Umarło cyniczne fantasy; niech żyje Mroczny Kryształ! (Dark Crystal, S01)

Umarło cyniczne fantasy; niech żyje Mroczny Kryształ! (Dark Crystal, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Co prawda do końca roku jeszcze daleko, ale czuję, że już teraz mogę się pokusić o pewne jego pulpożercze podsumowanie. Serial Dark Crystal: Age of Resistance domaga się takiego podsumowania, i to z szerszej perspektywy styku serialowej kultury popularnej i społeczno-politycznego klimatu naszych czasów.

Zamknięcie dekady Nerdsploitation

Rok 2019 jest chyba klamrą domykającą ten etap, który stanowił istotną część naszego życiowego doświadczenia kultury popularnej. Przykładowo, w Avengers: Endgame zamknięte zostały główne wątki Uniwersum Filmowego Marvela (MCU). Jednocześnie klasycznie komiksowe filmy superbohaterskie ewidentnie złapały zadyszkę, czego przykładem jest ostatni Spider Man. Oczywiście i tak należy się uznanie dla Marvela, że tak długo podtrzymał relatywnie dobrą jakość swoich filmów i otaczające je zainteresowanie publiczności. Jeśli przyjmiemy ostrożnie, że oficjalnym początkiem MCU był Iron Man z 2008 r., to mamy do czynienia z więcej niż dekadą fenomenu MCU. I oto ten etap kultury popularnej właśnie dobiegł końca. Przy okazji też w kinematografii inspirowanej komiksami robi się jakoś tak coraz bardziej anty-superbohatersko – czy wręcz antybohatersko. Doskonałym tego przykładem są wspaniali The Boys (z Karlem Urbanem) czy nowy Joker (z Joaquinem Phoenixem).

W tym roku kończy się też flagowy serial ery nerdsploitation: Big Bang Theory (Teoria Wielkiego Podrywu) – też ponad dekada emisji (od 2007 r.). Dla mnie najlepszym symptomem schyłku ery nerdsploitation jest to, że – nawet podawany na poważnie – kult naukowego geeka staje się swoją własną parodią (vide tegoroczny Star Trek: Discovery, gdzie Spock w dramatycznym momencie deklaruje„I love science”, ugh).

No więc dobiega też końca era tego rodzaju nerdsploitation, którego toksyczność – przynajmniej jej zalążek – niechcący jest sygnalizowana w samym tytule Big Bang Theory i jeszcze wyraźniejsza w polskim jego tłumaczeniu. Tytuł ten oczywiście jest grą słowną: oznacza zarówno teorię wielkiego wybuchu, jak i właśnie wielkiego podrywu. Ale nie byle jakiego podrywu. „Bang” jest słowem używanym na określenie „zaliczenia” – podrywu i stosunku seksualnego – przez tzw. pickup artists („artystów podrywaczy”, mistrzów w sztuce końskich zalotów), czyli środowisko, które wyraźnie powiązane jest ze zjawiskiem mizoginistycznych inceli (od ang. involuntary celibate – mimowolny celibat).

Dość symptomatyczne dla nastroju tamtych lat, że w tym sam roku, w którym rozpoczęto emisję Teorii Wielkiego Podrywu, niejaki Roosh V – jedna z czołowych postaci tego środowiska (wiązany nawet ze środowiskiem alt-prawicy) – wydał swoją Biblię podrywaczy właśnie o tytule Bang: The Pickup Bible That Helps You Get More Lays. Oczywiście sam serial nie prezentował aż tak zwyrodniałej wizji. Jednak to, co wyraźnie sygnalizował a nawet afirmował – ów „uroczo-niezdarna” (ang. adorkable) mizoginia i nieporadne dążenie do męskiej hegemonii – uznamy dziś, szczególnie po ruchu #metoo (od 2017 r.), raczej za wyraźnie niepokojące czy wręcz toksyczne.

Koniec fetyszu gier o tron

Skończył się też fenomen Gry o tron, bodaj największego wydarzenia w kinematograficznej fantasy od czasu Władcy Pierścieni. Zresztą, równolegle do emisji Gry usiłowano rozbudować Tolkienowski świat w filmie, jednak trylogia Hobbit (2012–2014) rozczarowała fanów i krytyków, co było dość wymowne także w kontekście wyzysku ekonomicznego, jaki ta produkcja przyniosła Nowej Zelandii (w temacie autopsji tego dzieła polecam gorąco analizę Lindsey Ellis).

Serialowa Gra o tron (2011–2019) sprawiała wrażenie jakiejś osobnej ery w kulturze popularnej. Ale sądzę, że wysoce symptomatyczne jest to, co skończyło się razem z GoT i czym to coś zostało zastąpione – dosłownie parę miesięcy później. Otóż GoT reprezentował coś w rodzaju cynicznej fantasy zorientowanej silnie na fikcję polityczną i socjologiczną. Serial eksplorował tę pesymistyczną wizję politycznej natury człowieka. To fantasy wyzute z idealizmu i budujące obraz ludzkości raczej hobbesowski, w ramach którego nie ma możliwości przełamania błędnego koła władzy i ucisku. Zachodniemu widzowi wybór króla z finału Gry o tron może się wydawać jakiegoś rodzaju krokiem w dobrą stronę: drobnym, inkrementalnym postępem. Polacy zaznajomieni z własną historią polityczną akurat doskonale zdają sobie sprawę z tego, że regularna wolna elekcja monarchy przez arystokrację nie tylko nie jest etapem na drodze do demokracji, ale wręcz może zahamować postęp społeczny na etapie feudalnego niewolnictwa i oligarchii.

Nieco wcześniej – i to m.in. za sprawą wspomnianego #metoo – skończyło się nie mniej cyniczne House of Cards (2013–2018), również stanowiące ucieleśnienie osobliwego fetyszu polityczności. Sam HoC dość wyraźnie sygnalizował pewien problematyczny klimat tej minionej dekady. Niepokoił mnie on już w 2014 roku, kiedy porównywałem na łamach Pulpozaura amerykańską i brytyjską wersję House of Cards (gdybym tylko wiedział wtedy, jakim draniem był w rzeczywistości Kevin Spacey…!).

Napisałem wówczas sarkastycznie: „Wydaje się oczywiste, że w obu serialach wcale nie chodzi o »zło dla większego dobra« (bad for the greater good), jak twierdzi jeden ze sloganów HoC-US. Oba seriale, mimo że są w istocie próżną rozrywką z oglądania zła w działaniu, mówią dwie ważne prawdy. Prawdy o nas i naszych czasach. Po pierwsze, pokazują, że choć system polityczny jest wędzidłem, to mimo wszystko wspiera tym bardziej bezwzględne i amoralne elity. Świat sloganowej debaty publicznej, elektoratu o pamięci złotej rybki – biernego i ignoranckiego – to wspaniała szkoła hipokryzji. Liczenie w takim świecie na wielkiego męża stanu stanowi czystą naiwność. Po drugie oba seriale pokazują nam fascynującą prawdę – o naszej niegasnącej fascynacji złem.”

Prawdą czasów, o których pisałem, było ówczesne porzucenie idealizmu amerykańskiej fikcji politycznej – obecnego jeszcze parę lat wcześniej choćby w serialach takich jak The West Wing (1999–2006). To nastanie cynizmu w fikcji politycznej było chyba świadectwem rozczarowania nadziejami pokładanymi w prezydenturze Obamy. Było to o tyle niepokojące, że od dawna w rzeczywistości politycznej USA filmy i telewizja stanowiły źródło inspiracji, busolę i punkt odniesienia dla amerykańskiego wyborcy. W tym sensie sam HoC jak i GoT były symptomami pewnego szerszego trendu w mediach masowych – osobliwego klimatu epoki. W jego duchu na zaskakującą skalę utowarowiono spektakl brudnych gier o władzę.

W tym czasie telewizyjne stacje informacyjne rozkręciły na pełna skalę traktowanie polityki jako osobliwych zapasów. Ówczesny szef CNN, Jeff Zucker – wcześniej producent reality show pt. The Apprentice z Trumpem w roli głównej – wyjaśniał: „Idea, według której polityka jest sportem, jest niezaprzeczalna. Tak właśnie ją rozumiemy i tak do niej podchodzimy”. To w tym klimacie powstały dogodne warunki dla zwycięstw Brexitu i Trumpa: media dające darmowy czas antenowy temu, kto jest bardziej bezczelny i bardziej bezlitosny w polityce.

Wracając do cynicznego political fantasy. Ten podgatunek sam w sobie zasługuje na docenienie, bo przybliża się momentami do świetnego social science fiction tyle że w realiach fantasy (wątek społecznej i rewolucyjnej roli religii był w GoT arcyciekawy, ale ucięto go leniwym deus ex machina, by wrócić do nużącej walki arystokratów). W przypadku GoT i przy wyczerpaniu się weny Martina, ewidentne było zmęczenie tym materiałem. Dobitnie widać to po tym, jak wymęczony i w pośpiechu był zrealizowany ostatni sezon. Domknięto w nim ten na wskroś polityczno-cyniczny (ekhem, tzw. „realistyczny”) a wyświechtany truizm, że w polityce każdy idealizm kończy się brukowaniem piekła. A temu banałowi towarzyszyła równie stereotypowa wizja feminizmu jako upodmiotawiania kobiet przez naśladowanie toksycznej męskości („Widzicie? Kobiety też mogą być bezwzględnymi szefami globalnych korporacji zbrojeniowych! Feminiz wygrau!”).

Jutrzenka rewolucyjnej fantastyki

I oto ledwo kilka miesięcy po pospiesznym domknięciu cynicznej Gry o tron uraczono nas prawdziwą ucztą oryginalnej fantastyki – wspaniałym, widowiskowym, przepięknym i epickim serialem Mroczny Kryształ o wymownym podtytule: Czas Buntu (umówmy się, że „ciemny” kryształ jest tłumaczeniem nie najbardziej fortunnym).

Już po kilku odcinkach ewidentnym staje się, że nie jest to ot takie klasyczne fantasy z typową dla niego krytyką nowoczesności, ale fantastyka z ewidentnymi politycznymi alegoriami. To fantastyka ilustrująca zjawisko systemowej opresji opartej na fałszywej świadomości. Nie jest tu tak, że wychodzimy z sielskiego Śródziemia walczyć ze złem, które nadciąga z zewnątrz. W Czasie Buntu odkrywamy, że to, co wydawało się sielskie, harmonijne, było w istocie niesprawiedliwym, a nawet zbrodniczym systemem ucisku. Odkrywamy, że to, co nam bliskie, należy obalić.

Za szczególnie celną – jako taką, która sama mi się nasunęła podczas oglądania – uważam interpretację Czasu Buntu jako alegorii sojuszu burżuazji z faszyzmem. Przedstawiona została we vlogu na kanale NonCompete.

Jej autor opisuje przedstawione wydarzenia polityczne jako „liberal-fascist bargain” (targ między liberałami a faszystami), ale pod pojęciem „liberał” rozumie raczej burżuazyjno-polityczno-biznesowe elity (ewentualnie „centrystów”). Elity te w imię porządku i tradycji wspierają ewidentną opresję, a opresja ta wyraźnie podobna jest do tego, co jako faszyzm zdefiniował Umberto Eco: nie spójną ideologię, ale oportunistyczne, osobliwie bezideowe, ale bezwzględne dążenie do absolutnej władzy oparte na wytypowaniu wroga. Jeszcze jedna uwaga: „faszyzm” (pisany z małej litery) rozumiem tu jako pewien typ totalitarnego czy autorytarnego systemu politycznego wypracowany w XX wieku, a nie jako włoski Faszyzm, od którego ta pierwsza kategoria zaczerpnęła nazwę.

Czas Buntu wspaniale wbudowuje te analogie historyczne w niebywale fantazyjne tło. Tworzy soczysty, namacalny system społeczny, z niuansami i bez naiwności (na którą lekiem miał niby być ów cynizm political fiction ostatniej dekady). Serial jest prequelem filmu Dark Crystal z 1982 roku. Sam film stanowił w zasadzie prostą (i na dzisiejsze warunki może aż zbyt prostą), ale piękną i zarazem straszną baśń. Serial udowadnia, że takie baśniowe światy da się pogłębić – da się nadać im politologicznej i socjologicznej tekstury i wcale nie musi się to skończyć prequelami w stylu tych do Gwiezdnych wojen. Wątki polityczne i społeczne mogą być ciekawe, pod warunkiem, że podane są w odpowiedni sposób.

Walka ze złem w realistycznym kontekście

Zatem przedstawiony w Czasie Buntu świat Thra pokazany jest jako złożony i funkcjonalny system społeczno-polityczny; funkcjonalny tak jak nasze społeczeństwa – nie realny, ale realistyczny z perspektywy świata przedstawionego. Pokazuje jednocześnie, jak kruche jest bezpieczeństwo uciskanych, a żyjących pokornie w takiej „umiarkowanej opresji”. Wystarczy jakieś zdarzenie, kryzys czy nowy wynalazek, żeby władcy posunęli się w swoim ucisku jeszcze dalej. Systemowa eksploatacja klas niższych bardzo łatwo zamienia się w nieomal jawne niewolnictwo. Codzienny, endemiczny antysemityzm bardzo łatwo przemienia się w ludobójstwo. Tolerowanie ich dla świętego spokoju okazuje się tylko pokorą trzody idącej na rzeź.

I jakże wspaniale pokazana jest tu ta gra o tron wewnątrz samego faszyzmu. Jakże piękne mamy analogie do sztandarowych figur nazistowskiego reżimu. Szambelan (wspaniale udźwiękowiony przez Simona Pegga) ilustrowałby tu genialnego propagandystę, który sprawnie ucisza niepokoje, budując wygodne narracje pasujące do dominującej ideologii. Z kolei Generał i sam Imperator (wspaniały Jason Isaacs) to wyborna reprezentacja okrucieństwa reżimu, który – gdy przyjdzie co do czego – nie będzie się patyczkował. Mamy kolaboracyjny, kolonialny system władzy oparty na kompradorskiej elicie, która ochoczo uczestniczy w eksploatacji własnej populacji. Mamy tu negowanie przez władze oczywistych zmian klimatu (Imperator: „There is no darkening!”), no i upokorzonego, a okrutnego Naukowca o złowieszczym głosie Marka Hamilla, który okazuje się wynalazcą zarówno mechanizmu eksploatacji, jak i instrumentu eksterminacji. Jego postać wspaniale ilustruje, jak pozbawiony moralnej busoli potrafi być geniusz nauki i postępu technicznego.

Serial też świetnie pokazuje, że rozwiązaniem problemu opresyjnych struktur społecznych nie jest umieszczenie u jej szczytów kobiet (czyli feminizm w strywializowanym rozumieniu). Środkiem zaradczym jest gruntowna przebudowa tych struktur. Konflikt na linii Skeksowie–Gelflingowie nie jest jasny od początku. Wielu Gelflingów nie chce uwierzyć w prawdę, że służyć będą jako pożywka dla nieśmiertelności swoich oprawców. Omamienie fałszywą świadomością można jednak przełamać. Potrzebna jest do tego szczera kolektywna wymiana myśli: otwarcie się na prawdę – jakiegoś rodzaju deliberacja. W baśniowym świecie Thra będzie to rodzaj telepatycznej medytacji (dreamfasting). Ale telepatii najlepiej w grupie, przy ognisku – na zasadzie opowiadania historii, budowania wspólnoty wokół prawdziwej narracji.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Zgadzam się z tezą z vloga NonCompete, że ostatecznie bunt przeciw Skeksom wymaga skruszenia dawnych hierarchii i wprowadzenia równości. Ale widzę też, że postrzeganie nadziei w anarchizmie – co czyni autor – jest problematyczne. Finał sezonu to bitwa, w której zbuntowani Gelflingowie odpierają atak na swoje miasto ze strony samych Skeksów. Pokonanym pozwalają jednak uciec. Ci, którzy znają historię z filmu, wiedzą, jak to się skończy. Skeksowie powrócą z armią potworów, które eksterminują Gelflingów niemal co do jednego. Winą za taki rezultat autor vloga obarcza „liberalne”, tj. tolerancyjne wobec faszyzmu instynkty Gelflingów – to, że pozwolili oni uciec Skeksom i nie zadali im całkowitej klęski. Jednak brak pościgu za tyranami nie jest rezultatem jakiejś nadziei, że gdy będzie się ich tolerować, konflikt zaniknie. Przyczyną braku pójścia za ciosem były raczej albo zmęczenie bitwą, albo brak skoordynowanego i prężnego dowództwa. W tym drugim przypadku przyczyną finalnej klęski byłby właśnie anarchizm.

Koniec, jaki jest antycypowany przez film, aż za bardzo przypomina to, jak skończyła się walka republikanów z siłami Franco w hiszpańskiej wojnie domowej. Mimo początkowych zwycięstw w obronie kluczowych miast (¡No pasarán!), rozproszone, nieskoordynowane grupki anarchistów i innych grup (które dopiero z czasem zaczęła pochłaniać ingerencja stalinowska) nie były w stanie rozbić przeciwnika. Franco za każdym razem mógł się przegrupować i – co kluczowe – zachowywał inicjatywę. Anarchiści potrafią zmobilizować się do stacjonarnej obrony. Ale brak jednolitego, scalonego przywództwa kończy się statycznością. Takiego przeciwnika bardzo łatwo wymanewrować, oflankować i odciąć od zaplecza, a wodzowska struktura faszyzmu idealnie nadaje się do rozbicia tego typu oporu. I tu tkwi – przynajmniej na razie – mój największy niepokój o losy Gelflingów.

Jeśli już idziemy tropem historycznych analogii, to możemy zauważyć, że do pokonania faszyzmu konieczna jest odpowiednio scentralizowana i dynamiczna struktura władzy – demokratyczna, egalitarna, ale skoordynowana i efektywna. Jak walczyć z faszystami pokazał nam U.S. Grant i F.D. Roosevelt – tj. do bezwarunkowej kapitulacji. Jak to się jednak potoczy w samym serialu – czas pokaże.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Lekarstwo na cyniczną fantastykę

Mroczny Kryształ: Czas Buntu jest jednym z najlepszych przykładów prequela w ostatnich latach i najlepszych przykładów fantastyki w ogóle. Mam wielką nadzieję, że twórcy utrzymają poziom – nie tylko warsztatowo, ale przede wszystkim fabularnie i że w narracyjnie sensownym momencie uda im się zamknąć tę historię.

To, że widziałem film, nie odbiera mi przyjemności z oglądania serialu. To, że wiem o eksterminacji Gelflingów, tym bardziej przyciąga mnie do tej historii. To jest tego rodzaju spoiler, który ubogaca, a nie psuje frajdy. Tym bardziej jestem ciekaw, jak dalej potoczy się ta historia. Chęć powrotu do tego pięknego, mistrzowsko zrealizowanego świata wykracza poza samą jego estetykę. W tym wszystkim cieszy mnie, że podarowano nam tak wspaniałe lekarstwo na cyniczną polityczną fantastykę ostatnich lat.

Do boju, Paladynie Hup!

The Dark Crystal: Age of Resistance
fantasy
Netflix, 2019–

Michał Zabdyr-Jamróz

Fan Star Treka, Stargate’a, Firefly, Fallouta, Strażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.