Powrót detektywa (True Detective, S03)

Powrót detektywa (True Detective, S03)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Kiedy w 2014 roku Nic Pizzolatto wraz z Carym Jojim Fukunagą zaprezentowali nam pilota serialu True Detective, od razu dało się odczuć, że będziemy mieli do czynienia z kolejną świetną, nietuzinkową produkcją od HBO. Ale chyba nikt nie przywidywał, jak szybko i jak dużym kultem obrośnie pierwsza odsłona Detektywa. To mogło oznaczać tylko jedno – stacja szybko zamówiła kolejny sezon, a oczekiwania względem produkcji wzrosły niebotycznie. Kiedy finalnie Pizzolatto – zgodnie ze swoją zapowiedzią, że nie jest zainteresowany powtórką z hitowego debiutu, a będzie chciał eksplorować odmienne podejście do swej ukochanej konwencji noir – zaserwował drugą odsłonę Detektywa, serial spotkał się z dość chłodnym przyjęciem. Osobiście uważam, że choć kontynuacja nie ustrzegła się błędów, to nadal była świetną produkcją. Jej największą wadą była odmienność od pierwowzoru. Widzowie oczekiwali więcej klimatu znanego z pierwszego sezonu, a dostaliśmy również ociekające gęstą atmosferą, ale jednak miejskie noir z pustynnym Vinci jako swoistym piekłem na Ziemi. Z biegiem czasu wielu doceniło drugi sezon, ale początkowe rozczarowanie było tak wielkie, że na dwa lata temat ewentualnej kontynuacji został zawieszony. W końcu jednak temat powrócił, a po kolejnych dwóch latach otrzymaliśmy trzecią odsłonę produkcji. Trailery zapowiadały powrót do wielu motywów, za które serial został pokochany. Kilka płaszczyzn czasowych, śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa w małej społeczności, ograniczona liczba głównych postaci. Wielu obwieściło, że w końcu dostajemy pełnoprawną kontynuację, która będzie nam serwowała to samo, co otrzymaliśmy w 2014 roku. To wszystko budziło moje obawy. Nie dlatego, że Pizzolatto znów mnie czymś zaskoczy, a wręcz przeciwnie: że pod czujnym okiem producentów będzie zmuszony próbować powtórzyć sukces sprzed lat.

Zastanawiacie się, po co ten przydługi wstęp? Cóż, oczekiwania to coś, co w moim odczuciu jest istotnym elementem wpływającym na odbiór nowego sezonu True Detective. W trzecim sezonie poznajemy dwóch detektywów: naszego głównego protagonistę, czarnoskórego Wayne’a Haysa oraz jego partnera Rolanda Westa, którzy w latach 80. zostają przydzieleni do sprawy zaginięcia dwójki małych dzieci państwa Purcell. Bardzo szybko dołącza również Amelia, nauczycielka, która decyduje się pomóc w rozwiązaniu sprawy. Jak się okazuje, chłopiec zostaje znaleziony martwy, ułożenie ciała sugeruje mord rytualny, zaś ślad po jego siostrze zaginął. W drugiej płaszczyźnie czasowej widzimy powrót do śledztwa. Nie wiemy,w jaki sposób, ale możemy się domyślać, że sprawa została częściowo rozwiązana, a po wielu latach nagle pojawia się trop sugerujący, że dziewczynka żyje. To zaś powoduje, że nasi detektywi ponownie łączą siły, aby spróbować odnaleźć nastolatkę. W trzeciej płaszczyźnie czasowej Hays, obecnie borykający się z zanikami pamięci, powraca myślami do sprawy sprzed lat, zdecydowawszy się na wzięcie udziału w programie z gatunku true crime, poświęconym rodzeństwu Purcell.

Fot. HBO

Fot. HBO

I chciałbym rozpocząć od oceny konstrukcji tego sezonu, czyli rozpisania całości właśnie na trzy płaszczyzny czasowe. Jest to element, który pozornie może budzić skojarzenia z tym, co widzieliśmy w pierwszym sezonie, ale to tylko pozory. Przez wprowadzenie trzeciej płaszczyzny czasowej, w której nasi protagoniści są w podeszłym wieku, albo wręcz w ogóle się w niej nie pojawiają, twórcy pokazują nam, że zagadka kryminalna jest tutaj drugorzędna, jest narzędziem do opowiedzenia zupełnie innej, bardziej obyczajowej historii. O czym opowiada zatem nowy sezon? O małym źle, które potrafi wyrządzić wielką krzywdę. O małej społeczności, która pod przykrywką normalności skrywa mroczne sekrety. W końcu też o konsekwencjach podejmowanych decyzji i życiu z tymi konsekwencjami. I to wszystko jest przefiltrowane przez trzy „śledztwa”, które stopniowo odkrywają przed nami elementy układanki. Konstrukcyjnie ten sezon został rozplanowany mistrzowsko. Częste przejścia pomiędzy płaszczyznami czasowymi rozgrywanymi na przestrzeni blisko 30 lat mogły budzić obawy o to, czy całość nie stanie się chaotyczna, ale dzięki świetnemu aktorstwu – o tym więcej za chwilę – bardzo dobrej scenografii i umiejętnemu prowadzeniu opowieści wypadają znakomicie. Zresztą całość wypada dobrze nie tylko ze względu na płynność prowadzenia akcji, ale także doskonałe rozplanowanie poszczególnych odcinków, bo w zasadzie każdy z nich serwuje nam na końcu prawdziwe tąpnięcie. Oglądanie całości w trybie odcinka na tydzień, tj. zgodnie z harmonogramem HBO, dostarczyło mi niesamowitej frajdy.

Fot. HBO

Fot. HBO

Zatrzymajmy się na chwilę przy aktorach. Mahershala Ali wypada świetnie w roli Wayne’a Haysa. Często drobnymi gestami kreuje pełną niuansów postać byłego weterana wojny w Wietnamie i zamkniętego w sobie profesjonalisty, który niespodziewanie otwiera się na świat. Stephen Dorff w roli Rolanda to dla mnie kolosalne zaskoczenie. Kojarzyłem go głównie z b-klasowym kinem, a tu wypada fantastycznie, świetnie odgrywając nawet najtrudniejsze sceny (sekwencja w barze z finałowego odcinka to prawdziwa perełka). Carmen Ejongo w roli Amelii wypada wiarygodnie, ale przyznam, że jeżeli miałbym doszukiwać się minusów, to właśnie w przypadku tej postaci. Nie chodzi o grę aktorską – tu wszystko wypada fajnie – a o szkic charakterologiczny. Historia Amelii intryguje, początkowo wydaje się ona być jedną z kluczowych postaci, jej relacje z Waynem są ciekawe, ale odnoszę wrażenie, że ostatecznie czegoś tutaj zabrakło, jakiejś pointy dla tej bohaterki. Niemniej cała obsada, nawet drugoplanowa, wypada bardzo dobrze, co należy docenić tym bardziej, że dostali naprawdę karkołomne zadanie zaprezentowania swych postaci w różnych punktach ich życia.

W kontekście konstrukcji tego sezonu, musimy powrócić jednak do kwestii oczekiwań i wątku kryminalnego, bo w moim odczuciu coś, co stanowi o sile tej produkcji, stało się dla wielu przyczyną potężnego zawodu. Od początku wiemy, że młodej panny Purcell nigdy nie odnaleziono, ale wiemy też, że ktoś za morderstwo został skazany. Serial początkowo zdaje się być prowadzony pod jakiś wielki finałowy twist, który nie tylko zaszokuje widzów, ale wręcz połączy wątki trzeciego sezonu ze słynną siatką pedofilów, którą rozpracowywali Rust z Martym w Luizjanie. Dzięki umiejętnemu dawkowaniu przez scenarzystów informacji my wielu rzeczy jesteśmy się w stanie stopniowo domyślić. Ale przecież w kryminale musi być twist. Czyż nie? Z tej perspektywy może okazać się szokującym zabieg zastosowany przez Pizzolatto, który w finałowym odcinku w ciągu 5–10 minut wykłada nam rozwiązanie na tacy, potwierdzając tym samym w zasadzie wszystko czego się domyślaliśmy. Rozczarowujące, prawda? Nic bardziej mylnego, ale choć kupuję w 100% to, co nam zaserwowano, to mogę zrozumieć rozczarowanie widzów, którzy spodziewali się serialu stricte kryminalnego. Ba, w mojej ocenie Pizzolatto bardzo świadomie pogrywał sobie w tym sezonie z oczekiwaniami widzów. Nie tylko w kwestii wątku kryminalnego, ale także klimatu całości. Chcecie mieć powtórkę z pierwszej odsłony? To dostaniecie! Tylko, że nie. Nie o tym jest ta historia. A sam klimat, choć momentami jest równie przytłaczający, w finale nagle jest bardzo interesująco skontrowany.

Fot. HBO

Fot. HBO

Zapytać można zatem, czy skoro wątek kryminalny stanowi jedynie tło opowieści, warto sobie zawracać głowę tym sezonem? Powiem krótko – jeszcze jak! True Detective w trzecim sezonie poszedł w miks obyczajówki z wątkami kryminalnymi, co widzieliśmy ostatnio choćby w Ostrych przedmiotach czy Wielkich kłamstewkach i wyszedł z tego w stu procentach obronną ręką. Udało się twórcom wykreować plejadę fantastycznych postaci, którym autentycznie kibicujemy w ich zmaganiach z rzeczywistością. A do tego dzięki postawieniu na sportretowania pewnej banalności zła, skupieniu się na dalekosiężnych konsekwencjach często pozornie nieistotnych decyzji otrzymaliśmy jeden z najbardziej „życiowych” i wiarygodnych seriali ostatnich lat. Świetnie wybrzmiewa to w finale, który został genialnie skonstruowany. Jak wspomniałem, bardzo szybko wątek kryminalny zostaje zakończony, a my zaczynamy się zastanawiać, co dostaniemy w ciągu tej ostatniej godziny z Waynem, Rolandem i Amelią. A otrzymujemy prawdziwy wulkan emocji, kiedy możemy zobaczyć, gdzie zaprowadziły naszych bohaterów wybory sprzed lat. Powiem otwarcie, że odcinek finałowy porusza się na cienkiej granicy, po przekroczeniu której popadłby w kicz lub tani sentymentalizm, ale dzięki ekipie aktorskiej i scenarzyście udało się uniknąć wpadki i wszystko zagrało, jak należy. I choć niektórym z Was ten słodko-gorzki posmak finału może nie odpowiadać, to w mojej ocenie naprawdę trudno byłoby zakończyć ten sezon lepiej.

Podsumowując, True Detective wrócił w wielkim stylu. Nic Pizzolatto po raz kolejny udowodnił, że ma pomysł na tę antologię, dlatego też liczę, że dostanie zielone światło od HBO na następne sezony. Nie odcinał kuponów, nie przymilał się do widzów, zamiast tego stworzył kapitalną, świetnie napisaną – dialogi w tym sezonie to wielokrotnie klasa sama w sobie – świetnie skonstruowaną i poruszającą opowieść. Warto na pewno wiedzieć przed seansem, że nie mamy do czynienia z serialem stricte kryminalnym. Ale czy to tak naprawdę jest zaskoczenie? Kryminał w przypadku tytułowego Detektywa to w mojej ocenie była zawsze kwestia drugorzędna do opowieści o ludziach, zmaganiu się z losem i źle, które nas otacza. I to dzięki temu, a nie zagadkom kryminalnym, ten serial wspominamy i będziemy wspominać po latach.

Fot. HBO

Fot. HBO

True Detective
crime drama
HBO, 2014–

Michał Rakowicz

Michał „Jerry” Rakowicz – miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki, komiksu czy filmu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze na swoim blogu Jerry's Tales (jerrystales.blogspot.com), udziela się w licznych projektach podcastowych i jest redaktorem serwisu Carpe Noctem.

Latest posts by Michał Rakowicz (see all)