Nasze trzy grosze dla Wiedźmina (The Witcher S01)

Nasze trzy grosze dla Wiedźmina (The Witcher S01)

Tekst zawiera spoilery.

Pirjo: Cofnijmy się w czasie – jakie były Wasze oczekiwania względem tego serialu i jak wygląda Wasza wcześniejsza „relacja z Wiedźminem”? Nie da się ukryć, że jest to postać (i saga) bardzo w Polsce popularna i budząca silne, czasem nawet skrajne emocje. Prawie każdy z nas miał jakieś wyobrażenia i idealną wizję tego, co by chciał na ekranie zobaczyć. Ja akurat zaliczam się do fanów zaangażowanych umiarkowanie – książki czytałam dwa razy (w tym rok temu, żeby sobie odświeżyć), widziałam polski film i serial (serial, który moim zdaniem, dobrze się sprawdza jeśli zapomnimy, że to adaptacja Sapkowskiego, a pomyślimy, że to nieco staroświecki i dziwny produkt dla młodego widza), grałam w gry (ale nie jakoś namiętnie). Na serial The Witcher od Netfliksa czekałam, lecz nie w napięciu. Traktowałam go raczej na luzie. A Wy?

Ginny: Wiedźmina czytaliśmy tyle razy, że obecnie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile dokładnie. Najpierw wypożyczanego z lokalnej biblioteki, a w ciągu ostatniego roku już posiadanego na własność. Przez wiele lat do książek podchodziliśmy bezkrytycznie – były idealne i kropka. Dziś dostrzegamy pewne ich wady (choć zupełnie inne niż te, które to niby miały być wadami, dla tych których opinie tak nas irytowały lata temu), ale wciąż je uwielbiamy. Z polskiego serialu widzieliśmy urywki, które irytowały na tyle, byśmy zaraz go wyłączali. W gry w ogóle gramy rzadko, więc do tych wiedźmińskich nie dotarliśmy i pewnie nie dotrzemy, bo nie czujemy takiej potrzeby. Saga to więc dla nas siedmioksiąg i satelitujące go opowiadania o matce Geralta i o ślubie Geralta i Yennefer.

Podchodząc do serialu Netfliksa próbowaliśmy mimo wszystko nie budować swojej opinii w oparciu o jego bliskość z oryginalnym materiałem. Mieliśmy świadomość, że on po prostu musi od niego całkiem mocno odbiegać. O ile podczas samego oglądania mieliśmy poczucie, że udało się nam to postanowienie osiągnąć i po prostu czerpać przyjemność z seansu, o tyle kiedy już zaczęliśmy rozmyślać o tym, co zobaczyliśmy, trudniej było się tak mocno odciąć od porównywania z książkami, które wrosły w nas bardzo głęboko. Wracając jednak jeszcze do samych oczekiwań, czekaliśmy na serial z nadzieją i poczuciem, że gorzej niż w polskiej „adaptacji” nie będzie. I to w naszym odczuciu zostało spełnione.

Lierre: Od pierwszych plotek, że któraś platforma streamingowa rozważa serial na podstawie Wiedźmina, podskakiwałam w miejscu, bo to było jak gwiazdka z nieba. Całą serię czytałam lekko za wcześnie, gdy miałam jakieś 11–12 lat, i nieraz do niej wracałam. Teraz też, przy okazji serialu, postanowiłam przeczytać jeszcze raz (po długiej przerwie) i dużo frajdy daje mi odkrywanie jej na nowo, bo wiele ciekawych szczegółów kiedyś nie zapisało mi się w pamięci. Te książki są tak cudownie aktualne! Zaznaczę też może, że nigdy nie grałam w gry, więc nie wpłynęły zupełnie na moje oczekiwania serialowe – których nie miałam za wiele, tylko kibicowałam po cichu Lauren Hissrich, którą od dawna śledzę na Twitterze i która ujmuje mnie swoim podejściem. Trudno mi było jednak wyobrazić sobie przeniesienie tej historii na ekran, nie miałam więc żadnych oczekiwań – byłam przede wszystkim ogromnie ciekawa i troszeczkę może wzruszona, że Wiedźmin został tak doceniony.

Maciek: To ja w takim razie odpowiem przewrotnie: nigdy nie czytałem Wiedźmina i sam też nie wiem, jakim cudem się uchowałem, nie grając nigdy w Wiedźmina CD Projektu mimo swojej gamingowej natury. Moja styczność z tym światem przed obejrzeniem serialu była więc iście powierzchowna. Wiedziałem mniej więcej o co chodzi – że jest sobie wiedźmin Geralt z Rivii i jego ukochana Yennefer oraz mała Ciri, przybrana córka Geralta. I potwory. I smoki. I dwa miecze. No i oczywiście główny bohater w wannie. Tak, mam świadomość, że wychodzę pewnie na ignoranta. Mając to na uwadze, nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań względem serialu, poza tym, że będzie to porządne dzieło z rozmachem, godne hajpu i swojego budżetu. Po prostu miałem nadzieję na zgrabnie opowiedzianą historię, godną światowego fenomenu.

Mateusz:  Podobnie jak Maciek, nigdy nie czytałem twórczości Sapkowkiego, także ominął mnie fenomen gry od CD Projekt. Niestety miałem „przyjemność” zapoznać się z naszą rodzimą ekranizacją, która stanowiła swoiste połączenie Ogniem i mieczem z Przygodami wesołego diabła. Widać oczywiście po polskim Wiedźminie, że dobre chęci może i były, ale zabrakło wykonania i odpowiedniego budżetu. To przypomina trochę anegdotę o tym, jak Stanley Kubrick chciał nakręcić Władcę Pierścieni. Stwierdził jednak, że ówczesna technologia jeszcze nie pozwala na należytą ekranizację dzieł Tolkiena. Serial Netfliksa miał przy tym nieco wypełnić pustkę po Grze o tron i chyba się… udało.

Maria: To na koniec jeszcze ja. Książki przeczytane w napięciu, ale już dawno zapomniane. Wywarły na mnie ogromne wrażenie i stanowią część tego, co mnie ukształtowało jako nerda i czytelnika. Gdy go czytałam, Wiedźmin wydawał mi się głęboki i ciekawy, świat niezwykły, bo bliski, mimo że tak niepodobny. Dla mnie ważne było poczucie końca epoki albo przejściowości, które Sapkowski świetnie oddał. Wielu warstw nie czułam i nie zauważyłam (no przecież autor to mistrz postmodernizmu a ja byłam dzieckiem), ale podświadomie je czułam. A potem, pomimo siły oddziaływania, zapomniałam. Nigdy do książki nie wróciłam, nie miałam potrzeby. Wydawało mi się, że z Sapkowskim powiedzieliśmy sobie to, co chcieliśmy, i wystarczy. Parę razy w bibliotece sięgnęłam po Wiedźmina leżącego na półce, ale nie potrafiłam go zabrać ze sobą. W końcu Wiedźmin stał się zlepkiem wspomnień i wyobrażeń. Film widziałam. Wyparłam wszystko poza smokiem. Myślę jednak, że do niego wrócę.

Czy czekałam na ekranizację? Tak, ale inaczej. Trailery ostatnimi czasy mnie rozczarowują, więc przestałam się nimi ekscytować (moje oceny filmów w oparciu o trailery okazują się ostatnio całkowicie nietrafne. Dzięki Bogu pomyliłam się w kwestii Fury Road i Star Trek Beyond). Wiedziałam, że muszę obejrzeć to, co powstanie, ale bałam się, że zniszczy moje wspomnienia. Bałam się powtórki z Gry o tron, albo bezwzględnie złej ekranizacji. Nic nie mogło być też tak dobre jak to, co mamy w głowie – każdy ma przecież swoje wyobrażenia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: No to już wiemy, że mamy w swoim gronie różnego rodzaju odbiorców i odmienne oczekiwania! Zanim się jednak wgryziemy w fabułę, niczym kikimora w Magistra, chciałabym poruszyć jeszcze jeden temat: Wiedźmin a sprawa polska. Rok 2019 wydaje mi się świetnym momentem dla rodzimej literatury – rozgłos na świecie zyskali Olga Tokarczuk, jak i (w nieco innym stylu) Andrzej Sapkowski. Czytałam, że anglojęzyczne wydania jego książek biją teraz wszelkie rekordy popularności. Mimo że części krytyków (i części polskich widzów) serial się nie podobał, albo ich po prostu zawiódł, to jednak równolegle zyskał sobie ogromną ilość nowych fanów. To aż dziwne uczucie, widzieć (obserwuję to szczególnie na Twitterze) ludzi chwalących się kolekcjami figurek postaci, cieszących się, że cała saga wyszła w wersji ekskluzywnej, w twardej oprawie; dzielących się memami, śpiewających piosenkę Jaskra, rysujących piękne fanarty. Jak najbardziej rozumiem z czego to wszystko wynika i czuję, że nawet w okrojonym względem literackiego pierwowzoru serialu można się zakochać. Że ten serial, choć ma wady, jest równocześnie, już na etapie pierwszego sezonu, bardzo cool. To jest ten sam rodzaj kochania niedoskonałej produkcji, wyróżniającej się jednak oryginalnym stylem i świetnymi postaciami, co w przypadku choćby serialu Galavant, tylko Wiedźmin jest mniej niszowy od musicalu fantasy. I to daje mu nadzieję na długą ekranową karierę. Przyznam, że super jest widzieć jak kolejne grupy osób zarażają się Wiedźminem, zakochują się w postaciach które my, Polacy, znamy i cenimy od dawna. Tak, zdecydowałam się patrzeć tu na plusy, a nie na falę krytyki, która zalewa szczególnie polski internet. Jak myślicie, czy Polacy lubią podkopywać sukcesy swoich rodaków? Napiszcie, proszę, czy bliżej Wam do zadowolenia z mainstreamowej, zagranicznej sławy Geralta, czy może oceniacie serial jako słaby i czujecie tylko rozczarowanie i macie chęć wytykać wszelkie błędy i niedociągnięcia?

Ginny: Na pewno wolimy ten pozytywny odbiór polskiej (pop)kultury, który widać przy Wiedźminie, niż typowy polski defetyzm. O Oldze Tokarczuk nie będziemy się wypowiadać, bo tu mamy dość skomplikowane zdanie, ale popularność Wiedźmina i do tego dzięki serialowi tego książkowego po prostu bardzo nas cieszy. Niekoniecznie w kontekście jakiegoś wielkiego patriotyzmu i „polskości” sagi, a po prostu dlatego, że coś, co my znamy i kochamy od lat, podoba się też w większej skali. Zarazem nie potrafimy powiedzieć z zupełną pewnością, czy The Witcher jest serialem słabszym czy lepszym. Z jednej strony dziwią nas porównania do takich kiczowatych produkcji lat 90. jak Xena, z drugiej nie mamy poczucia, że serial to arcydzieło, a wszystko to jest jednak w naszej głowie na tyle mocno otoczone wspominanym przesączeniem książkowym kanonem, że trudno nam oddzielić osobiste wrażenia od bardziej obiektywnej opinii.

Lierre: Bardzo mnie cieszy ten zagraniczny entuzjazm. Czy serial jest dobry? Nie wiem; kiedy go oglądałam, chwilami mocno mnie irytował, ale między odcinkami zaczynałam za nim trochę tęsknić, a później złapałam się na tym, że myślę o nim bardzo ciepło (zazwyczaj mam odwrotnie, więc to naprawdę miła odmiana). Być może gdybym, nie widząc tych entuzjastycznych reakcji, miała określić, czy takowe się pojawią, pewnie powiedziałabym: nie, ten serial ma za dużo wad, jest zbyt dziwny, to nie przyciągnie fanów. Pomyliłabym się i to bardzo dobrze. Wyraźnie wypełnił jakąś niszę, do widzów trafili bohaterowie (nic dziwnego, są dość nietypowi!), a poszarpana narracja zaintrygowała. Czy Polacy się podkopują? O rany, tak bardzo, niestety. Nawet w dyskusjach w, zdawałoby się, racjonalnym i oczytanym towarzystwie nieraz widzi się absolutne przyzwolenie np. dla mówienia, że polska fantastyka cała nadaje się do kosza (czy cały polski fandom jest do zaorania). Bardzo to smutne, dobrze jednak, że choć my się nie potrafimy doceniać, to inni to robią. Życzę Wiedźminowi wiernego międzynarodowego fandomu, wojen na teorie i headcanony, ton fanfików i całej reszty tych cudownych fanowskich rzeczy! Podobnie jak u Ginny, to nie jest dla mnie kwestia narodowa czy patriotyczna, raczej problem dostępności – naszej kulturze ciężko się przebić gdziekolwiek poza naszym krajem, a jest warta uwagi, super więc, że udaje jej się tę uwagę czasami przykuć.

Maciek: Przy tym wszystkim nie zapominajmy jednak, że Wiedźmin przez ostatnie lata to była przede wszystkim gra CD Projektu, a szaleństwo na punkcie świata Sapkowskiego na dobrą sprawę zaczęło podbijać całą kulę ziemską od 2007 roku, przebijając się z literatury do kultury popularnej. Nie zapominajmy też, że Wiedźmin 3: Dziki Gon z 2015 roku to gra powszechnie uważana z jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą z kręgu RPG w historii gatunku, a już na pewno tą definiującą obecną generację konsol. CD Projekt zebrał wszystkie możliwe światowe laury za tę serię, choć wciąż wydaje mi się, że jej istnienie jest bardzo często nieco pomijane przez popkulturowy mainstream. Fakt, że dużo osób myślało, że Sapkowski napisał książki na podstawie gier przemilczmy. To jednak nie zmienia faktu, że Wiedźmin jako świat według mnie był bardzo doceniony, choć nie w polskiej kulturze głównego nurtu i w dużej mierze nie ze względu na swój książkowy pierwowzór. Natomiast jako koncept postaci, historii i świata – jak najbardziej.

Mateusz: W przeciwieństwie do wielu znajomych, nie spodziewałem się po serialu Netfliksa nowej Gry o tron. Nie ta platforma i nie ten budżet. W pewnym sensie, zwłaszcza w naszym kraju, fenomen popularności i hype’u wokół Wiedźmina przypomina to, co działo się w przypadku serialu HBO. Serialowa ekranizacja twórczości Sapkowskiego przyciągnęła ludzi spoza podstawowego targetu zainteresowanego fantastyką i to właściwie doskonale pokazuje emocje, jakie serial w nas wzbudził. Produkcja może stać się wirusem i wielu z tych ludzi zakocha się w fantastyce, pochłaniając ją pod wieloma, różnymi postaciami. 

Wielu z nas, wytykając w recenzjach słabość efektów specjalnych, niespójności fabularne i brak oddania pewnego klimatu książek Sapkowskiego w serialu Netfliksa zapomina, że po pierwszych odcinkach GoT również mocno był krytykowany. Strona wizualna serialu też często nie zachwycała. Myślę, że najlepsze jest dopiero przed nami. 

Maria: W wiedźmińskie gry grałam namiętnie. Obiektywnie najlepsza była trójka ale moją ulubioną częścią jest jedynka, właśnie ze względu na wplecenie Balladyny w fabułę i inne odwołania do słowiańskości. Według mnie, same książki Sapkowskiego są bardzo współczesne, mimo że walczą w nich rycerze. Są też uniwersalne pomimo wielu polskich cech: fatalizmu, wątpienia i czarnego humoru nie do podrobienia. Grając w pierwszą grę, polska część mnie przechodziła catharsis. Słowiański element  mojego wiedźmińskiego kulturowego zlepku został stworzony przez gry. Malunki na domach, słowiańskie potwory żywcem wyrwane z naszych ludowych podań, nasze przekleństwa, ale też pełno romantycznych nawiązań (wspomniana wyżej Balladyna). Wszystko to znalazło swój obraz właśnie w grach. Mówienie o polskości w wiedźmińskim kontekście według mnie raczej opiera się na głębokim utożsamieniu świata gry ze światem książki. Świat Sapkowskiego, który pomimo że miał polskie elementy, był dużo bardziej uniwersalny (a przynajmniej tak mi się wydaje).

Jako Polka stałam się strasznie dumna z Wiedźmina dopiero patrząc na gry. Nasza kultura jest niezwykła, warta zgłębiania nie tylko dla nas, ale też dla obcych. Jest też tak niesamowicie unikalna i nieznana szerszej publiczności. Gry pokazały na szeroką skalę to, co wszyscy wiemy, ale nie wiedzieliśmy, jak pokazać innym. Do tej pory za każdym razem przeżywam ogromne emocje, gdy tłumaczę obcokrajowcom, że w tej grze mamy do czynienia z jednym z najważniejszych polskich eposów narodowych. Fascynuje mnie też to, że jest tak wielu fanów książek/gier/serialu/postaci Wiedźmina, którzy nie znają polskiego i słowiańskiego podglebia. Czy mnie to razi? Cóż, my też czytamy nie znając kultury i nie rozumiejąc symboli. Czy powinniśmy przestać? Trzeba cieszyć się z tego, że w końcu robimy coś dobrze i to się wszystkim podoba. Zachwyca mnie też to, że to, co dobre i polskie, przebiło się by osiągnąć światową rozpoznawalność.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Dokładnie tak! Wiedźminowi udaje się trudna sztuka przekuwania polskości i słowiańszczyzny na uniwersalia i popkulturę! Przejdźmy teraz do samego serialu. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale w serialu bardziej udały się postacie niż fabuła. Fabuła bowiem, nie dość, że oparta na opowiadaniach, które z samej swojej natury są epizodyczne, to jeszcze została poszatkowana na linii czasoprzestrzennej, co wielu osobom utrudniło albo samo oglądanie (bo się nie umieli zorientować w sytuacji), albo porządne wciągnięcie się w to, co się dzieje na ekranie. Ciri, choć rozumiem potrzebę wprowadzenia jej już w pierwszym sezonie, nie jest bohaterką przygód z opowiadań, pojawia się więc jakby na siłę i snuje się gdzieś na marginesie, dryfuje poza głównym nurtem, zanim jej historia naprawdę będzie mieć okazję się rozkręcić i spleść z resztą. Sama z siebie jest jednak całkiem fajna i dobrze pokazana została jej natura – dziecka, trochę jeszcze naiwnego, oderwanego od pałacowej rzeczywistości, ale szybko uczącego się jak sobie radzić w szerokim świecie. Yennefer została rozbudowana o wątki niedopowiedziane w książkach – pokazana została cała jej historia, włącznie z dzieciństwem, treningiem, przemianą i bitwą, która ją zdefiniowała. Troszkę jak w polskim serialu zrobiono z Geraltem! Dzięki takiemu zabiegowi – chronologicznie i logicznie pokazanej origin story – Yen jako postać serialu spodobała mi się najbardziej. Problem mam jedynie z tym, jak na końcu ukazano ją jako superpotężną czarodziejkę, kluczową w starciu pod Sodden. O wiele bardziej wolałam ją jako silną, ale niekoniecznie wybitną maginię. Nie podoba mi się, że wszyscy są naj, że przeznaczenie i w ogóle wszystko z dużych liter. Tytułowy nasz Geralt został wspaniale obsadzony i zagrany, dokładnie tak go sobie zawsze wyobrażałam, choć jest w pierwszym sezonie postacią trochę z opowiadań, jednowymiarową, zatrzymaną w miejscu, pokonującą tylko kolejne potwory. Bardziej postacią niż „wędrówką bohatera”. Świetnym kontrapunktem dla niego jest Jaskier – nawet jeśli zupełnie kłóci się z moim wyobrażeniem Jaskra jako butnego dandysa, księcia incognito, równego polotem i swadą Geraltowi, nigdy nie ustępującego mu w potyczkach słownych. Ten serialowy jest tylko side-kickiem, ale może czegoś takiego, czegoś w stylu comic relief, serial potrzebował? Wizualnie podoba mi się Cahir, ale jego fanatyzm już mniej. Calanthe jest świetna. A jak Wam „siadły” postacie i co sądzicie o konstrukcji pierwszego sezonu?

Ginny: My mamy chyba odrobinę bardziej zniuansowane podejście. Jeśli chodzi o epizodyczność, to tu dostaliśmy dziwną mieszankę przez to, że sporą część opowiadań bardzo mocno okrojono na rzecz budowania metawątku w postaci rzezi Cintry. Przez to z wielu naszych ukochanych opowiadań zostały strzępki i tego nam bardzo szkoda. Szkoda nam też wycięcia Głosów Rozsądku, które może poza tym pierwszym pokazywały nam lepiej, kim jest Geralt. Ale rozumiemy dlaczego nie znalazło się tu dla nich miejsce. Jednocześnie podoba nam się to, że jednak całość spojono, wpisując więcej Cintry. Niestety nie wprowadza on Ciri w satysfakcjonujący sposób. Z trójki głównych postaci jej jest najbardziej mdła i dość nijaka, a pokazanie jej traumy sprowadza się do dość kiczowatej sceny wizji w Brokilonie. Tak jak i jej babka, i Geralt, i Yen mają konkretne charaktery, a Jaskier jest przecudowny, tak ta Ciri w ogóle do nas nie przemawia.

Jeśli chodzi o Geralta to my go kupujemy całym sercem. Na wieść o castingu mieliśmy dość mieszane odczucia, ale od pierwszych scen nie mamy wątpliwości, że to jest Geralt. Kreacja Cavilla podczas lektury książek nie zastąpi nam tej, którą mamy od zawsze w głowie, ale podczas oglądania nie musimy zawieszać niewiary w jego postać. Owszem, nie przechodzi on żadnej drogi, ale i ta w powieściach wynikała dopiero z tego, że został przybranym ojcem Ciri i z tego, jak ona zmieniła jego nihilistyczne podejście do świata. Na to więc musimy dopiero poczekać. Ponownie niestety, Geralt i Ciri nie spotykają się przed rzezią Cintry i to uważamy jest błąd w budowaniu ich relacji, ale też nie wiemy jeszcze, jaki pomysł na nią w drugim sezonie ma Lauren S. Hissrich. Więc może czekają nas tu ciekawe rozwiązania.

Jaskier, owszem, jest side-kickiem, ale w opowiadaniach i powieściach także był postacią drugoplanową. Owszem, tam jego relacja z Geraltem była dość równa, a tu Geralt traktuje go jak coś co przyczepiło się do buta i nie chce się odczepić i nad tym można ubolewać, ale nie jest to dynamika, która nam osobiście by mocno przeszkadzała. Za to w ogóle przesunięcia w charakterze Jaskra zdecydowanie lubimy. O ile książkowy kobieciarz i pijaczyna wzbudza w nas miejscami poczucie dyskomfortu o tyle Jaskier, który – jak mówił wcielający się w jego rolę Joey Batey – po prostu w każdym się zakochuje to Jaskier, którego nie potrafimy nie lubić.

I, wracając do głównej trójki postaci, mamy oczywiście Yennefer. Z jednej strony zdecydowanie lubimy jej kreację w serialu i cieszy to, że przechodzi ona konkretną drogę. Z drugiej dobudowanie całego wątku do tych kilku książkowych zdań i wspomnień uważamy za zbędne. Owszem, oglądanie tego wątku nie boli jakoś mocno, ale też tutaj mamy chyba najwięcej chochołów. Zaczynając od węgorzy mocy, a kończąc na operacji z wycinaniem macicy (przez mężczyznę, bo jakżeby inaczej), jako poświęcenia dla bycia piękną i chcianą. Wolelibyśmy tu więcej scen takich jak ta na plaży z jej przemową do martwego niemowlęcia i głębszego pokazania jej relacji z Geraltem. To ostatnie zresztą wychodzi bardzo ładnie. Tam gdzie w opowiadaniach mamy umowną, baśniową miłość od pierwszego wejrzenia tu dostajemy rozmowę, która pokazuje, że Geralt i Yen mają sobie do zaoferowania coś więcej niż tylko seks i wyrzuty. Z drugiej strony cieszy pokazanie nam relacji Yen i Istredda, tam gdzie w opowiadaniu mieliśmy tylko relację o ich związku.

Mówisz też o liniach czasowych. I tu mamy odmienne zdanie. Samo wprowadzenie kilku linii czasowych uważamy za dobry pomysł. O ile w serialu takim jak Westworld ukrywanie, co dzieje się kiedy i gra z widzem jest wyraźnie zamierzonym zabiegiem (i jako taki bardzo nam się podoba), o tyle tutaj wymaganie uważności od widza wprowadza pewne niezamierzone zamieszanie. Byłoby to może jeszcze do przełknięcia, gdyby z kolei w odcinku siódmym serial nie serwował nam dość dokładnego powtórzenia tego, co już wiemy, by uzupełnić naszą wiedzę o sceny, których uważny widz również mógł się spokojne domyślić. Dla nas jednak dobrym rozwiązaniem byłaby nie rezygnacja z trzech płaszczyzn czasowych, a wyraźniejsze zaznaczenie ich granic i wymienienie siódmego odcinka na adaptację Miecza przeznaczenia. Niestety (tak, wiemy, jak na serial, który nam się podobał, mamy sporo zastrzeżeń), driady zostały w tym pierwszym sezonie potraktowane po macoszemu i ich wątek w naszym odczuciu sprowadza się do siedzenia w Brokilonie i czekania na nic.

Lierre: Mam pewne wątpliwości co do konstrukcji tej serii. Trop był dobry, ale wykonanie nie całkiem – przyznam, że absolutnie nie pamiętałam w książkach wątku rzezi Cintry, więc to nie tak, że mi to rzutuje; bo zabrakło mi jakiegoś zbudowania więzi między widzem a tym miastem, zanim upadło, żeby móc się tym upadkiem naprawdę przejąć. Elementy układanki bardzo okej, ale chyba ułożyłabym je trochę inaczej. Jeśli jednak chodzi o samo skakanie po czasie i pokazywanie przeplatających się zdarzeń i elementów, to było to fascynujące do obserwowania (fajnie też pokazywało, jak pewne rzeczy są tam ustalone i skostniałe, np. czarodziejki knujące sobie spokojnie na dworach… i to, jak ich próby wpływania na politykę wyskoczyły na nie potem z krzaków). Duży potencjał, wykonanie na czwórkę.

Podobnie doceniam pomysł, by rozbudować wątek Yennefer i pokazać jej historię (któż by się oparł pokazaniu szkoły dla czarodziejek?), ale samo wykonanie zupełnie mi się nie podobało, a na scenę z jej fizyczną przemianą jestem po prostu zła, bo w tej postaci chodziło o coś zupełnie innego, takie też pokazanie tego odebrało jej, moim zdaniem, bardzo ważną część tożsamości (z tego też powodu rozwijany później wątek tęsknoty za macierzyństwem mnie tylko zmierził. Wystarczyło to pokazać tylko odrobinę inaczej…). No i te dziwne sugestie z orgiami i maską jak z okładki Twarzy Greya. No nieee wiem… Poza tym jednak jest intrygującą postacią, chyba bardziej nieprzyjemną niż książkowa Yennefer, ale to akurat nie jest złe.

Ciri trochę włóczy się bez celu, ale to dało jej okazję zaprezentowania się jako bohaterki zagubionej i wyrwanej ze swojej bezpiecznej przestrzeni, ale jednak zdeterminowanej i dość zaradnej. Bardzo mi brakowało tylko choćby jednego wcześniejszego spotkania Ciri z Geraltem – żeby końcowa scena, gdy padają sobie w ramiona, nie była tak oderwana. Oni nie powinni się rozpoznać, a co dopiero tak się cieszyć na swój widok. Opowiadanie o małej Ciri w Brokilonie mistrzowsko buduje podstawy tej relacji i tego jednego odejścia od fabuły opowiadań nie potrafię zrozumieć. Szczególnie, że to opowiadanie jest naprawdę urocze i świetnie by mogło wypaść w formie scenariusza.

Geralt jest perfekcyjny ze swoimi pomrukami i gadaniem do konia (chcę więcej rozmów z Płotką!), ciągłym zniecierpliwieniem i wypisanym na czole „moje życie nie ma sensu, dajcie mi spokój”. Jaskier to jest czyste złoto i nie dało się lepiej (teraz, powtarzając sobie książki, mam do tej postaci najwięcej zastrzeżeń, cieszę się więc, że serial go poniekąd wymyślił na nowo, zachowując jego najlepsze cechy), Calanthe… doceniam kierunek, w którym z nią skręcono, ale być może zaszło to za daleko, była zbyt przerysowana. Ale ogólnie na plus. Cahir… do Cahira to ja jeszcze nie doczytałam, ale coś mnie tak swędzi w pamięci, że coś tu poszło nie tak. Ale przekonamy się jeszcze, to jest fajna postać do rozwijania.

Maciek: Ja nie jestem w stanie porównywać serialu do pierwowzoru, co daje mi ogromną wolność w ocenie, bo bazuję tylko na tym, co widziałem. A to, co widziałem, podobało mi się. Zaczynając od kwestii formalnych – podział na trzy linie czasowe uważam nie tylko za bardzo udany, ale wręcz konieczny. Tak jak z początku można było się pogubić, to satysfakcja, którą widz ma, kiedy pod koniec pierwszego sezonu wszystko zbiega się w jedno, jest ogromna. Poza tym, czyż w przeszłości podobne zabiegi nie sprawiały, że wszyscy pialiśmy z zachwytów? Trzeci sezon Twin Peaks? Zagubieni? Wspomniany wcześniej Westworld? Ostatni sezon Breaking Bad? Mam świadomość, że to nie to samo, ale taka zabawa liniami czasu sprawiła mi dużo radości, bo inaczej serial byłby po prostu zwykłym odtworzeniem fikcyjnej historii, a nie opowieścią.

Fakt, samej opowieści można trochę zarzucić. Dziwi mnie jednak powszechna krytyka powolności akcji, bo w tym widzę akurat duży atut – konstruowanie suspensu dla ostatnich odcinków i drugiego sezonu. Z początku strasznie nie podobała mi się postać Jaskra, którego postrzegałem jako drugiego Alfrida Lickspittle z filmowych Hobbitów, czyli nieudolną i godną politowania próbę stworzenia comic reliefa na siłę. Tak jak w pierwszym odcinku załamałem ręce, to w każdym kolejnym gryzłem się w język i ostatecznie dochodzę do wniosku, że Jaskier to postać znakomita. Co do Yen mam mieszane uczucia, bo do końca nie jestem w stanie jej zrozumieć. Ciri jest faktycznie postacią, która jest trochę wciśnięta na siłę i działa raczej jako budowanie podkładu na to, co będzie się działo w sezonie drugim. Za to Geralt, ach, Geralt… Cavill odwalił kawał dobrej roboty, a sama postać jest dla mnie wspaniała. Że niby małomówny i hmmm-owanie? Pfff. W tym cała siła. Cięty humor, fantastyczne przedstawienie nastawienia do otaczającego świata, powolne odkrywanie słabości. Tak, tego właśnie chciałem. I te wspaniałe choreografie walk, no ja Was proszę. Kolana miękną. Czekam na więcej!

Mateusz: Zagraniczni recenzenci po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków miażdżyli serial, zwłaszcza za fabułę. Dopiero od 3–4 odcinka, widzowie „nieskażeni” twórczością Sapkowskiego, tacy jak ja, zrozumieli, że linia fabularna jest mocno skomplikowana i będziemy musieli pewne elementy tej układanki ułożyć sobie na nowo. Wiedźmin to jeden z tych seriali, które „rosną” z epizodu na epizod, dlatego warto było przetrwać niemrawy początek. Bardzo spodobał się jednak układ odcinków, bo czy każdy serial musi być budowany w jedną całość? Przemawiają do mnie epizody w stylu case of the week  z elementami fabuły wprowadzającymi krok po kroku główny wątek. 

Każdy z moich poprzedników fantastycznie rozpisał budowanie postaci oraz ich relacji, jednak warto zwrócić również uwagę na fenomenalny casting, gdyż Netflix ponownie stanął na wysokości zadania, mieszając w obsadzie gwiazdy oraz nowe, nieopatrzone jeszcze widzowi twarze. Cavill świetnie sprawdza się jako Geralt, a zjawiskowa Anya Chalotra doskonale oddaje skomplikowaną naturę Yennefer.  Największą niespodzianką okazał się dla mnie jednak Joey Batey jako Jaskier, który oczywiście stanowi element komediowy serialu (damę w opałach), nadając produkcji znacznie lżejszy ton. Świetne są zwłaszcza wspólne sceny wspomnianej trójki, gdy bard przypomina nam taką przyjaciółkę/przyjaciela, która nie przepada za naszą wybranką/kiem. Niemniej jego bohater to przy tym również jedyna osoba (oprócz Yen), której na Geralcie naprawdę zależy. Trudno nie wspomnieć  o bezczelnie wpadającej w ucho Toss a Coin to Your Witcher, która doczekała się petycji dotyczącej Openera.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Pomówmy jeszcze o świecie, o Kontynencie. Ten u Sapkowskiego nie był, chyba że się mylę, zbudowany systematycznie, czyli z taką precyzją jak choćby u Tolkiena. Serial potraktował mapy i krainy o wiele poważniej niż Sapkowski, zbudował je niczym klasyczne fantasy, a nie dekonstrukcję wytartych tropów, widzianą z przymrużeniem oka i ironicznym twistem. Być może tak musiało być, medium filmowe rządzi się swoimi prawami, ale w wyniku tej zmiany dostaliśmy świat niezwykle konwencjonalny i banalny, jak z generatora. Z lektury Sapkowskiego wyniosłam przekonanie, że jego świat nie jest czarno-biały, krainy walczą ze sobą, ale żadna nie jest diabolicznie zła, zła może być wyłącznie ludzka natura  – ukazanie więc Nilfgaardu w jednoznacznym świetle wydaje mi się pójściem na łatwiznę. U Sapkowskiego każdy może się okazać potworem, a człowiek nawet bardziej niż monstrum z lasu. Zła nie widać na pierwszy rzut oka. Oprócz tej skali szarości, utrudniającej podejmowanie jakichkolwiek wyborów i działań, w książkach najmocniej jak dla mnie odznaczał się wątek o „wymierających gatunkach”, marginalizacji, odchodzeniu, wybijaniu pewnych światów, porządków, gatunków i ras. W serialu temat ten pokazano marginalnie, nie naświetlono go. Może to jeszcze przed nami?

Ginny: Świat u Sapkowskiego zdecydowanie nie jest systematyczny, a jego postmodernizm jest tym, co czyni go tak interesującym i odmiennym od generycznego fantasy pokroju Tolkiena, czy G.R.R. Martina. Twórcy serialu w naszym odczuciu starają się skupić raczej na opowiedzeniu historii Ciri, Yen i Geralta, ale tak, tracą przy tym z oczu tę wyjątkowość Wiedźminlandu. I nam nie podoba się fanatyzm Nilfgaardu. Czy to upostaciowiony w magii, która wymaga poświęceń i gore’u, czy zupełnym przepisaniu Cahira z niezbyt rozgarniętego młodzika w fanatyka idei. Ta bezmyślna wiara w to, co i jemu, i Fringilli obiecuje „Biały Płomień”, jest chyba najbardziej kiczowatym elementem całego serialu.

Lierre: Nie zgodzę się w pełni, że serial zbudował świat konwencjonalny i banalny, choć racja, że został nieco wygładzony. Dziwaczność tych krain w opowiadaniach była bardzo atrakcyjna, ale w serialu bez wahania przehandlowałabym ją za np. mocniejszy nacisk na kwestie rasowe (na razie w serialu lekko zarysowane) i mocniejsze podkreślanie tego poczucia (w serialu również obecnego), że nic tam nie jest proste ani czarno-białe. Mam ogromną nadzieję, że Nilfgaard to na razie zmyłka – musimy, no po prostu musimy się w pewnym momencie dowiedzieć o nim czegoś więcej i zobaczyć go z innej strony. Mieliśmy tego lekką aluzję w cenie z wykopaliskami Istredda. Swoją drogą, mało co mnie tak zirytowało jak Yennefer narzekająca na nilfgaardzkie piwo. Na szczęście zaraz potem spadła trochę z wyżyn swojego uprzywilejowania. Mamy jednak w serialu tę szarość choćby w Cintrze – Calanthe nie jest dobrą królową, którą pochłania chaos najeźdźcy, ale sama też jest morderczynią. Nie ma tam strony, po której można stanąć z czystym sumieniem.

Maciek: Zgadzam się w pełni, że wątek Calanthe, która w prologu jest kreowana jako męczennica i święta, później z odcinka na odcinek jest odczarowywana, próbuje podkreślić dylemat podejmowania odpowiednich decyzji i popierania konkretnych stron. Nie mając w głowie oryginału mogę jedynie dodać, że ta czarno-białość (która w serialu ewidentnie się przewija) może wynikać z życia w post-GOTowym i post-LOTRowym świecie filmowym. Przepraszam, ale skojarzenie Nilfgaardu i Isengardu było dla mnie dość oczywiste. Ludzie pragną jednoznaczności i wyraźnego przeciwnika. To ma być rozrywka masowa, którą upchniemy w osiem odcinków, co nie pozwoli na granie niuansami. Oczywiście, tymi pożonglowaliśmy ile się dało w kontekście Calanthe i Foltesta, ale wydaje mi się, że w tym serialu musiało być coś bardzo oczywistego, co będzie to wszystko trzymało w kupie. A tym okazał się wątek złego Nilfgaardu, chcącego niczym III Rzesza podbić cały Kontynent. Nie jest jednak tak całkiem źle, kiedy spojrzymy na postać Cahira, która na początku kreowana trochę na Nazgula, później okazuje się mieć ludzką naturę i swoje własne, mocne przekonania. Nie do końca zgodzę się z twierdzeniem, że to fanatyzm. Na dobrą sprawę nie wiemy też, czy to tak bardzo jednoznacznie złe. Przyznaję, że trochę brakowało mi subtelności w tym świecie i większej gry na dylematach moralnych, z których powieści i gra są tak bardzo znane, ale jestem w stanie zrozumieć, z czego to wynika. Może drugi sezon da nam więcej wspominanych przez Was niuansów.

Mateusz: W serialu wielokrotnie pada  zwrot o „mniejszym źle”, które można również zauważyć w decyzjach twórców. Z jednej strony budują ciekawy świat pełen odcieni szarości, mocnego akcentowania odmienności i różnorodności, jednak wielokrotnie robią to zbyt płytko i schematycznie, czerpiąc garściami ze znanych produkcji filmowych i serialowych. Niemniej, warto zauważyć, że Sapkowski również mocno inspirował się innymi dziełami, co samo z siebie wzbudza u nas poczucie wtórności.

Każdy z bohaterów ma jakiegoś trupa wyskakującego z szafy, jednak finalnie kierują się wyższymi wartościami. W pierwszym sezonie obserwujemy dynamiczny rozwój postaci, które „dorastają” do trudnych decyzji i swojego przeznaczenia. Ciekawi mnie zwłaszcza kontynuacja losów Cahira i Nilfgaardu, który pomimo swojego mrocznego oblicza, uświadamia nam, że prości ludzie nie kierują się ideami, lecz tym, czy będą mieć co jeść kolejnego dnia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: Pomówmy o wadach pierwszego sezonu, o rozwiązaniach, które zupełnie się Wam nie podobały. Dla mnie rozczarowaniem była rezygnacja z warstwy, która w opowiadaniach najbardziej mnie pociągała, czyli z przygód wiedźmina Geralta jako retellingu klasycznych baśni i opowieści. Konia z rzędem temu, który w odcinku numer jeden, nie znając literackiego pierwowzoru, odkryje Królewnę Śnieżkę! Jeśli chodzi o postacie, nie przekonuje mnie jak na razie Triss, bo w mojej wyobraźni ta czarodziejka wygląda bardziej jak serialowa Renfri, z buzią dziecka, wielkimi oczami, rozwichrzoną czuprynką. Triss z serialu jest jakaś taka zbyt poważna… Najbardziej jednak rozczarowało mnie to, o czym już wspomniała Lierre, że Geralt i Ciri nie spotkali się w Cintrze, choćby i przelotnie, że ta więź nie miała okazji się uformować. Ostatnia scena, scena, gdy bohaterowie wreszcie się spotykają, mogła (i powinna!) doprowadzić mnie do łez i stać się idealną kulminacją, ale w sytuacji, gdy królewna tylko o nim słyszała (nieustanne rozmowy o „przeznaczeniu” sprawiały, że przewracałam oczami, zamiast traktować rzecz poważnie) fakt, że padli sobie w ramiona uznałam za totalnie nieprawdopodobny i niezgodny  z tym, czego o Ciri i Geralcie dowiedzieliśmy się z dotychczasowego biegu serialu.

Ginny: Zacznijmy od końca. W tej ostatniej scenie nie przeszkadza nam to, że Ciri i Geralt padają sobie w ramiona, nawet jeśli faktycznie nie ma w tym takiego impaktu, jaki ta scena ma w opowiadaniu. Co nam w niej przeszkadza to jak do niej dochodzi: Ciri ucieka z domu Yurgi i Złotolitki, po czym chwilę później zawraca zupełnie bez powodu – nie mamy zaznaczone w żaden sposób, że słyszy Geralta, czy że coś ją wystraszyło na drodze przed nią, ani nawet, że coś w niej podpowiada jej, że powinna wrócić. To wygląda jak wprowadzone tylko po to, żeby zgadzało się z przepowiednią Renfri o „dziewczynie z lasu”, gdy Ciri powinna logicznie wyjść z domu chłopów, którzy ją przygarnęli.

O sporej części innych zastrzeżeń już wspominaliśmy, tu dodamy jeszcze parę. Na pewno zgodzimy się z tym, że okrojenie opowiadań nie służy serialowi. Złoty smok jest po prostu brzydki. W jego wypadku mieliśmy bardzo proste oczekiwania: żeby wyglądał jak smok i żeby był piękny, tak jak miał wyglądać. Zresztą potwory w ogóle są takie sobie na poziomie dizajnu. Nie podoba nam się też kreacja Toruviel – to może postać trzecioplanowa, ale jej sztuczność mocno nas ubodła.

Triss… Nie jest Triss. Jest po prostu inną czarodziejką, o tym imieniu, na dworze tego samego króla, co książkowa Triss i tej opcji się trzymajmy. Brakuje nam też Filippy Eilhart, choć mamy do pewnego stopnia wrażenie, że jej postać połączono z postacią Tissai.

Lierre: Już o większości tych rzeczy wspominałam pod innymi pytaniami, ale podsumowując: brak budowania relacji Ciri z Geraltem; operacja plastyczna Yennefer; fanatyczny Cahir i jednoznacznie zły Nilfgaard. Do tego dołożyłabym, z lekkim przymrużeniem oka, zarzut, że można było w to wszystko wpleść mocny wątek kryzysu klimatycznego, no aż się prosiło! Ale jeszcze mają szansę, nie wszystko naraz. Nie jestem też przekonana do elfów i driad. To słuszne, że wyglądają dość biednie, takie czasy, ale pachną jakoś filmami klasy od B niżej. Może też dlatego, że wydaje mi się, że drugi plan był nieraz trochę niedopracowany. Niewiele się dzieje w tle, postaci stoją, jakby czekały na swoją kolej. W niektórych scenach brakowało trochę życia i może to to sprawiało, że sceny z udziałem nieludzi wypadały jeszcze sztuczniej.

Maciek: Chyba wszyscy mamy mniej więcej to samo zdanie na temat wad. Średnio zrealizowane potwory, Nilfgaard jako III Rzesza i niektóre skróty myślowe, które prowadzą do frustrującego mnie troszkę finału – mimo że był dla mnie wzruszający, to do końca nie wiem, jak do niego doszło. Zgadzam się co do Triss, bo jakbym nie doczytał, że to ważna postać w pierwowzorze, to potraktowałbym ją jako kolejną, szeregową maginię. Jako największą wadę chciałbym natomiast potraktować niewykorzystany potencjał. W tym świecie drzemie tak ogromna moc i możliwości realizacji niesamowitych historii, że aż szkoda „marnować” osiem odcinków na obrany kierunek. Wydaje mi się, że ten dylemat widać troszkę w efekcie końcowym, gdzie fabuła przewodnia jest przeplatana side-questami, przez co według mnie troszkę brak spójności w tym wszystkim. Można z drugiej strony wybrać, czy robimy tasiemiec à la lata 90., złożony wyłącznie z misji pobocznych, czy ciężką gatunkowo, ogromną, wielowątkową historię prowadzącą do konkretnego celu. Półśrodek, który dostaliśmy, jest okej, ale można było pobawić się z tą formą dużo efektywniej.

Mateusz: Jeden z blogerów napisał ostatnio, że Wiedźmin kojarzy mu się pod względem wizualnym z Herkulesem i Xeną. Widać to zwłaszcza na wspomnianych elfach, które po prostu wyglądają „biednie”. Nieco lepiej było z potworami, jednak smoki były niewiele lepsze niż ten z naszej ekranizacji.  Mam nadzieję, że po sukcesie serialu, Netflix zgodnie ze słowami Jaskra, wyciągnie nieco więcej groszy na przygody Geralta w kolejnym sezonie, bo potencjał jest spory.

Bardzo irytowała mnie postawa Ciri, która doprowadzała do bolesnych facepalmów. Przypominała mi klasyczną postać z horroru, która zawsze podejmuje nieracjonalne decyzje, sprowadzające na siebie i innych okrutny los. A ckliwe przywitanie z Geraltem to niemal kwintesencja przejaskrawienia tej postaci.

Maria: Oglądając serial byłam sceptyczna. Im więcej czasu mija od ostatniego odcinka tym moja opinia łagodnieje. Ze wszystkimi powyższymi uwagami, napisanymi przez Was,w pełni się zgadzam – poszukam czegoś, czego jeszcze nie powiedzieliście.

Po pierwsze warto zauważyć, że wiedźmiński świat udało się świetnie umiędzynarodowić. Ku mojemu rozczarowaniu, ale rosnącemu zrozumieniu, świat przedstawiony to standardowy świat fantastyczny. Nic go nie wyróżnia – strzyga to zwykły kościotrup, utopce wyglądają jak zombie, a driady to leśny ludek. Twórcy skupili się na tym, co jest w powieściach/opowiadaniach, nie korzystając z innych inspiracji i nie poświęcając zbyt wiele czasu na scenografię ani stroje. Chodziło o to, by pokazać jakąś historię – nie świat. Barwność i niezwykłość potworów i krajobrazów, do którego przyzwyczailiśmy się w grach, nie występuje w serialu. Mogę mieć o to żal, ale rozumiem też intencje twórców – chcieli mieć coś swojego i nie chcieli kopiować słowiańskości gry, a poszukiwanie czegoś nowego jest zbyt czasochłonne i pracochłonne zwłaszcza na netfliksowy budżet. Choć Nilfgaardczyków wyglądających jak napletki w zbrojach nie wybaczę – co im strzeliło do głowy?

Obsada jest dobra i ewidentnie zaangażowana w produkcję. Nie wiedziałam, że istnieje istota, która wygląda tak bardzo jak Ciri (Freya Allan). A Henry Cavill ewidentnie bardzo chciał być Geraltem (przeklęta peruka!). Niezwykła chemia między aktorami też cieszy. Iskry strzelają między Yennefer a Geraltem. Słabsza Triss, ale też nie dostała szansy na to, żeby zabłysnąć. Cieszy mnie standardowa praca kamery oraz przemyślane i opracowane walki, które nie są szatkowane przez shaky cam. Cieszy ograniczone do minimum świecenie cycem. 

Historia Geralta jest oparta na sile chemii między aktorami, na ich współpracy, tworzeniu sceny dla partnera. Nie bardzo liczy się tło i nie bardzo liczy się sama historia. Fabuła nadgryza wiele wątków, ale nie ciągnie żadnego do logicznego  końca. To tylko impresje, które mają nas zaznajomić z postaciami i pokazać background dla zbliżającej się sagi. Opowiadania zostały poszatkowane, bo mają budować postaci – nie historie. Ten seria to cięte riposty Geralta (o ile w ogóle się pojawiają), rozmowy z Jaskrem i siła przyciągania Yennefer i Wiedźmina. Chronologiczne przedstawienie historii Geralta nie było możliwe i chyba nie byłoby tak ciekawe. Showrunnerzy próbowali posklejać różne luźne wątki, by pokazać główne postaci i przepleść wszystko tak, aby drugi sezon naturalnie rozpoczynał się sagą. W sumie osiągnęli ten cel. Szkoda tylko, że, rzeczywiście, wątek Ciri nie wyszedł. Dla mnie był nudnym zapychaczem czasu. Wszyscy to już napisali. Mocno wzbogacony i rozwinięty wątek Yennefer dla mnie się sprawdził. Ocieplił jej osobę (bo nie lubiłam jej w książkach ani w grach). Powiedzmy też szczerze, że Sapkowski nie lubił się zagłębiać w kobiece dusze – dobrze, że autorzy serialu mieli trochę inną perspektywę. 

Mam ogromny problem z Nilfgaardem. Od strojów, przez taktykę, aż do istotowego zła, które ma reprezentować. To nie pasuje mi do książek. Pamiętam Nilfgaard jako coś nieuniknionego, likwidującego indywidualność, ale przynoszącego postęp – czy kapitalizm nie działa podobnie? A może tu pamięć też mnie zawodzi? A do smoka Wiedźmin NADAL nie ma szczęścia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Pirjo: No dobrze. Po tym obszernym omówieniu, na koniec rzecz podsumujmy i pomówmy o przyszłości – będziecie oglądać dalej? Poza tym, o czym już mówiłam, czyli samym faktem, że saga polskiego pisarza staje się na naszych oczach międzynarodowym fenomenem, przyznać muszę, że sezon sprawił mi dużo przyjemności i chyba obejrzę go sobie jeszcze raz, tak mniej więcej przed premierą sezonu drugiego. Żeby czerpać z niego radość,  trzeba zrobić to samo, co zrobiłam przy poprzedniej ekranizacji – zapomnieć o tekście źródłowym. Zapomnieć o własnych, pielęgnowanych latami, wychuchanych wyobrażeniach. O naszych osobistych fanartach. Dać się porwać autorskiej wizji scenarzystów, aktorów i twórców. Na drugi sezon czekam bardziej niecierpliwie niż na pierwszy i mimo pewnych wad The Witcher od Netfliksa jest jak dla mnie serialem udanym.

Ginny: Zdecydowanie będziemy oglądać dalej. Na pewno też będziemy wracać do pierwszego sezonu. Pomimo sporej ilości zastrzeżeń, cieszymy się, że ten serial jest i że jest tak dobry. I mamy nadzieję, że z czasem stanie się tylko lepszy.

Lierre: Absolutnie będę oglądać dalej! Świetnie się rozmawia o wadach Wiedźmina, ale nie zmieniają one faktu, że mamy nie najgorszy, nakręcony z sercem i nawet niejakim rozmachem, podbijający świat serial na podstawie ważnego kawałka naszej rodzimej fantastyki. Ogromnie mnie to cieszy, na pewno będę śledzić informacje wokół produkcji i odliczać do drugiej serii. Jestem ogromnie ciekawa, jak będzie się dalej toczyć bez tego zamieszania z liniami czasowymi, jak będą budowane dalej relacje między bohaterami, co twórcy postanowią jeszcze dopowiedzieć. Na pewno też wrócę do pierwszej serii, by już na spokojnie poprzyglądać się szczegółom – zwłaszcza że po przypomnieniu sobie opowiadań ogromnie doceniłam, jak wiernie zostały momentami przeniesione na ekran. Nie kłóci mi się to przywiązanie do własnych wyobrażeń z obserwowaniem, jak widzieli to twórcy serialu – chyba wręcz jest to starcie dla mnie najciekawsze. Nie oczekuję od serialu, że będzie wiernie pokazywać to, co chcę zobaczyć; mam przede wszystkim nadzieję, że będzie opowiadać historię budzącą zachwyt i rozgrzewającą fanowskie serduszka.

Mateusz: Wiedźmin, pomimo całej listy niedorzeczności, wad i braków długiej niczym lista kochanek Jaskra to bardzo przyjemny serial, który zasłużył na cały ten hype i jeszcze lepszy drugi sezon. Pamiętajmy przy tym, że sukces GoT również przyszedł z czasem oraz z sakiewką złota na dalszy rozwój. Już nie mogę doczekać się kolejnych losów Geralta!

Maria: Jak zauważył mój kolega, kiedy 500 lat temu czytał pierwszy raz Wiedźmina, nigdy nie pomyślał, że nastąpi dzień, w którym będzie on konkurować o oglądalność z Gwiezdnymi wojnami. Teraz robi to i odnosi sukces. Jest się z czego cieszyć. Wszyscy czekamy na drugi sezon.

Maciek: Uwielbiam kończyć na pozytywną nutę! Tak, będę dalej oglądać, bo koniec końców uważam, że Wiedźmin to po prostu bardzo dobry serial. Być może na moją ocenę rzutował brak znajomości źródła, ale to tylko pokazuje, że obraz telewizyjny jako taki może się podobać. Bardzo odpowiadał mi humor, Geralt został zagrany znakomicie, fabuła jest okej z ogromnym potencjałem na dalszy rozwój. Drugi sezon to będzie prawdziwa próba sił. Niemniej, jest na co czekać!

Pirjo: Zatem – czekamy! 

Fot. Netflix

Fot. Netflix

The Witcher
fantasy
Netflix, 2019–

Ginny N.
Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl i na blogu ziemniak i Dinozarły.

Magdalena „Lierre” Stonawska
Potwór spod łóżka i Władczyni Czasu z Gallifrey(.pl) stacjonująca obecnie na Ziemi, gdzie w spowitym smogiem Krakowie przygląda się z fascynacją ludziom, kosmitom i smokom. Acafanka i kulturoznawczyni specjalizującą się w kreatywnej prokrastynacji. Marzy o wyprawie w TARDIS do starożytnego Egiptu, by sprawdzić, jakim zwierzątkiem naprawdę był Set i czy Echnaton był kosmitą.

Maciek Smółka
Zwykle słucha muzyki. Kiedy nie słucha, to o niej czyta, opowiada, pisze naukowo i nienaukowo, czasami także ją komponuje. Doktorant, kulturoznawca i amerykanista, nieustannie propagujący ideę popular music studies. W wolnych chwilach ogląda filmy, seriale, czyta komiksy i tworzy playlisty. Najbardziej upodobał sobie Twin Peaks, Lost, Mad Men i The Walking Dead.

Mateusz Michałek
Pracoholik, który wiecznie grzebie coś przy portalu Gildia.pl. Koordynator Gildii Filmu. Wychował się na starych filmach z Brucem Willisem, Arnoldem Schwarzenegger i Sylvestrem Stallonem, jednak pokochał dopiero Gwiezdne Wojny i Doktora Who. Wolny czas najchętniej spędza w kinie lub w domu, pochłaniając kolejne seriale. Jego marzeniem jest epizodyczny występ w The Walking Dead (oczywiście jako zombie).

Maria Koptyjka
Jest absolwentką politologii i studentką filologii rosyjskiej na UJ. Interesuje się rosyjskim społeczeństwem i kulturą. Była na stypendium w Instytucie A.S. Puszkina w Moskwie.

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)