim jest Rick Sanchez. Problemy dwójki rodziców są bardziej realne: zawiedzione ambicje zawodowe, bezrobocie, rozpadający się od lat związek. Jeśli z kimś widz powinien się odruchowo utożsamiać, to właśnie z Beth lub Jerrym. Wybieramy jednak Ricka, którego rozpacz ma wymiar kosmiczny. Rick działa na abstraktach. Rick sprawia, że depresja jest sexy.

Michał: Niestety. Mamy oto kult współczesnego spleenu i weltszmercu. I to jest najsmutniejsze, bo widać w tym serialu zalążki czegoś dobrego – jakiegoś poszukiwania sensu, wydobycia się z tego dołka, w jaki wpakowała nas współczesna wojna kulturowa, prekarna ekonomia i ideologia sukcesu, wobec której R&M jest w pewnym sensie buntem. Czy sądzisz, że jest tu jakaś nadzieja? Myślisz, że Rickowi chodzi o coś więcej niż tylko hedonistyczną ekstazę sosu seczuańskiego?

Agnieszka: Hmm, zanim spróbuję odpowiedzieć na pytanie, chciałabym się trochę zdystansować od Twojego podejścia. Fetyszyzacja depresji – bardziej, niż wysoka wartość artystyczna czy zaplecze filozoficzne – jest dla mnie odpowiedzią na pytanie o popularność Ricka i Morty’ego, nie uważam jednak, że to jest zjawisko negatywne. Jeśli przygody ludzi z depresją sprawiają nam frajdę i pozwalają na dwadzieścia minut poczuć się lepiej, niech to robią. Jest przecież masa seriali, filmów i książek z pozytywnym przesłaniem – jeśli ktoś potrzebowałby po nie sięgnąć, zrobiłby to. Pozytywni bohaterowie z pozytywnym podejściem do życia najwyraźniej nie dali odbiorcom tego, czego potrzebowali. Mnie na pewno.

Michał: Owszem. Jest to próba innego rodzaju terapii społecznej. Pytanie, czy to jednak nie jest tego rodzaju terapia, która pogarsza sprawę.

Agnieszka: Co do bucerii, po pierwsze, nie sądzę, żeby to serial czynił fanów tak toksycznymi – raczej przyciąga osoby już wcześniej toksyczne. Po drugie, sam zachwyt postacią buca prawdopodobnie nie przemieni nas w buców, tak jak w większości przypadków zachwyt Chrystusem, Gandhim czy innym wybranym przez nas autorytetem etycznym nie sprawia, że nasze zachowanie radykalnie się zmienia. Nie przeceniajmy wpływu autorytetów na nasze życie poza sferą deklaratywną – oczywiście, że jest on możliwy, ale nie jest automatyczny. Nie spieszyłabym się więc z sankcjami etycznymi. Serial ukazuje toksyczne zachowania, ale jednocześnie mówi wprost, że są one złe. Nie usprawiedliwia ich. Nawet jeśli pokazuje je jako atrakcyjny model (któż nie chciałby wysadzać kosmitów w powietrze, nucąc pod nosem stare przeboje), pokazuje też jego konsekwencje. Toksyczny fandom może wyrosnąć wokół wszystkiego (doniesienia prasowe zresztą skupiły się na męskiej części fandomu, w zamieszkach wokół sosu seczuańskiego dopatrując się powtórki z Gamergate – ja zapuściłam się w mniej widoczną w mediach część tworzącą fanfiction i naprawdę uważam, że ludzie robiący z siebie idiotów, wykrzykując w miejscach publicznych cytaty z serialu, są bardziej nieszkodliwi od osób opisujących pedofilskie gwałty jako coś naturalnego).

Natomiast masz rację w kwestii buntu wobec ideologii sukcesu. Tutaj oddziaływania Ricka i Morty’ego nie określałabym już jako neutralnego moralnie, a jako pozytywne. Nie wydaje mi się jednak, by to koniecznie miało wiązać się z poszukiwaniem sensu. To raczej radosna negacja sensu, a może – uproszczone, jak wszystko w serialu – obnażenie absurdu istnienia. Tym właśnie miał być przecież sos seczuański – czymś całkowicie nonsensownym, co pokaże, jak daleko można się posunąć w imię absolutnie niczego. Wszystko jednak może się zmienić w czwartym sezonie. Fani byli bardzo rozczarowani finałem trzeciego, twierdząc, że nie otrzymali spodziewanej wielkiej zmiany czy przełomu, a po prostu odcinek jak wszystkie inne. Myślę, że bardzo się mylą. Od samego początku serial uparcie powracał do status quo – po skoku Ricka i Morty’ego do nowej rzeczywistości i podszyciu się pod swoje nieżyjące odpowiedniki, choć scena szokowała, wszystko było jak dawniej. Próba samobójcza Ricka pojawiła się, zrobiła na nas wrażenie, nie miała żadnych konsekwencji. Birdperson pozostał martwy przez jeden odcinek. Rick wcale nie poświęcił się dla swojej rodziny, dając się aresztować, ale wszystko doskonale zaplanował tak, by sam odnieść największą korzyść. Przede wszystkim – Rick zawsze był w centrum wszechświata i wszyscy skakali wokół niego. Końcówka ostatniego sezonu pokazuje radykalną zmianę dynamiki w rodzinie, poczynając od Ricka robiącego dla córki coś dobrego, przez przyznanie, że przygoda może być dobra tylko, gdy bierze w niej udział Morty, po ostatni odcinek. Nie tylko Beth pierwszy raz otwarcie występuje przeciw woli swojego ojca, wracając do Jerry’ego – Rick nagle okazuje się mieć najniższy status w rodzinie i godzi się na to. Próbuje się przystosować. Jeśli gdzieś mamy szukać zalążków sensu, to właśnie tutaj. Być może czwarty sezon pozwoli w końcu wyjść bohaterom z błędnego koła wiecznego powrotu. Być może Rick zacznie się zmieniać i będzie zmuszony uznać jakąś wartość, w imię której działa, skoro to nagle przestało być jego własne ego. Czy wciąż będziemy go darzyć takim uwielbieniem, jakie generował w otoczeniu, póki otoczenie go nie obchodziło – to już inna sprawa…

Fot. adultswim

Fot. adultswim

 Michał: Zastrzegę, że oczywiście nie chodzi mi o to, że R&M to W paszczy szaleństwa, który normalnych ludzi zamienia w bucowate cronenbergi. Wystarczająco problematyczne wydaje mi się przyciąganie buców i podsycanie ich postawy. To, natomiast, czy serial bucerię Ricka ukazuje jako jednoznacznie złą nie jest dla mnie takie pewne. Ja tu widzę dużo ambiwalencji. Z jednej strony pokazuje rodzinne reperkusje i wyraźnie obnaża całkowity brak sumienia Ricka (vide bateria do samochodu…). Ale, z drugiej – póki co, wiele z jego karygodnych zachowań i tak podbudowuje jego renomę jako tego, któremu to wszystko uchodzi na sucho. „Pal licho mikrowersowa bateria – i tak go kochamy”. Nie wiem też, czy satysfakcjonuje mnie to, że jego główne przypadki ujawnienia się sumienia dotyczą krewnych. Co do afirmacji depresji i tego czy jest to gest dobry terapeutycznie: pomyślałem, że rzeczywiście może to być innego rodzaju próba radzenia sobie z żalem. To próba innej terapii. Te bardziej optymistyczne dzieła kultury chyba bardziej idą w stronę jakiegoś rodzaju targowania się z rzeczywistością, czy wręcz jej zaprzeczenia. Wszystko to bardzo mi przypomina model Kübler-Ross pięciu stadiów żałoby (zaprzeczenie, gniew, targowanie, depresja, akceptacja). Rick i Morty to zdecydowanie stadium depresji. Ale ostatnie przed stadium akceptacji. Jeśli ten trop byłby trafny, to R&M może się okazać czymś rzeczywiście genialnym i przełomowym. Ale tylko pod warunkiem, że nie ulegnie serialozie, tj. pod wpływem własnej popularności nie zamieni się w okropnego, niekończącego się tasiemca. Akurat tutaj spodziewam się po twórcach – bazując na ich znajomości historii kina i seriali – że absolutnie są świadomi takiego zagrożenia.

Agnieszka: Oczywiście, buceria Ricka jest tym, co czyni go dla nas atrakcyjnym. To, że wszystko jemu jedynemu uchodzi na sucho, to drugi szczególnie istotny czynnik, pozwalający może na swego rodzaju sublimację. Sanchez robi na ekranie rzeczy, które też byśmy chcieli czasem zrobić, ale których nie robimy ze strachu przed konsekwencjami. Choć jednak sam Rick konsekwencji nie ponosi, widzimy je doskonale, zwłaszcza na przykładzie rodziny Smithów (że nie wspomnę o samym Mortym, który na naszych oczach staje się gorszym człowiekiem). Rick jednak jest nieszczęśliwy i kompletnie wyalienowany nie tyle z powodu swoich niemoralnych działań, co właśnie z powodu unikania ich konsekwencji. Nie wiemy, ile dokładnie dokonał skoków do różnych rzeczywistości, w których podszywał się pod swój odpowiednik: na naszych oczach odbył się tylko jeden (po zcronenbergowaniu Ziemi), prawdopodobnie miał też miejsce drugi (po fiasku z wiewiórkami). Prawie na pewno też Morty nie jest oryginalnym Mortym Ricka i Sanchez albo podszył się pod Ricka C137, albo rzeczywistość, w której serial się zaczyna, to wcale nie wymiar C137 – zbyt wiele elementów się nie zgadza. Rick objawił się w domu Beth po latach nieobecności, jakim cudem ma więc wspomnienie z trzynastych urodzin Morty’ego? Skąd pamięta Morty’ego w pieluchach i co robią zdjęcia dziadka z małym wnukiem na ścianach Birdperson? Rick nałogowo ucieka przed konsekwencjami, a to znaczy, że absolutnie nigdzie nie jest na swoim miejscu i z nikim nie może stworzyć stabilnej więzi, postrzegając otoczenie jako rodzaj jętek (nie tylko istnieją miliony identycznych istot, ale ich istnienie jest z natury krótkotrwałe). Finał trzeciego sezonu, rezygnacja z kolejnej zmiany rzeczywistości i akceptacja konsekwencji swoich działań może być pierwszą próbą zerwania tej niewidzialnej zasłony, która oddziela Ricka od reszty świata. Wywołaliśmy ducha Nietzschego, którego może i nie cierpię z całego serca, ale któremu sprawiedliwość trzeba oddać. Warto pamiętać o istnieniu trzech figur w jego myśli: wielbłąda, lwa i dziecka. Zazwyczaj recepcja Nietzschego ogranicza się do lwa – tego, który się zbuntował, jest silny, przeciwstawia się światu, robi to, co chce i który wyzwolił się z przytłaczającego wielbłąda poczucia obowiązku wobec rzeczywistości. A przecież to tylko figura pośrednia. U Nietzschego prawdziwym mędrcem jest dziecko, które akceptuje świat w jego aktualnym stanie radośnie – nie dlatego, że musi, a dlatego, że chce. Może przemiana Ricka będzie szła właśnie w tym kierunku, co w gruncie rzeczy pokrywa się z Twoją obserwacją na temat potencjalnej przystawalności serialu do modelu Kübler-Ross.

Zaś co do ryzyka przemiany serialu w tasiemiec – nie chcę mieć racji, ale jest ono spore. Harmonowi już się to zdarzyło. Stworzone przez niego Community po trzecim sezonie zaczęło się toczyć po równi pochyłej – i, choć początkowo wiązano to z odejściem Harmona, po jego powrocie serial wcale radykalnie się nie poprawił. Nawet przy kurczowym trzymaniu się Campbellowskiego modelu, na jakimś etapie pomysły Harmona się wyczerpują. Otoczenie jego osoby kultem i założenie, że wszystko, czego się tknie, zamieni się w złoto, wcale nie pomagają. Myślę, że tutaj cała nadzieja w Roilandzie, z którym ponoć wchodzi w spore konflikty.

Michał: I przy tej optymistycznej konkluzji na temat pozytywnej roli konfliktów międzytwórczych pozostańmy.

Fot. adultswim

Fot. adultswim

Rick and Morty
animated sitcom, science fiction
adultswim, 2013–

Agnieszka Urbańczyk
Z wykształcenia literaturoznawca, obecnie doktorantka na kulturoznawstwie. Zajmuje się politycznością SF i fan studies. Od kiedy podłączono jej Neostradę, zawsze była fanką czegoś, a angielskiego nauczyła się na FanFiction.Net. Star Trek jest miłością jej życia, inne zainteresowania przychodzą rotacyjnie i niepokojąco wiele z nich wiąże się z serialami animowanymi.

Michał Zabdyr-Jamróz
Fan Star TrekaStargate’aFireflyFalloutaStrażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K. W swojej pracy naukowo-dydaktycznej miał już wielokrotnie okazję, by objaśniać poważne dylematy filozoficzno-polityczne przykładami z Doktora Who iStar Treka.