Fot. TNT

Fajne i nowe (The Passage, Good Trouble, I am the Night, PEN15)

Artykuł zawiera spoilery z pierwszych odcinków seriali.

Miałam ostatnio ochotę na coś nowego. Nowy rok, nowa ja… Wypróbowałam więc solidną ilość tytułów, większość porzucając po pierwszym czy drugim odcinku. Napiszę Wam jednak o czterech, które zostały w moim serialowym menu, które mi zasmakowały i warto na nie zwrócić uwagę. Może żaden z nich nie zasługuje jeszcze na osobny artykuł, ale… wszystkie gorąco polecam przetestować!

I am the Night – to serial dla osób, które lubią, jak jest na bogato, ładnie, stylowo, gdy samo oglądanie sprawia przyjemność, a fabuła jest wystarczająco angażująca. Dla osób, które ceniły sobie Mad men czy Night managera właśnie z tych „jakościowych” powodów. W pierwszych odcinkach serial przeskakuje między wątkami dwójki nie znających się jeszcze protagonistów: młodej, niewinnej dziewczynki – z którą łatwo się zidentyfikować i kibicować jej – i złego chłopca o złotym sercu, czyli typów postaci, jakie bardzo na ekranie lubimy. Od razu też dowiadujemy się, że historia jest osnuta na faktach i nawiązuje do rozpalających ciekawość zbrodni sprzed lat – przede wszystkim do tematu niewyjaśnionego morderstwa Czarnej Dalii. To dodaje emocji oglądaniu, szczególnie że momentami widzimy rzeczywistość bardzo rozbuchaną i fantastyczną.

Fot. TNT

Fot. TNT

Dwie równoległe opowieści nałożone zostały na estetycznie zadowalające tło: klasyczne amerykańskie samochody, kontrast wyblakłych, skromnych przedmieść z mrocznym przepychem dawnego Hollywood, zbrodnie i tajemnice, świetne postacie wiodące i narracja, która nie jest łopatologiczna, wymaga skupienia a nawet refleksji – wszystko to, przyznam, już od pierwszego odcinka mocno zachęciło mnie do śledzenia nowego serialu. Serialu, który w pewnym sensie przekracza granice gatunkowe i nie wiemy, czym tak naprawdę jest. Kryminałem? Romansem? Thrillerem? Ukrytym pod pozorem serialu kinem noir? A może nawet horrorem? Para bohaterów łączy w końcu siły próbując rozwikłać zagadkę i równocześnie przetrwać w niebezpiecznym świecie pełnym niewiadomych. Fauna, niewinne dziewczę z kryzysem tożsamości – nagle dowiaduje się, że jest kim innym, niż myślała, ma inne imię, inne pochodzenie i zupełnie innych rodziców. Już nawet przed tym ważnym odkryciem miała problem z funkcjonowaniem w społeczeństwie – jasna skóra dziewczyny z mieszanego związku sprawiała, że nie pasowała ani do grupy „białych” ani do „czarnych”. W czasach segregacji rasowej bycie nieślubnym dzieckiem z mieszanego związku nie mogło być łatwe. Z kolei jeżdżący Falconem w kolorze baby blue i nierealnie wręcz błękitnooki ™ Chris Pine (a raczej jego postać, Jay) jest porywczym reporterem z fantazją, pijakiem, narkomanem i tricksterem, temperamentnym przeciwieństwem grzecznej, poukładanej i skromnej bohaterki. Stracił wszystko, gdy lata temu próbował przyszpilić niejakiego Hodela, ginekologa gwiazd Hollywood, ale mu nie wyszło i się skompromitował jako dziennikarz. Teraz wraca do śledztwa, które zrujnowało mu karierę i życie. A Hodel, postać historyczna, był i jest do dziś głównym podejrzanym w sprawie morderstwa Elisabeth Short – czyli Czarnej Dalii.

Fot. TNT

Fot. TNT

Serial został sfilmowany absolutnie przepięknie i pełen jest  wzbogacającej narrację symboliki wizualnej. Ktoś sobie to serio przemyślał, na płaszczyźnie kostiumów, rekwizytów, scenografii. Fauna jest trochę Czerwonym Kapturkiem, a trochę Dorotką w rubinowych pantofelkach, gdy podróżuje sama do wielkiego, niebezpiecznego miasta i pakuje się w paszczę wilka, który jest jej dziadkiem oraz (w poetyce Oz) czarodziejem-oszustem. Hodel to podejrzany lekarz, ale i okultysta i jest przy tym przeraźliwie bogaty i wpływowy. Ukrywa się w labiryncie luster, za zasłoną dymną, w secesyjnej rezydencji, ale swoją „ofiarę” śledzi także na ulicy, w przestrzeni publicznej, zawsze czujny, zawsze krok przed nią. Dorotka/Kapturek jest tak prostolinijna – i tak zdeterminowana, żeby odsłonić zagadkę własnej tożsamości – że po prostu się w to wszystko pakuje. Na ekranie ciągle zderzają się aksamitny mrok i eteryczna świetlistość. Kolory są cudowne. Dziewczyna wędruje przez kręty labirynt przepastnych rezydencji, a Jay przez labirynt poszlak i śladem okruszków dawnych śledztw. Jestem bardzo zaciekawiona, co z tego wyniknie i choć scenariusz nie zawsze trzyma się kupy, to po trzech odcinkach czuję się mocno w serial wciągnięta.

Fot. Fox

Fot. Fox

Serial numer dwa, The Passage – to coś na co dawno czekałam, czyli inteligentna produkcja o wampirach! Zaczęłam go oglądać trochę nieufnie, ale w okolicy piątego odcinka doceniam już wszystko, od ogółu do szczegółu, od zarysu opowieści po pojedyncze sceny czy wymiany zdań. Dialogi są świetne, pełne dobrze przemyślanych, realistycznych szczegółów. Gdy „szaleni naukowcy” rozmawiają między sobą o tym, że chyba nie powinni podejmować trudnych decyzji, ktoś z zewnątrz powinien – bo przecież oni pracując w swojej laboratoryjnej bańce na pewno zatracili już osąd, co jest dobre, a co złe – podoba mi się ta autorefleksja, ten brak zadufania i odklejenia od rzeczywistości. Reality check to w ogóle cecha tego serialu. Nie ma wygodnych skrótów. Gdy złole tropiący małą uciekinierkę przesłuchują uczniów szkoły, by dostać numer telefonu, który ukradła innemu dziecku i ją namierzyć – mały chłopczyk, zamiast wyrecytować z pamięci numer, mówi „to był telefon mojej siostry, pożyczyła mi na czas wycieczki, nie znam jego numeru. Nie, nie znam też numeru mamy, był w tamtym telefonie na szybkim wybieraniu”. I złole są w dupie, bo wcale nie jest tak łatwo zdobywać informacje, nawet w świecie nowoczesnych technologii.

No dobrze, ale o czym jest serial? Otóż o granicach zła i dobra i o tym, czy cel uświęca środki.  Laboratorium, w którym bada się wirus (nigdy nie nazywany tak wprost, bo „nauka, głupcze!”) wampiryzmu, przyniesiony z boliwijskiej dżungli, staje się nagle osią zainteresowania międzynarodowej służby zdrowia walczącej z epidemią zmutowanej grypy, a także, stopniowo, zainteresowania amerykańskiego wojska. Żeby jednak uzyskać lek na grypę trzeba wampiryzm okiełznać i przemienić w szczepionkę – a to wymaga testów na ludziach. Największa szansa na medyczny postęp to zarazić osobę o zdrowych i licznych neuronach, o optymalnej odporności – czyli dziecko, co jest nieetyczne. Dlatego takie dziecko, doświadczalnego króliczka, trzeba wykraść z systemu, najchętniej dziecko z marginesu, dziecko, za którym nikt nie zatęskni. Nikt nie jest tu jednak bezduszny, w naukowcach, ochroniarzach, tajnych agentach kłębią się wątpliwości. Większe dobro – czyli losy setek tysięcy zarażonych – rywalizuje z  prawami jednego dziecka, które ma zostać „poświęcone”.

Fot. Fox

Fot. Fox

Oczywiście stopniowo zaczyna być ewidentne, że igranie z wirusem by zastopować inny wirus to wysoce ryzykowana gra. Mimo nowoczesnej, naukowej otoczki jest to bowiem oldskulowy wampiryzm, z manipulowaniem umysłami, wiszeniem głową w dół jak nietoperz, uwodzeniem we śnie. Widzimy racje obu stron dramatu i ciekawe postacie w każdej z grup, a sytuacja rozwija się prężnie. Każdy odcinek jest o czymś, jest spójnie i z sensem. Szybko się wciągnęłam i będę oglądać dalej. Polecam wszystkim, którzy lubią wampiry, opowieści o nadciągającej apokalipsie i nie przepadają za leniwym scenopisarstwem. Tu jest na poziomie! Muszę więc przyznać, że z omawianej dziś czwórki ten serial lubię najbardziej i najniecierpliwiej czekam na kolejne odcinki i na rozwój akcji.

Good trouble, serial numer trzy, to kolejny potencjalny hit ze stajni produkcyjnej nieustraszonej Jennifer Lopez. Tym razem jest na poważnie i bez wątków nadnaturalnych – to obyczajowa drama, gęsta od wątków, tematów, perspektyw. Jest to spin off serialu The Fosters, którego nie widziałam, więc oglądam serial zupełnie na świeżo. Po kilku odcinkach widać, że zapowiada się nieźle, tempo wartkie, i choć to obyczajówka, to od banału daleko. Dobre dialogi, niesztampowe postacie, narracja nie całkiem liniowa i łopatologiczna, przykład tego, jak można historię o dojrzewaniu i pierwszej pracy w wielkim mieście opowiedzieć z polotem. Muzyka, jak to u Jennifer, w punkt pasuje do opowieści, będąc jej integralną, ale także wyróżniającą się częścią. Reprezentacja jak najbardziej poprawna, mamy różne typy postaci, różne kolory skóry, orientacje seksualne, grupy wiekowe, a wszystko jest organiczne, nie ma się wrażenia, że ktoś to na siłę napisał.

Fot. Freeform

Fot. Freeform

O czym jest serial? Dwie (adoptowane przez parę lesbijek) siostry przenoszą się do miasta i zamieszkują w budynku starego teatru w LA przerobionego na komunę – mieszkają tam razem z grupą innych, różnorodnych młodych ludzi. Przy wspólnym stole toczą się dyskusje o prawach, kliszach, niesprawiedliwościach i prezentowane są kontrastowe punkty widzenia. Tradycyjne wartości rodzinne z różnych przeplatających się kultur mieszają się  z rozmowami o meandrach i paradoksach współczesnych mediów społecznościowych. Sztuka i kultura – z walką o byt. Siostry rozpoczynają tu pierwszą po studiach pracę, Cassie jako prawniczka a Mariana jako programistka w startupie. Obie borykają się ze stereotypami, szczególnie jeśli chodzi o traktowanie kobiet w miejscu pracy, równocześnie pozostając dziewczęce. Więź między siostrami też nie jest cukierkowa. Kłócą się i godzą. Obie podkochują się w biseksualnym artyście mieszkającym  w tym samym budynku. Sposób pokazania myślenia i postępowania bohaterek jest bardzo adekwatny i szczery. W bohaterki da się z miejsca uwierzyć. Już pierwszy odcinek zwiastuje dobrą jakość – rzecz jasna w ramach przyjętej konwencji. Będę oglądać dalej, a może nawet zainteresuję się wcześniejszymi przygodami sióstr.

Fot. Freeform

Fot. Freeform

I na sam koniec PEN15 – tak, tak, dobrze sobie to czytacie, w poetyce z zastępowaniem literek cyferkami, popularnej w czasach podstawówki, gimnazjum, albo przełomu najtisów i lat zerowych. Serial, z portfolio bardzo przeze mnie lubianego Awesomness TV (matecznika genialnych webseries) toczy się w roku 2000 i opowiada (na faktach, czy raczej na podstawie autentycznych wspomnień) o losach dwóch trzynastoletnich przyjaciółek i uczennic. Jest komediowy, choć to raczej komedio-dramat. Najciekawszym zabiegiem jest to, że trzynastolatki grane są… przez nie same, to znaczy dorosłe kobiety, które napisały ten serial, wcielając się w siebie sprzed lat. W świecie/szkole, gdzie reszta rówieśników została obsadzona aktorami dziecięcymi.

Ten dziwny koncept, zestawienie aktorek 31-letnich z aktorami 13-letnimi, początkowo wybija z oglądania, ale przynajmniej ja szybko przestałam na to zwracać uwagę, przyzwyczaiłam się do narzuconej konwencji. Same autorki tłumaczą, że chodziło im o wizualizację tego, co czuły wtedy – a czuły się nie na miejscu, dziwnie, obco, były outsiderkami. Półgodzinne odcinki to takie miniaturki o sytuacjach z życia codziennego, dotykające tego specyficznego momentu, gdy trochę się jest jeszcze dzieckiem, ma się swoje ulubione zabawki i dziecięce rytuały, myślenie magiczne, silną relację z rodzicami, domowe zasady – a trochę już dorosłym, zaciekawionym sprawami seksu, miłości, ciała, hierarchii w grupie rówieśniczej. Serial portretuje uniwersalne tematy bardzo trafnie i wiele widzek odnajdzie w bohaterkach i ich codziennych zmaganiach siebie. Ale napisany jest też w „duchu czasów”, czyli może uruchomić nostalgię u osób, które dorastały przy dźwięku modemu łączącego się ze stacjonarnym telefonem, klikały w toporną klawiaturę po nocach czatując z nieznajomymi, bawiły się „kucykami Pony”, wykłócały się „którą ze Spice Girls jesteś” i pisały liściki do kolegów z klasy żelowymi długopisami we wszystkich kolorach tęczy. Serial nie jest jednak pod żadnym względem słodki i cukierkowy.

Fot. Hulu

Fot. Hulu

Jeśli nie lubicie tak zwanego „zakłopotania z drugiej ręki” to oglądanie perypetii Mayi (Maya Erskine) i Anny (Anna Konkle) może być bolesne. W każdym odcinku dziewczyny pakują się w ewidentne tarapaty i oglądanie tego, jak się z minuty na minutę pogrążają, a wreszcie nieuchronnego Okropnego Momentu sprawia, że mam ochotę się schować pod koc i nie patrzeć. A jednak patrzę – bo to jest sztuka, pokazać jako tak emocjonujący dramat a nawet momentami horror zdarzenia w gruncie rzeczy zwyczajne, typowe, codzienne. Wywlekanie na światło dnia i przed kamerę najbrudniejszych sekretów i traum, jakie może mieć trzynastolatka. Stringi jako obiekt mrocznego pożądania – i kradzieży! – proszę bardzo. Odkrycie masturbacji – temat rzadko podejmowany w kontekście dziewczynek.  Pierwsze papierosy, pierwsze pocałunki, pierwsze piwo, pierwsze golenie nóg. Bohaterki są impulsywne, naiwne, trochę postrzelone, bywają okrutne, bywają dziecinne, doskonale oddają klimat bycia młodszym nastolatkiem. Serial został napisany z ogromną wrażliwością, wyczuciem, intuicją, ale w swojej tonacji jest przede wszystkim nerwowy. Ta nerwowość, ten raptowny rozwój i zmiana i nieuchronna katastrofa – udziela się odbiorcy. Oczywiście, nie jest to serial dla nastolatków. Prawdziwy trzynastolatek wybierze zapewne coś z repertuaru Nickelodeon czy Disney Channel, albo może Freeform czy The CW. PEN15 jest dla osób, które chcą sobie przypomnieć i powspominać. To serial z autorefleksją, balansujący między komedią a czymś przerażającym. Dorosłe ciało, logika dziecka – na tej linii rodzą się dramaty. Też polecam!

Fot. Hulu

Fot. Hulu

A wy, co ciekawego odkryliście w tym roku?

I am the Night
crime drama
TNT, 2019

The Passage
supernatural, horror
FOX, 2019–

Good Trouble
dramedy
Freeform, 2019–

PEN15
teen drama, comedy
Hulu, 2019–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.